Aeciusz-13

ROZDZIAŁ VII

SZCZYT

1

Posłowie czują, że Aecjusz spostrzegł już zakłopotanie, jakie po powitalnych jego słowach natychmiast odmalowało się na ich twarzach, a u trzech czy czterech spośród nich od razu przerodziło się w niepokój i nieomal trwogę — robią więc heroiczne wysiłki, by obliczom swym na nowo nadać wyraz uroczystego skupienia i namaszczonego spokoju. Daremnie jednak... Bo choć obecny pan ich i władca, Dziedzic i Umiłowanie Boga jasności — Ahuramazdy, Promiennolicy Król Królów — Jezdegerd nie jest taki groźny ani tak pochopny do ścinania głów i krzyżowania jak zmarły rodzic jego Waranes Gor, Dziki Osioł — przecież na pewno i on nie będzie miał litości dla posłów, którzy ściągnęli hańbę na swego pana i swój kraj, wykazując od razu już w powitalnej mowie zupełną nieznajomość stosunków, jakie panują w cesarstwie Romajów. Wprawdzie jeszcze nauarcha galery, którą jechali, usiłował im wytłumaczyć, że są w błędzie: myśleli przecież, że pijany jest lub kpi sobie z nich... A choć w porcie klassyjskim witający ich magister officiorum potwierdził całą swą powagą słowa marynarza, było już za późno... nie mieli czasu na zmianę rozkładu uroczystości... Cóż więc teraz będzie z nimi, gdy powrócą do Persji?... Truchleją na samą myśl o tym... Ale, zaprawdę, oni nic nie winni — winien przewodniczący rady królewskiej, który wyprawiał poselstwo w drogę i udzielał rozkazów i wskazówek. Jego to obowiązkiem było wiedzieć, jaki jest właściwie podział władzy w państwie Romajów i do kogo należą rządy Zachodu!... Jego też natychmiast po powrocie oskarżą przed Promiennolicym Królem Królów — ten bowiem, co wysyła do obcych krajów poselstwa, wszystko najdokładniej musi wiedzieć o tych krajach. A więc i o tym, że zachodnia połowa cesarstwa Romajów ma osobnego pana z tejże rodziny co cesarz Wschodu!... Jemu nie wolno o tym nie wiedzieć lub zapomnieć — mimo że cała Persja, nie wyłączając samego Króla Królów, jak najświęciej już przekonana, że władcą Zachodu Romajskiego, współrządcą Teodozjusza, jest nikt inny, jeno samowładny, choć nie noszący diademu ni purpury imperator Aecjusz!...

Wprawdzie o Walentynianie, wnuku pierwszego Teodozjusza, także słyszano coś niecoś w państwie Sassanidów — posłowie przecież byli pewni, iż nieudolne to — jak słyszeli — książątko dawno zostało wraz z matką pozbawione tronu przez Aecjusza, a za zgodą Teodozjusza Drugiego!... Jak piorun więc strzeliła w nich wieść, że panem i władcą Zachodu i współcesarzem Teodozjusza jest Walentynian, trzeci tego imienia, i jemu przede wszystkim winni złożyć dary i pozdrowienie króla Jezdegerda. Nie wiedzieli, co począć... W jednej mowie powitalnej, jaką przygotowali na podstawie rękopisu ułożonego przez najznakomitszego pisarza Persji — nie tylko powtarzało się co pięć słów imię Aecjusza, tonące w obfitości kwiecistych przymiotników, które tylko do niego mogły być odniesione — ale nadto wyszczególnione tam były wszystkie największe jego zwycięstwa i wierszem sławione cnoty jego rodziców... Nie mieli innej rady jak udawać, że nadal nic nie wiedzą o Walentynianie... Spodziewali się też, że może otaczający patrycjusza dostojnicy nie poznają się na prawdziwym obliczu mowy powitalnej, tym bardziej że w tłumaczeniu na język Rzymian postanowiono opuścić wszystkie monarsze tytuły i wzmianki o władzy, o cesarstwie bez korony, o braterstwie z Teodozjuszem... Równocześnie zaś z polecenia magistra officiorum przygotowywano już pospiesznie rzekome tłumaczenie mowy na cześć cesarza Walentyniana. Myśleli więc posłowie, że wszystko się jakoś ułoży — toteż tym większe ogarnęło ich zmieszanie, gdy syryjski tłumacz z trudem powstrzymując uśmiech, przełożył im te oto słowa Aecjusza:

— Witam was, posłowie potężnego i wspaniałego króla, jedynego, którego wieczni cesarze Rzymu nazwać mogą swym bratem. Witam i dziękuję za tak piękne i tak dla mnie pochlebne powitanie... Zaprawdę nie spodziewałem się, że Król Królów tyle wie o skromnym słudze cesarskim i tak o nim pamięta...

Otoczenie patrycjusza z trudem hamowało wesołość — zarazem przecież wszystkich tych towarzyszy i współpracowników aecjuszowych radość rozpierała i duma na myśl, jaką to sławą cieszy się w odległych królestwach wódz ich i dobroczyńca. Jedynie prefekt pretorium Pateriusz gniewnie zacisnął usta: obraza majestatu nie ulega wątpliwości i jeśli Aecjusz nie zgodzi się wysłać w najbliższych dniach do Persji urzędowego — przez siebie podpisanego — pisma ze skargą i oburzeniem — będzie to jeszcze jeden dowód na to, iż świadomie dąży do obniżenia powagi świętej cesarskiej osoby...

Myśląc tak, nie spodziewał się Pateriusz, iż za chwilę otrzyma jeszcze jeden dowód na to samo: Aecjusz czas jakiś przyglądał się z uśmiechem posłom, zaniepokojonym ich twarzom, dziwnemu ubiorowi, dziwacznym, w łuk zakrzywionym krótkim mieczom, wreszcie rzekł:

— Jeszcze raz dziękuję Królowi Królów i wam, dostojni mężowie... Zaiste rzadki to okaz cnoty: oddawanie czci wedle kolejności zasług... A teraz raczcie udać się do Wawrzynowego Pałacu i złożyć pokłon temu, kto nosi purpurę i diadem cesarzy Romy...

I wnet potem dodał z troskliwością w głosie:

— Będę szczęśliwy, gdy się dowiem, że żadna niemiła nie spotkała was w drodze przygoda...

