Aeciusz-12

6

Prefekt pretorium nadchodził. Najpierw uroczyście wniesiono i postawiono na marmurowej płycie okrągłego stołu ogromny stufuntowy szczerozłoty piórnik. Potem wkroczył .do komnaty odziany w srebrnotkaną dalmatykę młody magistrianus ze srebrnym, kunsztownie rzeźbionym kałamarzem, niesionym w jak najdalej wyciągniętych dłoniach z takim namaszczeniem, jakby to było święte kościelne naczynie. Wreszcie ukazał się sam Awitus. Miał na sobie uroczysty urzędowy strój: mandyes — purpurę nieomal cesarską, sięgającą przecież do kolan tylko, nie do pięt. Na jego widok Merobaudes, Marcellinus i Rycymer uklękli. Aecjusz pomyślał z rozdrażnieniem: „Cóż to za głupi zwyczaj, by wojskowi zginali kolano przed cywilnym dostojnikiem dlatego tylko, że niegdyś prefekt to był tytuł wojskowy..."

Z rozdrażnieniem też, ale zarazem i z pewnym podziwem (raczej nieżyczliwym) przyglądał się nowemu prefektowi pretorium Galii. Czyż mógł przed dziewięciu laty, wówczas gdy po bitwie Kolubraryjskiej żegnał ironicznym uśmiechem wyruszającego do Gotów młodego Awitusa — spodziewać się, jakie wyniki przyniesie ta wyprawa?! jaki wpływ będzie miała na dzieje następnych lat?!... Czy zdolny by był przypuszczać, że oto teraz — po klęsce Litoriusza — błogosławić będzie ową chwilę, gdy wypieszczony senatorski synek postanowił udać się na barbarzyński dwór Teodoryka z prośbą o zwrócenie matce rzymskiego zakładnika?!... Mecyliusz Awitus bowiem nie tylko uzyskał wówczas zwolnienie młodziutkiego Teodora, ale zachowaniem się swym i kunsztem mówienia tak oczarował króla Wizygotów, że od razu stał się jego przyjacielem, niezbędnym towarzyszem i doradcą, a niebawem — gdy Teodoryk przekonał się o wielkiej uczoności młodego possessora — nauczycielem starszych synów królewskich, przed którymi roztoczył cały nieznany a nęcący świat umiejętności, przede wszystkim budząc w chłopięcych, nieokrzesanych a chciwych wiedzy i wrażliwych umysłach miłość i cześć dla piękna mowy rzymskiej, dla czaru poezji i majestatycznej wspaniałości prozy. Wkrótce cieszył się już na dworze tolozańskina tak wielką powagą, że pomoc jego stała się wprost niezbędna zarówno dla Teodoryka, jak i dla prefektów pretorium Galii, gdy chodziło o regulowanie stosunków miedzy Gotami a cesarstwem. W Tolozie występował jako płomienny rzecznik praw imperium nad oddanymi Gotom prowincjami: ludność rzymska tych ziem błogosławiła go jako swego obrońcę i opiekuna; w Arelacie zaś uporczywie głosił hasło wieczystego pokoju między cesarstwem a najpotężniejszym z ludów barbarzyńskich, w związku tych dwu potęg upatrując rękojmię bezpieczeństwa dla całości i nierozerwalności imperium i hamulec na apetyty innych szczepów, szarpiących ze wszech stron posiadłości Rzymu, jego powagę i ideę pacis romanae. Był przecież przeciwnikiem dalszych zaborów gockich, gdy Teodoryk, zaniepokojony triumfem Aecjusza nad Burgundami i jego przymierzem z Hunami, obiegł Narbonę — Awitus przestał odwiedzać Tolozę i uczyć królewskich synów. Szczerze też się cieszył z pierwszego zwycięstwa Litoriusz, ale domagał się natychmiastowego zawarcia pokoju na zasadach sprzed siedmiu lat. Gdy zaś Litoriusz począł przeciągać wojnę — urażony, usunął się zupełnie od życia publicznego, chroniąc się w zacisze swych arwernijskich włości, których nie opuścił aż do czasu, gdy po klęsce Litoriusza wola cesarza i patrycjusza powołała go na stanowisko prefekta pretorium Galii; w Rzymie bowiem i Rawennie dobrze wiedziano, że jako tako zaszczytne zakończenie wojny gockiej — tak niedawno jeszcze zwycięskiej i budzącej tak śmiałe nadzieje — leży jedynie w mocy Awitusa. Po powrocie do Galii próbował wprawdzie Aecjusz ponowić kroki wojenne przeciw zwycięskim Wizygotom — wojsko jednak było dotkliwie przetrzebione i rozprzężone a tak upadłe na duchu, że nawet obecność patrycjusza nie była w stanie obudzić zapału do wojny. O wiele gorsze przecież były nastroje ludności galijskiej, szczególnie prowincji narboneńskiej i Drugiej Akwitanii: potężni possessorowie — równie jak miasta — głośno wypowiadali się przeciw dalszej wojnie. Aecjusz był zdumiony i poważnie zaniepokojony rozgoryczeniem, jakie Litoriusz i Hunowie wywołali w całej zachodniej i południowej Galii. Ludność gwałtownie domagała się odprawienia huńskich posiłków; bez nich zaś wojsko rzymskie nie było w tym czasie zdolne do zwycięskiej walki z Gotami. Pokój więc stawał się jedynym wyjściem. Aecjusz wiedział, że w tej sprawie może liczyć jedynie na prefekta pretorium i z góry należycie oceniał całą wartość przysługi, jaką Awitus może oddać cesarstwu. A przecież mimo to, a może właśnie dlatego — nie mógł pohamować rozdrażnienia i niechęci, jakie obudził w nim widok prefekta, toteż gdy comesowie i urzędnicy opuścili komnatę zostawiając dostojników samych — nie mógł powstrzymać się. by nie rzec z przekąsem:

— Podobno czasu ostatniej wojny, mężu najprześwietniejszy, powinowaci i przyjaciele twoi, Ommacjusze. Faustynowie i Domicjusze, niezwykłych czynów dokonywali: gdzie i jak mogli, szarpali skrzydła cesarskiego wojska...

Awitus utkwił w Aecjuszu spokojne, pełne powagi spojrzenie.

— Zaprawdę krzywdzisz mię, najchwalebniejszy mężu, nie racząc i moich też czynów wymienić pospołu z innymi... Nie raz i nie dwa na czele swych bucellariów i kolonów przetrzepałem należycie najgorszych łupieżców, jakich zna świat — Hunów...

— I ty śmiesz to mówić, najprześwietniejszy prefekcie?!... Czy wiesz, że za taką rzecz jak za zdradę zwykłą winno się wieszać... ścinać... konfiskować dobra?!...

— Wiem, najchwalebniejszy... Widziałem całe włoście z dymem puszczone... widziałem istne lasy wisielców... senatorów i possessorów zakutych w kajdany... Najprześwietniejszy Litoriusz znakomicie tropił i tępił zdradę. Wpadają dzicy Hunowie do miasteczka, do willi, do wsi... Rabują... biją... gwałcą kobiety... rżną bydło... Gdy czyjaś dłoń podniesie się do obrony — wkracza prawo wojenne magistra equitum i woła: „Zdrada... wspieranie Gotów... krzywdzenie sprzymierzeńców!" A potem ogień, miecz, szubienica, kajdany... Pewnego sędziwego senatora z Biturygii wtrącono do więzienia, bo naprawdę nie wiedział, kto właściwie wrogiem, a kto sprzymierzeńcem: Got czy Hun?!...