Owszem, mieli przygodę. Już w zachodniej części Morza Jońskiego galerę, na którą wsiedli w Aleksandrii, dopadły trzy lotne okręty pirackie — jak się później okazało — wandalskie. Groziła więc posłom nieuchronna zguba — Wandale wdzierali się już na pokład — gdy oto nagle z południa — jakby spod wody się wynurzyły — nadleciały cztery śmigłe galery... natarły na piratów... dwa spośród ich okrętów zatopiły wraz z całą załogą, trzeci zaś zdobyty został w walce wręcz, po czym zbawcze galery znikły równie szybko, jak nadleciały... Posłowie zdążyli tylko spostrzec złote orły rzymskie na ich pokładach i zamienić kilka słów z młodym wodzem wybawców. Wypytywał, kim są, gdzie jadą, a na pożegnanie, zapytany o imię — (..Żebyśmy wiedzieli za kogo modły słać do Ahuramazdy") odrzekł z uśmiechem;

— Jam Aecjusz mórz...

Słuchając opowiadania Persów, Aecjusz z trudem hamował rozpierającą go dumę i radosne wzruszenie: zaiste nie można już dostąpić większego triumfu... nie można już wspanialej być uczczonym... Oto wróg. pokonany, wygnany, niewątpliwie skrzywdzony — by uczcić swą potęgę na morzu. nazywa siebie Aecjuszem wodnych przestworzy!... Sebastian to bowiem, zięć Bonifacjusza, ostatni miecz w ręku Placydii — stał się postrachem Wandalów i istnym panem mórz... Uciekając przed zwycięskim Aecjuszem, skierował się do Nowej Romy i Teodozjuszowi ofiarował swe służby, jako król piratów z łaski cesarskiej... Istotnie wsławił się niebawem lotnością, odwagą i okrucieństwem — prawdziwy pirat, straszny przecież tylko dla wandalskich okrętów, od których ostatnio roiło się Morze Śródziemne... Gejzeryk podobno bał się go więcej niż wszystkich wojsk Italii. Prawdziwi morscy rozbójnicy, do niedawna postrach wszystkich okrętów rzymskich tłumami ściągali pod znaki Sebastiana, urzeczeni jego sławą... Miał więc Aecjusz mórz swoich Asturiuszów, Andewotów, Marcellinów, a może i Merobaudesów; karnych, oddanych, na wszystko gotowych...

Radość i dumę Aecjusza podzielają wszyscy obecni, tylko prefekt Pateriusz jeszcze silniej zaciska usta, patrzy na patrycjusza spod oka i myśli:

„Pirat lądów z łaski huńskiej..."

**

Pożegnawszy przyjaźnie posłów, Aecjusz przechodzi do komnaty, ozdobionej białym posągiem Bonifacjusza — gdzie czeka już na niego młody princeps magistrianus szkoły agentium in rebus — oko i ucho patrycjusza.

— Są nowiny?... — wesoło pyta zgiętego w kornym ukłonie młodzieńca.

— Dużo nowin, mężu najchwalebniejszy...

— Dobre?

— Bardzo złe.

Aecjusz spokojnie siada przy zawalonym zwojami i kodeksami stole.

— Mów

— Pierwsza wiadomość — drżącym nieco głosem odczytuje z tabliczki magistrianus — małżeństwo młodego Huneryka z córką króla Wizygotów ostatecznie postanowione... Wyznaczono już nawet dzień zaślubin...

Aecjusz z zaciekawieniem patrzy w skupioną twarz młodzieńca.

— Czy ty rozumiesz, co to znaczy, mój chłopcze?...

— Tak, najchwalebniejszy... Ścisłe przymierze dwu potęg barbarzyńskich i ariańskich przeciw cesarstwu... Utrata całej Afryki, Hiszpania osaczona. Galia i Italia w nieustannym niebezpieczeństwie. Broniąc jednej wystawimy na łup drugą. Na obronę obydwu równocześnie nie mamy sił.

W oczach patrycjusza maluje się już nie tylko zaciekawienie. ale i życzliwy uśmiech. Magistrianus rumieni się z radości i dumy.

— Pisz — mówi Aecjusz. — Wieczny Augustus poleci Trygecjuszowi udać się do Afryki i zawrzeć ponowny pokój z Gejzerykiem jeszcze przed zaślubinami jego syna... Robimy zamianę: król Wandalów — tak jak pragnie — dostanie Byzacenę prowincję prokonsularną i wschodnią Numidię z Konstantyną i Hipponem. Do cesarstwa wróci Numidia zachodnia i obie Mauretanie. Niech pomęczą się teraz trochę prawowierni ze wschodniej Afryki — tym z zachodniej zaprawdę należy się już wypoczynek!... — śmieje się patrycjusz. — Wieczny Augustus zwalnia króla Gejzeryka z przysięgi na foedus i uznaje go niezależnym monarchą...

Magistrianus lekko wzdycha, współczująco a ze zrozumieniem.

— Nieprawdaż? — łowi to westchnienie Aecjusz. — Za wszelką cenę należy na czas jakiś uśmierzyć Gejzeryka... Zawsze uważałem Afrykę za straconą... Ale musi Trygecjusz dopilnować, by Thamugadi zostało po naszej stronie...

Młody człowiek porozumiewawczo się uśmiecha

— Jesteś nie tylko największym mężem cesarstwa, ale i czułym małżonkiem, o najchwalebniejszy... Jakże się ucieszy najdostojniejsza Pelagia...

— Pisz dalej, młody przyjacielu... Prefektem pretorium Galii zamianuje wieczny Augustus Mecyliusza Awitusa...

Magistrianus z trudem się powstrzymuje, by z podziwu nie zacząć klaskać w dłonie.

— Znakomicie, wspaniale! — woła, lecz po chwili przerażony własną śmiałością, osuwa się na kolana. — Oddal swój gniew ode mnie, panie!

— Nie, nie... będziesz ukarany... musisz ponieść karę za zuchwalstwo... pójdziesz precz z Rawenny...

Młody agens in rebus drży na całym ciele. W oczach jego ukazują się łzy. Aecjusz śmieje się.

— Ale przedtem odpowiesz mi jeszcze na jedno pytanie — mówi. — Co myślisz w tej chwili... nie o sobie... lecz o Awitusie?...

— Boję się, panie — z trudem hamuje łkanie młodzieniec — że po tym, co zaszło przed dwoma laty, nie zechce objąć prefektury...

Aecjusz w zamyśleniu kiwa głową.

— Tak... tak... masz słuszność... Ale musi ją objąć... Właśnie dlatego wypędzam cię z Rawenny... Pojedziesz do Arwerniów, do Awitusa... Nikt lepiej od ciebie tego nie zrobi.

Gorący pocałunek i dwie duże łzy razem opadają na szeroką pokrytą pierścieniami rękę.

— Inne nowiny?...

— Synowie poległego króla Guntera, Gundiok i Chilperyk, błagają o wydzielenie żyznych ziem dla ludu Burgundów... Nie tylko odnowią foedus, ale dla zapewnienia swej wierności dadzą dożywotnich zakładników; po jednym wojowniku i jednej dziewicy z każdego możnego rodu...

— Dobrze. W przyszłym roku wieczny Augustus nada im Sabaudię i wybrzeża Lemanu. Przydadzą się. Potrzebuję na wschodzie Galii zapory przeciw Hunom — mówi Aecjusz, z góry rozkoszując się wrażeniem, jakie wywrą na młodzieńcu ostatnie słowa.

Doznaje przecież całkowitego zawodu. Zamiast spodziewanego bezgranicznego zdumienia, na twarzy magistrianusa odmalowuje się spokojnie uznanie.

— Mądrość twa i roztropność zaprawdę nie mają granic, najchwalebniejszy mężu!... Umiejętność przewidywania oto największa cnota władców... Pokładać ufność w przyjaźni Hunów — to samobójstwo... Coraz potężniejszy, coraz bardziej niebezpieczny staje się król Attyla...

Aecjusz nawet nie stara się już ukryć podziwu, jaki w nim budzi młody magistrianus. Patrzy na niego z zadowoleniem, ale zarazem też jakby ze współczuciem. „Oto kto powinien być magistrem officiorum" — myśli „Drugiej takiej głowy do tych spraw na całym Zachodzie nie znajdę.. Jaka szkoda, że ojciec jego jest tylko kupcem zbożowym.. Trudno — nie mogę dla niego wszczynać wojny z Senatem, i to właśnie teraz.. Może kiedyś..."

— A nowiny z Rawenny? — pyta łaskawym, nieomal przyjacielskim głosem.

— Wieczna Augusta jest bardzo urodziwa — wstydliwie uśmiecha się magistrianus — i po niedawnym rozwiązaniu podobno ogromnie spragniona pieszczot małżonka, ale wieczny Walentynian woli cudze żony — a pono i dziewicze córki urzędników pałacowych...

— Co więcej?...

— Codziennie przez trzy godziny ćwiczy święte oko i mięśnie... Wegecjusz Renatus jest zdania, że pan nasz mógłby być najlepszym szybkobiegaczem imperium, równie jak znakomitym szermierzem...

Aecjusz ironicznie uśmiecha się.

— To wszystko?...

— Jeszcze nie, mężu najchwalebniejszy... święty biskup Germanus z Antissiororum przybył z dalekiej Armoryki ze skargą na patrycjusza cesarstwa...

— Coś rzekł?!...

— Daruj słudze, panie, ale to prawda: Germanus chce pożalić się wiecznemu Augustowi na ucisk, jakiego doznają prawowierni Armorykanie od króla heretyckich Alanów, Goara, który na rozkaz Aecjusza...

Wielka pięść uderza w stół z taką siłą, że aż podskoczyły kodeksy, a kilka zwojów stoczyło się na posadzkę.

— Dziś jeszcze sprowadzisz do mnie Germanusa. Goar to najwierniejszy z federatów, a z Armorykanami mam porachunki jeszcze za Litoriusza... Pomówię ze świętym biskupem. Co jeszcze?

— Petroniusz Maksymus domaga się podobno powtórnego konsulatu. Opowiada wszystkim naokoło: „Wiem, że Aecjusz nigdy na to się nie zgodzi, ale za trzy, cztery lata dostanę konsulat bezpośrednio z rąk wiecznego Augusta".

Patrycjusz z niechęcią się skrzywił.

— Dostanie go ode mnie i to już na przyszły rok. Co masz ponadto?...

— Flawiusz Merobaudes przybył z Hiszpanii i pragnie stanąć przed obliczem najchwalebniejszego...

— Niechże wejdzie natychmiast... a ty już się oddal, mój chłopcze, i gotuj się do wyjazdu do Galii...

Szybkim sprężystym krokiem wszedł Merobaudes do komnaty.

— Chwała ci, mężu najchwalebniejszy — zawołał. — Raduj się! W południowej Betyce bakauda stłumiona. Tybatto, wódz powstania, schwytany. Odetchnęły Korduba, Illiberis, Hispalis...

Aecjusz porwał go za ręce.

— Nareszcie! — krzyknął radośnie. — Najwyższy już czas!... Jeszcze miesiąc i w Galii chłopstwo również by się ruszyło... Cóż, dużo wieszacie?...

Poeta uśmiechnął się.

— Drzew nie wystarcza, najchwalebniejszy...

— To palcie... Palcie żywcem... Całe wsie... Spędźcie w jedno miejsce trzy, cztery setki... z kobietami, dziećmi, dobytkiem... i od razu podpalajcie z czterech stron... Jak Hunowie... Prędzej idzie i bardziej odstrasza...

Merobaudes pobladł.

— I bez tego okrutne dzieją się rzeczy — powiedział. — Sam wyrżnąłem pod Illiberis dwa tysiące ludzi. Żołnierzom broń wypadała z rąk ze zmęczenia. I w dodatku żadnej nie mieli pociechy. Chłopki wiedząc, że i tak potem czeka je śmierć, na złość nie dawały się żołnierzom w ręce — od razu rzucały się na miecze... Okropne rzeczy!... całe szczęście, że spokój już będzie — possessorowie nie potrzebują już drżeć o życie i mienie, a Pax Romana o utratę Betyki...

Aecjusz roześmiał się.

— Czemuż tak zawsze jest, że każdy poeta miękki jest jak niewiasta?! — zawołał. — Ale skoro mowa o niewiastach, jakże się miewa dostojna małżonka?...

Merobaudes lekko się zarumienił.

— Spodziewa się rozwiązania...

— To najprześwietniejszy Asturiusz będzie dziadkiem?!... Zaprawdę najwyższy już czas, by dostał konsulat, który obiecałem mu jeszcze jako młodzieńcowi. Czcigodny mąż, z wnukami... Sam czas!... Trzeba będzie o tym pomyśleć. Ale nie mówiłeś mi, jak się właściwie miewa zwycięski magister utriusque militiae?... Zdrów? Nie ranny?... Na pewno dumny ze swych triumfów?...

— Właśnie chciałem rzec, najchwalebniejszy mężu. Raczyłeś śmiać się, żem słaby jak niewiasta — a oto najprześwietniejszego Asturiusza tak wyczerpały ostatnio walki, że pragnie złożyć z siebie godności magistra utriusque militiae. Mówi, że nerwy ma zupełnie stargane. Kiedyś, pod Kordubą, zemdlał przejeżdżając przez gaj, dawniej apollinowy. Ale też takiego lasu wisielców i tyś chyba nigdy nie widział. najchwalebniejszy...