Aecjusz nie spieszył się z odpowiedzią. W milczeniu przyglądał się czas jakiś prefektowi: jego purpurze, drobnym wypielęgnowanym rękom, brodzie ze złotawym połyskiem, niedużym, bardzo kształtnym stopom, gemmie z kobiecym wizerunkiem na małym palcu prawej dłoni. Dopiero wówczas gdy spostrzegł, że badawcze, pytające spojrzenie Awitusa przybierać zaczyna wyraz wyniosłości i triumfu — rzekł niegłośno, ale dobitnie, twardo i surowo:

— Dobrześ rzekł, najprześwietniejszy Mecyliuszu: prawo wojny... Ciężkie to prawo, ale najważniejsze... Czyż to ja ciebie mam uczyć, potomku tylu pokoleń senatorskich, że salus rei publicae suprema lex?... Zgoda. Hunowie byli niekarni, uciążliwi, nieraz gwałtowni, okrutni i dzicy Ale walczyli pro pace Romana. Cóż więc znaczą choćby i dziesiątki spalonych wsi, zburzonych will, złupionych miasteczek, gdy ci, którzy palili, burzyli i łupili, nieśli na swych kopytach i na ostrzach swych mieczów zwycięstwo Romy.

 

Awitus wesoło się roześmiał.

— Nieśli, lecz nie donieśli, Aecjuszu. W tym cała rzecz. Na cóż więc się zdały wszystkie ofiary, które ludność galijska — mniejsza o to, dobrowolnie czy nie — składać musiała dzikości sprzymierzeńców pro salute rei publicae, skoro z tego klęska jeno wyszła i hańba?! Nie pochwalam tego, co uczynił Teodoryk z pojmanym wodzem rzymskim, ale zaprawdę, Aecjuszu, nigdy żaden wróg — zewnętrzny ani osobisty — nie wyrządził tobie, twej sławie i twej pracy dla pokoju rzymskiego takiej krzywdy jak głupiec, szaleniec i zarozumialec — istny pęcherz nadęty bezmyślną pychą — obmierzły poganin Litoriusz.

Aecjusz pobladł.

— Nie śmiej tak mówić o Litoriuszu — ledwie hamując wściekłość syknął przez zaciśnięte zęby — to był mój najdroższy przyjaciel... Hańba ci, Mecyliuszu!... Słyszysz?... mówię to nie jako patrycjusz do prefekta, ale jako wódz do dawnego swego żołnierza: hańba Rzymianinowi, co się pastwi nad zmarłym.. choćby i słowem tylko... Z kolei zbladł Awitus.

— Nie chciałem urazić cię, Aecjuszu, ani też uczuć twoich... i nie chciałem pastwić się nad zmarłym... Alem Galijczyk i chrześcijanin i serce nie może mi się nie krwawić na widok klęsk, jakie spadają na mój kraj, i nie mogę się nie wzdrygać, gdy wódz chrześcijańskiego imperium, prawa ręka chrześcijańskiego patrycjusza, odprawia obmierzłe obrzędy i wróżby pogańskie — łzy Chrystusowych biskupów i samą naukę Chrystusową... Nie ukrywam przed tobą, najchwalebniejszy: raduję się.. podwójnie się raduję z klęski Litoriusza. Po pierwsze, bo oto objawił swą moc Pan nad panami, sprawiedliwie, podług zasług rozdzielając klęskę i zwycięstwo. A po drugie dlatego, że nie udało się szalonej głowie twego przyjaciela wykonać okrutnego nieludzkiego zamiaru wytępienia całego ludu, starcia z oblicza ziemi samego imienia gockiego...

Aecjusz patrzył na niego już bez gniewu, ale z pogardą i niemal politowaniem.

— I to ma być Rzymianin?! — zawołał głosem pełnym szyderstwa i goryczy. — Possessor. senator i prefekt pretorium?!. Zaiste, jakżeż może się ostać Roma i imperium, i pokój rzymski, gdy oto tak przemawiają najwyżsi cesarscy dostojnicy?!... Naprawdę trudno mi uwierzyć, Mecyliuszu: czyżbyś szczerze pragnął, by nad tym oto Arelatem, nad Narboną, nad Biturygią i twymi ojczystymi Arwerniami rozciągał swą władze król wizygocki, odrywając je od jedności rzymskiego cesarstwa?!...

— Przeciwnie, Aecjuszu.., niczego tak nie pragnę, jak odzyskania przez cesarstwo Tolozy i Nowempopulanii. i Pierwszej Akwitanii...