— Nie może być!... — głos Aecjusza rozbrzmiewał bezgranicznym zdumieniem i niedowierzaniem. — Coś ci się poplątało, wsławiony poeto. Asturiusz?... ten Asturiusz, który tak spokojnie i na zimno załatwiał sprawę Feliksa?!...

— Przysięgam ci na Chrystusa, że mówię prawdę. Kilka razy powiadał mi Asturiusz: „Nie wytrzymam dłużej... Ledwie wyjdę do ogrodu, na każdym drzewie widzę wisielca i wciąż czerwono przed oczyma"...

— Słabeż wy, Hiszpanie, macie serca i głowy!... Ale skoro Asturiusz chce, zwolnię go, konsulem przecież zrobię... Komu coś raz przyrzekłem...

— A kogo byś chciał mianować magistrem utriusque militiae na jego miejsce, najchwalebniejszy?... Chyba znów kogoś takiego, co walczyć będzie w Hiszpanii?... bronić kraju przeciw Swebom... wykończy bakaudę... nie puści Wizygotów poza Pireneje... Kogoś, kto zna kraj i stosunki...

Aecjusz utkwił w poecie przenikliwe, badawcze spojrzenie. Długo patrzył mu w oczy. Wreszcie rzekł bez uśmiechu:

— Więc po to przyjechałeś, Merobaudesie?... Rozumiem, należy ci się... Ale, zaprawdę, żaden poeta jeszcze nigdy dotąd nie zaszedł tak wysoko!... Masz słuszność: magistra utriusque militiae chcę mieć w Hiszpanii... Owszem, znasz kraj... stosunki... odznaczyłeś się... Ale trudno będzie. Wiesz przecież, ilu i jakich masz wrogów. Sygiswult nie jest ci przyjazny. I Petroniusz Maksymus też. I Faustus...

Nawet moi przyjaciele: Bassus i Kasjodor. Zazdroszczą ci sławy... Jeden tylko Marcellinus byłby za tobą, ale on sam — jako poganin, i to nie z Miasta pochodzący — z trudem się trzyma na nogach: ledwie go osłaniam. Przyjaciół zaprawdę trudniej bronić niż prowincji... Powiadam więc: trudno... bardzo trudno...

Merobaudes milczał. Wzrok miał utkwiony w posadzkę — twarz oblaną gorącym rumieńcem.

— Ale skoroś po to przyjechał — ciągnął Aecjusz — rozglądnę się, czy coś się nie da zrobić... Merobaudes zerwał się na równe nogi.

— Nie tylko po to przyjechałem! — zawołał rozżalony — wierz mi, najchwalebniejszy, że nigdy bym nie chciał poróżnić ciebie z Faustem, Massusem lub Kasjodorem...

Aecjusz zaśmiał się.

— Poróżnić?! Zapominasz, do kogo mówisz. Merobaudesie... Poróżnić się można tylko z równym sobie... Z nimi zaś najwyżej możesz mi przysporzyć trochę niemiłego kłopotu. Zresztą powiedziałem już; skoroś po to przyjechał...

— Ja zaś też już powiedziałem, że nie tylko po to, wodzu mój i dobroczyńco!... — Sięgnął ręką do zanadrza i wydostał spory zwój pergaminowy. — Wszak właśnie dziś mijają dwa lata od narodzin Gaudencjusza... Czyżby Merobaudes mógł o tym zapomnieć?!

Aecjusz otworzył ramiona.

— Miłuję cię, Merobaudesie — rzekł ściszonym, pełnym wzruszenia głosem. — I naprawdę po to sam przyjechałeś?...

— Po to, by samemu przeczytać...

— Idźmy więc do Gaudencjusza, przyjacielu... najprześwietniejszy magistrze utriusque militiae. Jakoś poradzimy sobie z zazdrością ludzką... z Maksymusem, Glabrionem, Herkulanem, Kasjodorem... Chodźmy.

**

Merobaudes zwykł był mawiać, że przyjaźń Jego do Marcellina z wielkim tylko trudem daje się zatrzymać na progu pogańskiego lararium; Marcellinus natomiast, choć nikomu tego nie mówił, myślał: „A moja z łatwością zatrzymuje się i urywa tam, gdzie się zaczynają jego wiersze". Szczerze bowiem uważał swego przyjaciela za bardzo groźnego, choć zupełnie nieświadomego szkodnika w cudnym ogrodzie rzymskiej poezji: nie znosił jego stylu i składni, nienawidził jego figur retorycznych, a szczególnie porównań, brzydził się pospolitym, prowincjonalnym słownictwem... Pierwszą wiadomość o wystawieniu posągu Merobaudesa na Forum Trajana przyjął jako obrazę — śmiertelną obrazę wszystkich tych wielkich twórców przeszłości. których kochał i czcił, a których posągi również zdobiły Forum Najlepszego Imperatora. Jedynie wielka skłonność, jaką szczerze żywił do Hiszpana, sprawiła, iż nie ogłosił nigdy napisanej przez siebie rozprawy; „O nieudolnościach poezji i barbaryzmach prozy pewnego wsławionego poety, którego rozgłos smutnym jest dowodem powszechnego upadku smaku i wymagań”. Pewnego razu Aecjusz zapytał Marcellina kogo by uważał za najodpowiedniejszego do objęcia patrycjatu w razie jego śmierci. — Merobaudesa — bez wahania odpowiedział poganin. — Zaprawdę wielkim jesteś jego przyjacielem — roześmiał się patrycjusz, który zadając owo pytanie miał na myśli samego Marcellina. — Większym niż myślisz, najchwalebniejszy — rzekł Marcellinus. — Z przyjaźni bowiem cieszę się, że wówczas już nie będzie miał może czasu na pisanie wierszy...

Nie mogąc znosić wierszy ani prozy Merobaudesa, uwielbiał go przecież Marcellinus jako mówcę: wystarczyło, by Hiszpan przeczytał pięć, sześć dystychów z najgorszego swego panegiryku lub wyrzucił z siebie dwa — trzy rojące się od barbaryzmów okresy — a już doznawał Marcellinus uczucia niewysłowionej rozkoszy. Najbardziej pospolite porównanie, najwadliwiej zbudowana strofa, najdzikszy wybryk barbaryzmu językowego — wszystko to przestawało razić... wszystko nabierało głębi, polotu i czaru, gdy rozlegały się pierwsze dźwięki głosu Merobaudesa... gdy do zwycięskiej walki z wrogami jego poezji występował niezrównany dar i kunszt wymowy... Toteż i teraz stojąc tuż obok krzesełka, na którym uroczyście posadzono dwuletniego Gaudencjusza, Marcellinus z rozkoszą wsłuchiwał się w każde słowo głośno czytanego panegiryku:

Annus panditur ecce iam secundus et festum pueri diem rcducit, quo vitalibus inchoatus auris infusi bibit aetheris vigorem.

Urwał na chwilę Merobaudes... przymknął oczy... głęboko zaczerpnął piersią powietrza i nagle, równocześnie wyrzucając przed siebie ramiona i słowa, zagrzmiał potężnie i zarazem jakby hymn zanucił:

Omnes nunc Latiae favete Musael Omnes nunc Latiae virete silvae!.„

Aecjusz zerwał się z miejsca.

Wszystkie dzisiaj latyńskie radujcie się Muzy, Wszystkie dzisiaj latyńskie zieleńcie się lasy!...

Zawołał radośnie, powtarzając ostatni dwuwiersz. Zdawał się już zupełnie nie panować nad swym szczęściem i dumą ojcowską — rozpromieniona jego twarz wydawała się młodszą o dwadzieścia lat i niemal piękną. Porwał chłopca na ręce i tuląc go do potężnej piersi, po raz drugi powtórzył:

Omnes nunc Latiae favete Musael Omnes nunc Latiae virete silvael...

Stojąca opodal Pelagia uczuła łzy w oczach, wzruszenie ogarniało prawie wszystkich obecnych. Nie poznawali surowego, twardego, często okrutnego dyktatora Zachodu w tym oto szczęśliwym rozkochanym ojcu. Z przyjemnością też patrzyli na małego Gaudencjusza; chłopiec był zdrowy, piękny, mądry a wesoły. Zdawać się mogło, że wszystko, co najlepszego dały z siebie różne części rzymskiego świata — w jedno zespoliło się w tym dziedzicu największej istotnej potęgi cesarstwa. Italia, Afryka i północny wschód jakby umyślnie wysiliły się na jak najwspanialsze połączenie w tym ciałku i tej twarzyczce. Gaudencjusz miał płeć ciemną, ale bardzo delikatną, toteż na policzkach ładnie przeświecały przez nią zdrowe, mocne rumieńce — dziedzictwo mezyjskiej chłopskiej krwi... Oczy miał bardzo ciemne. afrykańskie — afrykańskie też, mięsiste, choć przecież nie za grube wargi; budowę ciałka silną, aecjuszową, reszta zaś zdradzała wielkopańskie, senatorskie, rdzennie rzymskie pochodzenie jego babki... Marcellinus był pewien, że nigdy w życiu nie widział i nigdy już nie ujrzy tak ładnego dziecka. Patrzył na Gaudencjusza z coraz to silniejszym wzruszeniem: i jakiż to los gotują bogowie temu najszczęśliwszemu z dzieci, dziedzicowi urody, bogactwa, wielkiego imienia i największej potęgi?!

Sam jednak dziedzic wszystkich tych w jednym miejscu nagromadzonych najwspanialszych darów Fortuny zdawał się żadnego nie żywić zainteresowania dla przyszłych swych losów, cały pochłonięty przeżyciami, którymi wstrząsała go teraźniejszość: najpierw ta ładnie grająca srebrna trąbka, potem grzmiący i śpiewający zarazem głos stojącego na środku komnaty nie znanego człowieka... rozkosz kołysania się w powietrzu, wysoko nad posadzką, w ramionach ojca... wreszcie wspaniałe szczerozłote domy, otoczone drzewami, kolumnami i nieruchomymi postaciami, z których większość — jak Gaudencjusz poznawał bez trudu — miała twarz jego ojca.

Nie tylko chłopiec — wszyscy obecni z podziwem patrzyli na zajmujące trzy czwarte komnaty, całe w złocie kunsztownie wykonane Forum Trajana z Bazyliką Ulpiańską, biblioteką, konnym posągiem, kolumną, łukiem i statuami, z których większość — inaczej niż w rzeczywistości — istotnie przedstawiała Aecjusza. Nad bazyliką unosił się sześcioskrzydły anioł, którego ręce rozwijały złoty również pergamin z napisem: „Gaudencjuszowi od przyjaznej Eudocji". Podarek ten z trudem wniosło do komnaty dwunastu niewolników pod dozorem eunucha Herakliusza. Do niego też zwrócił się Aecjusz, wciąż jeszcze trzymając syna w ramionach:

— Gaudencjusz gorąco dziękuje najszlachetniejszej Eudocji za ten cenny i piękny dar. Również i patrycjusz cesarstwa dziękuje wiecznemu Augustowi za ten wspaniały dowód swego najłaskawiej życzliwego stosunku do przyjaźni, jaką zdają się żywić ku sobie starsza córka jego wieczności i mój syn. Zaiste wspaniały dar, narzeczeński dar...

Wszyscy, nie wyłączając Pelagii, spojrzeli nań ze zdumieniem. Jeden tylko Marcellinus dawno już wszystkiego się domyślił...

Gdy zapadł zmrok, w komnacie nie było już nikogo prócz ojca i syna. Z kątów wypełzać poczęły szare cienie. Gaudencjusz znów rozpierał się na wysokim krzesełku, ani na chwilę nie odrywając oczu od wolnego tonącego w półmroku sześcioskrzydłego anioła. Wzrok Aecjusza poszedł za spojrzeniem syna. Na chwilę wpił się w napis: „Gaudencjuszowi od przyjaznej Eudocji"... I nagle patrycjusz cesarstwa, wszechwładny dyktator Zachodu, postrach królów i ludów, osunął się na kolana i z żarem całując maleńkie rączki i nóżki, drżącym, wzruszonym głosem, prawie szeptem, zaczął mówić:

— Bądź pozdrowiony i pochwalony — Ty — Święta Wieczności — Panie Nasz, Najszlachetniejszy Cezarze Imperatorze Flawiuszu Gaudencjuszu. Pobożny, Szczęśliwy, Wsławiony, Niezwyciężony, zawsze Augustus...

2

Coraz bliżej i bliżej rozlega się łoskot szeroko otwieranych podwoi. Coraz bliższym odzywa się echem powitalny szczęk oręża rozstawionych po wszystkich komnatach straży.. Coraz wyraźniej rozbrzmiewa — z komnaty do komnaty, z ust do ust podawane sobie: ,,Ave, vir gloriosissime"!...

Comes świętej sypialni blady, przerażony biegnie ku drzwiom: czujne jego ucho rozróżniło już szybki, sprężysty krok... coraz bliższy już, coraz głośniejszy...