— Mówisz jak dziecię, najprześwietniejszy prefekcie... jak dziecię, któremu piłka wpadła do wody i które stoi na brzegu płacząc i wzdychając. By odzyskać to, co zabrali nam barbarzyńcy, trzeba dużo ofiar, krwi, mordów, walki, zniszczenia. Zaprawdę tylko sposób Litoriusz, który zowiesz okrutnym i nieludzkim, spełniłby twe pragnienia...

— Nie tylko, Aecjuszu... spójrz oto tu na lewo...

Zachodnią ścianę komnaty przyjęć pretorium zdobiła gipsowa grupa, złożona z dwóch postaci: legionista rzymski w pełnym uzbrojeniu z czasów Cezara przyjaźnie ściskał prawicę życzliwie uśmiechniętego Gala z długimi, zwisającymi wąsami, w kolczastym hełmie na głowie, w szerokich spodniach na wielkich, grubych nogach, z ogromnym mieczem w jednej ręce i podłużną tarczą — w drugiej.

— Oto sposób inny niż litoriuszowy — zawołał Awitus. — Czyż nie walczył krwawo Rzym z Galami, Aecjuszu?... A czy teraz walczy?... Nie. Wszak i jam Gal... i twój comes Witus.. i Apollinaris  i Domicjusz.. Żyjemy i nie trzeba było nas ani ojców naszych, ani dziadów tępić ogniem i mieczem, by Galię na wieki nierozerwalnie złączyć z Romą i pokojem rzymskim. To samo można i z Gotami uczynić, Aecjuszu... i zaprawdę to jedyne, co można uczynić, całego ludu bowiem nie wymordujesz Tak, Aecjuszu — oto prawdziwa pax Romana. Jakiż bowiem jest jej cel?.. Niszczyć przemoc, gwałt i dziki obyczaj, i wszędzie, gdzie dotąd wojna jeno rządziła, nieść władztwo rzymskiego prawa.

Aecjusz uśmiechnął się

— A gdy na całym świecie zapanuje pax romana, na zawsze skończą się wojny?..

— Na zawsze

— A co poczną ci, którzy po to jeno żyją, by wojować?... co na przykład poczną Hunowie?... czy także uśmierzy ich dzikość i wojowniczość błogosławiony pokój rzymski?..

Awitusowi zapłonęły oczy

— Czy potrafisz oswoić panterę lub wilka. Aecjuszu?! — zawołał w najwyższym podnieceniu. — Pytasz, co poczną ci, którzy po to jeno żyją, by wojować? O, Aecjuszu będą mieli dość roboty; każde uprawisz pole, ale wpierw zielsko musisz wyplenić. A więc i oni będą niszczyli zielsko dzikie, okrutne, niezdatne do oswojenia... wściekłe dwunogie bestie — Hunów!… Tak, najchwalebniejszy... dwunogie bestie to, nie ludzie!... Spójrz na Gota i na Huna.. Czyż nie podobniejszy barbarzyńca germański do Rzymianina niż Hun w ogóle do człowieka?... Znasz ich sposoby życia, obyczaje, dobrze znasz te ciała pałąkowate... oczy skośne, do żadnych innych niepodobne... te oblicza małpie... Najdostojniejsza twoja małżonka, córka Karpilia z ludu Gotów pochodziła... Czyż mierziła cię w łożu?... czy wstydziłeś się pokazać z nią na Forum?! Ale huńskiej niewiasty zaprawdę byś nie poślubił, Aecjuszu — jak lew nie poślubi wielbłądzicy czy hieny... Goci i Rzymianie — to krewni dalecy, powaśnieni tylko. Ezaw i Jakub... Izaak i Izmael... Ale Hunowie to nie najdalsi choćby krewni... to lemury... to demony w rzekomo człowieczych ciałach...

„Dobrze tobie musieli nadszarpnąć dobytek" — myśli z rozdrażnieniem Aecjusz i mówi:

— Co zaś tyczy się wojny z Gotami...

— Nie mówmy lepiej o wojnie... nie traćmy czasu — wciąż jeszcze podniecony woła Awitus. — Wiem, czego chcesz ode mnie, najchwalebniejszy... Dziś jeszcze wyjeżdżam do Tolozy, ale Teodorykowi ponownie przyznasz to wszystko, co po bitwie kolubraryjskiej...