— Mężu najchwalebniejszy, o tej porze?! — woła trzęsącymi się wargami, bohatersko rozkrzyżowując ramiona. — Daruj... nie karz... oddal swój gniew... ale zaprawdę nie mogę cię już wpuścić...

Bez jednego słowa, gwałtownym, bolesnym szarpnięciem odpycha Aecjusz od drzwi prześwietnego comesa, jakby niewolnik to był lub ostatni z rzezańców... I nie spojrzawszy już nań więcej, tym samym szybkim, sprężystym, zdecydowanym krokiem kieruje się ku wielkiej przetykanej złotem, purpurowej zasłonie. Comes sacri cubiculi biegnie za nim, przedkłada, błaga, pada na kolana. Aecjusz nie mówiąc ani słowa idzie dalej... Uchyla zasłony... Jakby spod ziemi wyrasta mała, okrągła postać comesa świętej szaty... Maluśkie. zapłynięte tłuszczem oczka pełne są łez...

— Nie popełniaj, panie, świętokradztwa... Wieczny Augustus raczył już zdjąć z siebie szaty... Nikomu nie wolno zobaczyć świętej nagości...

Aecjusz, choć cały pełen gniewu, nie może już przecież powstrzymać uśmiechu.

— Nikomu?... A przecież ty oto co dzień oglądasz świętą nagość, świetny mężu.

Na nalanych, wydętych, jakby opuchłych policzkach wciąż jeszcze połyskują łzy — cienkie usta przecież składają się już do figlarnego uśmiechu.

— Ja to co innego... jam rzezaniec... Mnie i świętą nagość wiecznej Augusty oglądać można... i obojga wieczności razem...

Ale Aecjusz już nie słucha.

— Puszczaj — mówi opryskliwie i odpycha eunucha od zasłony.

Comes sacrae vestis znów się uśmiecha.

— Wiecznego pana nie masz już w świętej sypialni.

— Łżesz.

Rzezaniec zniża glos:

— Przysięgam na święte biodra wiecznej Augusty, najpiękniejsze, jakie widziałem...

Aecjusz patrzy na niego ze zdumieniem.

— Nie boisz się, że pójdę i powiem?... takie bluźnierstwo...

— Nie powiesz... Wszak to ode mnie co dzień dowiaduje się wszystkiego twój magistrianus...

Szeroka dłoń spada na tonące w tłuszczu ramię.

— Jeśli od jutra podwoisz swą gorliwość, może za rok będziesz prześwietnym prepozytem świętej sypialni... w miejscu tamtego... — mówi szeptem wskazując głową na stojącego w sąsiedniej komnacie comesa sacri cubiculi... — Kochasz go bardzo? co? — śmieje się i zaraz dorzuca zupełnie innym głosem: — Gdzie Placydus?...

— W gymnazjonie...

Stojąc na progu gymnazjonu Aecjusz ze zdumieniem przygląda się szermierce Walentyniana z wysokim barczystym niewolnikiem-Gotem. Po raz pierwszy widzi cesarza prawie nagim: Walentynian z natury jest wątły i raczej słabo zbudowany, wprawne przecież oko Aecjusza od razu stwierdza, że cesarz musi mieć znakomicie wyćwiczone mięśnie rąk i nóg. Jest też wcale zręczny i widocznie od dawna już wprawiony we władaniu mieczem. ..Niewątpliwie Got umyślnie słabo naciera — myśli Aecjusz — ale i tego, co jest, nie spodziewałem się nigdy po Walentynianie..."

Wreszcie cesarz dojrzał patrycjusza. Bezgraniczne zdumienie i gniew odmalowały się w okrągłych, nieco wypukłych oczach, głębokie bruzdy w okamgnieniu poorały sklepione konstancjuszowskie czoło. Szybko otula się białą tkaniną i woła:

— Jak śmiałeś tu wejść, świętokradzco?!

Aecjusz w języku Gotów mówi do niewolnika: — Odejdź i zapomnij, coś przed chwilą słyszał — jeśli chcesz żyć — gdy zaś został sam na sam z cesarzem, szybko podszedł do niego i prawie dotykając go piersią o pierś, syknął:

— Już nie będziesz się ćwiczył z tym szermierzem... Umrze albo zostanie oddanym mi psem... Słyszał, jak zelżyłeś Aecjusza...

— A ty nie zelżyłeś cesarza?... nie znieważyłeś ceremoniału, majestatu?... Jak mogłeś wejść tutaj, nie wołany, o takiej porze?... Jeśli umrze Got, każę wymordować całą swą służbę wraz z obu comesami... widzieli, jak zelżyłeś cesarza!...

,,Bardzo podobny do matki" — myśli Aecjusz.

— Morduj, jeśli chcesz... — mówi. — Wiem, że tego nie potrafisz... Ty zaś wiedz, że wcale mi nie zależy na publicznym lżeniu majestatu i na pewno nie byłbym tu dziś przyszedł, gdybym się nie dowiedział, żeś... — Twarz spurpurowiała mu nagle z niepohamowanego gniewu, wykrzywiła się groźnym grymasem, głos stał się cichszy i świszczący. — ... żeś przyjął przedstawicieli kupiectwa i zapewnił ich, że stanu kupieckiego nie dotknie nowy podatek wojskowy...

Z trudem wyrzucał z siebie każde słowo. Walentynian zaś, choć przybladł nieco, przyglądał mu się spokojnie i zimno, wreszcie gdy Aecjusz urwał na chwilę — rzeki:

— Istotnie tak powiedziałem... Od czasu najazdu Alaryka kupcy wciąż jeszcze są tak zrujnowani, że grzechem byłoby zabierać im choć jeden nummus...

— O grzechu mów z Leonem lub ze swoją matką — parsknął gniewnie patrycjusz — a ze mną o wojsku i pieniądzach. Jesteś cesarzem, wypada więc, byś od czasu do czasu interesował się swym imperium. Otóż powiadam ci: jeśli do zimy nie będę miał pieniędzy na sformowanie szesnastu nowych legii i na zapłacenie zaległego od pół roku żołdu należnego galijskim auxiliom — na wiosnę nie będziesz panem Galii, a może i Hiszpanii, tak jak nie jesteś już władcą Afryki... Na wojnę nie tylko już z Teodorykiem, ale nawet z Frankami czy Swebami nie mamy sił... I nie będziemy ich mieli, póki nie dostaniemy pieniędzy... : — Dostaniemy pieniądze, Aecjuszu...

— Skąd, wieczny?... Czyżby Wielki Teodozjusz zakopał gdzieś w podziemiach Palatynu salomonowe skarby?...

— Śmiejesz się, Aecjuszu, a skarby salomonowe przecież naprawdę istnieją. Nie w żadnym podziemiu jednak, tylko w lasach, łąkach, winnicach, pięknych willach, insulach, posągach, obrazach i kwadrygach. wygrywających w hippodromie wyścigi... Nałożymy podatek na wszystkie rody senatorskie, na każde jugerum pola ornego, łąki, lasu...

Aecjusz zmarszczył brwi.

— Nie zrobię tego.

— Czemuż, Aecjuszu?... Choćbyś osiemdziesiąt legii wystawił, jeszcze nie umniejszysz dóbr possessorów italskich o trzecią nawet część...

— Nie, tak nie można zrobić. Nie mogę obciążać jednego stanu taką daniną.

— Nie możesz? — Walentynian roześmiał się. Śmiejąc się, jeszcze bardziej podobny był do matki. — Dlaczegóż, najchwalebniejszy?... Wszak żaden stan nie krzyczy tyle o swym przywiązaniu do Romy i gotowości do wszelkich na jej rzecz ofiar... Czyż nie jest rzeczą słuszną, by — tak jak to dawnymi czasy bywało — ci, którzy najwięcej mają przywilejów, największe też dźwigali na sobie obciążenia?...

— Tak też i będzie... Stan senatorski zapłaci nieporównanie więcej niż kupcy, ale kupcy też zapłacą...

— Nie, Aecjuszu... Jeśli wieczny Augustus zapewnił ich, że...

Aecjusz tupnął nogą.

— Milcz, Placydusie! — krzyknął, pobladły śmiertelnie z gniewu. — Na przyszłość wieczny Augustus będzie miał nauczkę... nikogo o niczym nie będzie zapewniał nie porozumiawszy się uprzednio z Aecjuszem...

Walentynian również zbladł, ale po chwili już się uśmiechał.

— Czyż Aecjusz myśli, że ja nie wiem, o co mu chodzi?! — zawołał. — Wszystko uczyni; dziesiątki tysięcy chłopów zatopi w potokach krwi, kupców obedrze do ostatniego numma, kościoły spali, majestat obrazi i oplwa — jednego przecież nie ruszy: wstawionego stanu senatorskiego... Nikogo się nie boi, przed niczym nie zadrży — jednego tylko się lęka: wyrazu niezadowolenia na twarzach Wiriuszów, Symmachów, Grakchów. Bassów, Krassów, Anicjuszów... Zrozumiała rzecz!... Aecjusz i senat we dwójkę przeciw majestatowi i reszcie ludu rzymskiego!...

„Wcale nie jest taki głupi, jak sądziłem" — ze szczerym zdumieniem stwierdził w myśli Aecjusz.

— Słuchaj, Placydusie — rzekł — jeśli za tydzień nie zjawisz się w senacie i nie odczytasz dekretu podatkowego, takiego, jaki doręczy ci ode mnie comes rerum privatarum, to wówczas...

— Cóż będzie wówczas, Aecjuszu?...

Patrycjusz wzruszył ramionami.

— Matka twoja mądrzejsza była od ciebie... Tobie nigdy, tak jak jej, nie przyjdzie do głowy zapytać: „Skoroś taki mocny, Aecjuszu, czemuż nie zabijesz mnie i nie zostaniesz sam Augustem?"

Walentynian drgnął. Aecjusz zaś ciągnął dalej:

— Przysiągłem ci służyć, tak jak ojciec mój twemu dziadowi... Czyż nie służę?... Będziesz do końca dni swoich nosił purpurę i diadem, a gdy umrzesz naturalną śmiercią — tak, naturalną, bo obronię cię przed wszystkimi!... — wówczas weźmie na się purpurę twoja córka, o ile, rozumie się, poślubi odpowiedniego męża...

— Twego syna...

— Tak, Gaudencjusza... Ale wróćmy do ciebie... czegóż więcej ci jeszcze trzeba prócz purpury i boskiej niemal czci?! Ale za to musisz robić wszystko, co najniższy twój sługa ośmieli się kornie poradzić twojej wieczności... A o moim związku z senatem lepiej nie wspominaj. Myślisz, że nie wiem, iż tworzysz sobie własne stronnictwo z adwokatów?! Wszak byłeś onegdaj na jakimś uroczystym zebraniu tych głodomorów... szaleli pono na twój widok... miałeś ich nazwać: szkołą dostojników. Otóż przysięgam ci, że żaden z nich nigdy nie zostanie nawet wikariuszem czy choćby correctorem prowincji...

— Wszystkie godności dla senatorskich synków?...

— Wszystkie dla tych, co będą słuchać woli Aecjusza... Purpura również dla tych...

Walentynian skrzyżował ręce na piersiach.

— A co zrobisz, jeśli na przykład przedłożę senatowi własny dekret podatkowy?... zabijesz mnie?...

Aecjusz lekceważąco się uśmiechnął.

— Po co?... Mężowie z naszego rodu nigdy nie podnoszą dłoni na majestat... Ale wiesz, co się stanie?... Albo senat, który od dziesięciu lat wzmógł się bardzo na siłach, odrzuci twój dekret i rozpocznie walkę z cesarzem i jego głodomorami, albo...

— Albo co, Aecjuszu?...

— Albo nazajutrz po owym posiedzeniu senatu Aecjusz złoży godność patrycjusza i dowództwo nad wojskiem. Za nim pójdą Sygiswult, Asturiusz, Merobaudes, Marcellinus, Witus, Rycymer i tysiące innych... W pół roku cesarz Zachodu będzie już tylko panem Italii, a za rok Attyla z ziemią zrówna Rawennę, Rzym i kości cesarskiej rodziny...

Zapadło dłuższe milczenie. Walentynian zaczął chodzić. Po chwili zatrzymał się, wziął do ręki duży łuk i dwie strzały i odwrócił się ku Aecjuszowi.

— Widzisz ów czerwony krążek na tamtej ścianie, najchwalebniejszy mężu? — rzekł. — Proszę cię, spróbuj trafić...

Aecjusz uśmiechnął się.

— Z przyjemnością... Kiedyś dobrze strzelałem... Jeszcze w bitwie z Gunterem własną dłonią niejedną wypuściłem strzałę...

Z łatwością naciągnął bardzo silnie napięty łuk. Zmierzył się. Wypuścił strzałę. Trafiła w ścianę o jakieś pól palca powyżej krążka.

— Znakomicie! — ze szczerym zapałem zawołał Walentynian. — Daj, teraz ja spróbuję.

Naciągał o wiele dłużej i ze znacznie większym wysiłkiem niż Aecjusz. Długo też celował. Wreszcie puścił. Strzała utkwiła w samym środku czerwonego krążka.