Aecjusz patrzy na niego zdumiony.

— Myślisz, że więcej nie zażąda?...

Awitus wzrusza ramionami.

— O jakiś skrawek Drugiej Akwitanii nie będziemy się żarli... ale więcej nie dam mu nic..

Aecjusz chce wyciągnąć do niego rękę. Już wysunął naprzód palce. Rozmyślił się.

**

Merobaudes głośno czyta nową odę. Marcellinus raz po raz musi się hamować, by nie wybuchnąć; cóż za barbarzyńskie zwroty!... jaka niedbała metryka!... i czyż można w taki sposób posługiwać się zeugmą i anaforą?!... Aecjusz nawet nie udaje, że słucha: oda opiewa pięćdziesiątą rocznicę jego urodzin, ale do tego dnia jeszcze sporo czasu — Awitus zaś wciąż jeszcze nie wrócił ani żadnej nie przysłał wiadomości. Zagarniając wielkimi stopami różnobarwne płyty mozaikowe posadzki, patrycjusz setny już chyba raz przemierza szybkim krokiem przestronne tablinum. Nagle zatrzymuje się Za drzwiami rozlegają się głosy.

— Czy to najprześwietniejszy prefekt wrócił? — pyta pośpiesznie wpadających do tablinum ludzi.

— Nie, najchwalebniejszy... to goniec przybył z Italii... Biada cesarstwu! Biada prawowiernym! Niecny Gejzeryk wtargnął do prokonsularnej prowincji, czternastego przed kalendami października zajął Kartaginę... Świętego biskupa Kwodwultdeusa bez wioseł i żywności w łodzi pchnął na morze, na śmierć pewną... Ale Bóg czuwał nad mężem apostolskim... przybił do italskiego brzegu...

Marcellinus i Merobaudes zrywają się na równe nogi.

— Powiedzcie najprześwietniejszemu prefektowi, że wyjechałem — mówi spokojnie Aecjusz do wypełniającego już szczelnie tablinum. ogarniętego przerażeniem tłumu.

— Dokąd, najchwalebniejszy?...

— Do Italii.

7

W perystylu czekają wysłańcy Sygiswulta. Magister utriusque militiae nagli patrycjusza, by sam co prędzej zjechał do Neapolu. Od trzydziestu lat, od najazdu Alaryka, nie groziło Italii tak straszliwe niebezpieczeństwo jak obecnie. Cała wschodnia Afryka: Proconsularis i Byzacena, nie mówiąc już o resztkach Numidii, opanowana przez Wandalów. Okręty ich nie tylko napadają na płynące z Hiszpanii i Wschodu galery, ale ukazują się już w pobliżu brzegów italskich. Na Sycylii Gejzeryk obsadził Lilibeję i przerzuca z Afryki coraz to nowe wojska. Lada chwila ruszy ku Italii. Wprawdzie Aecjusz również przerzucił już przez Alpy prawie wszystkie legie galijskie, zwłóczą przecież jeszcze pod Mediolanem i Rawenną — a Sygiswult nie ma pod ręką nawet połowy italskich wojsk: nie ma nic prócz trzech legii palatinarum i jedenastu auxiliów — a cóż to jest w obliczu straszliwego Gejzeryka?... Magister utriusque militiae od dwóch tygodni wyczekuje przybycia patrycjusza do Neapolu: był w Rzymie i oto znowu wrócił do Rawenny! Posłańcy mają rozkaz na klęczkach błagać najchwalebniejszego, by natychmiast — nie czekając nawet na prandium — wsiadł na konia i wyruszył do Kampanii. Ale oto już godzinę całą stoją w perystylu i jeszcze ich nie dopuszczono przed oblicze patrycjusza. Niecierpliwią się. Cóż może robić Aecjusz?... Powiadają im, że zamknął się w bibliotece z prześwietnym Wegecjuszem Renatem. Naprawdę zaś Renatus od wczesnego rana nie opuścił jeszcze ani na chwilę świętego pałacu, gdzie czytał wiecznemu Augustowi nowe rozdziały swej książki o sztuce wojennej, a patrycjusz nawet nie zaglądał jeszcze tego dnia do biblioteki. Dopiero co wrócił z portu klassyjskiego, gdzie oglądał z Marcellinem okręty, którymi chciał przewieźć z Illirii posiłkowe wojska, wysłane na pomoc Zachodowi przez Teodozjusza — i zaraz, wyskoczywszy z rydwanu, szybkim krokiem, niemal biegiem podążył ku gineceum. Powiedziano mu, że najdostojniejsza jest sama w małym ogródku. Istotnie po chwili ujrzał ją, jak przechadzała się po słonecznej stronie, głęboko nurzając nogi w miękkim, silnie nagrzanym promieniami piasku. To jej przypominało dzieciństwo.. Afrykę... Myśląc o Afryce wcale nie doznawała przecież radosnych uczuć: oto straciła już wszystko. Wandale zagarnęli całą spuściznę Pelagiuszów — nie miała nic. Ale ujrzawszy Aecjusza, rozpogodziła się. Gdy przyskoczył do niej, cały drżący z gorączkowej ciekawości i pełnego niepokoju podniecenia, nie mogła się nie uśmiechnąć, choć i opuściła wstydliwie oczy ku ziemi...