Aecjusz spojrzał na cesarza ze szczerym podziwem.

— Powinno ci to wystarczyć, Placydusie — powiedział z uśmiechem. — Są przecież dziedziny, w których masz niezaprzeczoną wyższość nad Aecjuszem... Gdyby umiejętność strzelania z łuku mogła rozstrzygać bitwy, już jutro zostałbym twoim rękodajnym i towarzyszyłbym ci w wyprawie przeciw Attyli... A teraz zechciej posłuchać, jak ma brzmieć dekret podatkowy. Każdy, kto należy do stanu senatorskiego, bierze na siebie ciężar utrzymania trzech żołnierzy, jeżeli nosi tytuł najprześwietniejszego, a jednego, jeśli jest tylko prześwietnym. Świetni zaś we trzech będą składali się także na jednego żołnierza... Wobec tego, że roczne utrzymanie żołnierzy wynosi trzydzieści solidów, każdy illustris dawać będzie co roku dziewięćdziesiąt solidów, spectabilis — trzydzieści, a clarissimus — dziesięć... Kupcy zaś dadzą po jednej sylikwie rocznie, czyli — jak widzisz — wcale ich nie krzywdzę, najbogatszy bowiem kupiec da dwieście czterdzieści razy mniej niż najuboższy senator... Pójdę jeszcze dalej. Placydusie: kupiec da z własnego worka tylko pół sylikwy, a drugą połowę zbierze od kupujących, podwyższając odpowiednio cenę towarów...

Walentynian westchnął.

— Zaprawdę lepiej by było oszczędzić i kupców, i kupujących, i ubogich senatorów, a wszystkie potrzebne pieniądze ściągnąć z najbogatszych possessorów... Bassus lub Petroniusz Maksymus żadnej zmiany nie poczuliby w swym bogactwie, choćby musieli wystawić każdy po całej legii...

— Będzie tak, jak rzekłem, wieczny Auguście...

— Wiem, że tak będzie... Przynajmniej jeszcze czas jakiś... Ale cóż się stanie z powagą majestatu, skorom przyrzekł kupcom, że ich oszczędzę, a naprawdę okaże się inaczej?...

— Zostaw to mnie, Placydusie... Na siebie biorę troskę o to, by żadna skaza nie powstała z tego powodu na powadze majestatu... Ale cóż to za ludzie?...

Na progu gymnazjonu zgięci w niskich kornych ukłonach stali trzej siwobrodzi starcy w wysokich stożkowatych czapkach i szatach obsypanych złotymi gwiazdami. Na ich widok twarz Walentyniana w okamgnieniu się ożywiła. Szybko skierował się ku nim, wołając zniecierpliwionym głosem:

— Mówcie! mówcie już!...

— Jowisz się ukazał, panie — rzekł jeden ze starców.

— I gwiazda wiecznej szczęśliwości również — dodał drugi.

— Już idę...

— Dokąd, wieczny Auguście?... — niepomiernie zdziwiony zapytał Aecjusz. — Kimże są ci oto mężowie?...

— To chaldejscy astrologowie... wieszczą mi z ruchu gwiazd i planet... Właśnie idę z nimi — uśmiechnął się, zuchwale patrząc patrycjuszowi w twarz — aby odczytać z gwiazd rok, miesiąc i dzień, kiedy jak w środek czerwonego krążka wypuszczę strzałę w serce Aecjusza...

Patrycjusz wzruszył ramionami.

— Zaprawdę nie pojmuję, czemu lepsze i świętsze ma być wróżenie z gwiazd od wieszczenia z dymiących wnętrzności ptasich?... i jaka właściwie jest różnica między świętokradcą Litoriuszem a pobożnym Walentynianem Augustem?!...

**

Silentium et conventus — wspólne posiedzenie consistorium cesarskiego i senatu w obecności wiecznego Augusta — już się rozpoczęło. Prefekt miasta Auksencjusz przystąpił do odczytania cesarskiego dekretu podatkowego, zaczynającego się od słów „Roku czterysta czterdziestego czwartego od narodzenia Chrystusa, naszego Pana niebieskiego. Syna Bożego, a dziewiętnastego roku naszego szczęśliwego panowania spodobało się nam..." Senatorowie co chwila przerywali czytanie głośnymi oklaskami i radosnymi okrzykami na cześć cesarza. Wszyscy też raz po raz spoglądali na drzwi, przez które wejść miał do kurii patrycjusz. Wiedzieli, że już jest w przedsionku i rozmawia z przedstawicielami kupiectwa, którzy zaszli mu drogę i wystąpili ze swymi żalami i żądaniami, nie kryjąc się wcale z nurtującym ich serca rozgoryczeniem.

— Zaprawdę, najchwalebniejszy — mówił podnieconym głosem jeden z nich — wieleś uczynił dla majestatu, dla pokoju rzymskiego, dla wojska, senatu... Zewsząd wiec sypią się na ciebie błogosławieństwa... Ale za cóż ma cię błogosławić kupiectwo rzymskie?... czyż za to, że nakładasz na nas nowy podatek... odstraszasz od nas kupujących... jednym słowem rujnujesz stan i bez tego najbardziej zrujnowany od nieszczęsnych dni pobytu barbarzyńskiego króla w mieście... Powiedz więc sam, mężu najchwalebniejszy, za co mamy cię błogosławić i dzięki ci czynić?...

Aecjusz miał wielką ochotę powiedzieć: „Niech piekło pochłonie wasze błogosławieństwa i dziękczynienia — pluję na nie", ale powstrzymał się i rzekł po krótkim namyśle:

— Za co?... A już za to choćby, że odkąd jestem patrycjuszem, żaden król ni lud barbarzyński nie grozi wam ni waszemu mieniu, ni sklepom...

Kupiec — ów, co mówił poprzednio — uśmiechnął się.

— Istotnie, mężu najchwalebniejszy — powiedział — dotąd nie zagroził nam barbarzyńca... Ale czy nie zagrozi za rok?... nie złupi Italii, nie wejdzie do Romy?... tak jak wszedł do Kartaginy, Emerity, Tolozy, Burgundii?!... Bogu to jednemu wiadomo...

Aecjusz zmarszczy) brwi.

— Dopóki ja żyję, żaden król ani lud barbarzyński nie wejdzie do Miasta — przysięgam wam...

— Na co przysięgasz, najchwalebniejszy?...

— Na chwałę i dobre imię Aecjusza u potomnych — rzekł i wszedł do kurii, witany ogłuszającą wrzawą pozdrowień i burzą oklasków.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.