— Czy to prawda?... — zapytał drżącym, cichym, nagle załamanym głosem.

Skinęła głową. Ciężko dysząc i raz po raz zaciskając i rozwierając pięści, patrzy długo, badawczo w jej oczy... Potem przeniósł wzrok niżej. Uczuła, że cała oblewa się gorącą czerwienią.

— Jeszcze za wcześnie, by coś poznać... — ledwie zdołała wyszeptać i zasłoniła twarz dłońmi.

Aecjusz stał chwilę nieruchomo, głośno łapiąc powietrze szeroko otwartymi ustami. I nagle z przeobrażoną do niepoznania twarzą runął na ziemię... tą samą ręką, która niegdyś biła Pelagię po twarzy, po ramionach, po plecach, — wygrzebał z piasku ciepłą ciemną stopę i przylgnąwszy trzęsącymi się wargami do długich, wąskich palców, krzyknął chrapliwym głosem:

— Szczęście! Szczęście!

8

— Pojednajcie się — mówi diakon Leon.

Aecjusz nie przestaje bębnić palcami o krawędź marmurowej płyty okrągłego stołu Albinus Sommer gniewnie wzrusza ramionami. Po cóż mądry diakon robi z siebie i z nich komediantów? Wszak przed południem jeszcze przedłożył każdemu z osobna szczegółowe warunki pojednania i uzyskał zgodę obydwu: prefekt pretorium pozostanie na swym stanowisku, ale nie będzie już odtąd wglądał w stosunki między patrycjuszem a osiedlanymi w Galii federatami W ten sposób ułożone pojednanie stawało się właściwie jeszcze jednym aecjuszowym zwycięstwem, miejscowa władza cywilna, zgodnie z jego życzeniem, traciła wszelki wpływ na rozdział ziem cesarskich między barbarzyńców; na usunięciu zaś Sommera wcale patrycjuszowi tak bardzo nie zależy. Wszak nie przebrzmiały jeszcze odgłosy prędkiego ustąpienia poprzedniego prefekta, Awitusa — po cóż więc wzniecać nowe poruszenie umysłów jeszcze szybszym usuwaniem jego następcy?! Ale honesta missio, pociągająca za sobą ostateczne rozwianie się wszelkich nadziei na wymarzoną prefekturę italską, tak przerażała Sommera, że przystał na wszystkie warunki ułożone przez Leona, a nawet zgodził się na spotkanie z Aecjuszem. Tak przecież był rozgoryczony i podrażniony, że byle co mogło go z łatwością wyprowadzić z równowagi, i właśnie uroczyście wypowiedziane przez diakona słowa: „Pojednajcie się" okazały się tym byle czymś... ,,Skoro Leon tego chce, będzie miał komedię niczym w teatrze Balbusa" — pomyślał Sommer z rozdrażnieniem i doskonale udającym zdziwienie głosem zawołał:

— Zaprawdę, któż jest prawą ręką najchwalebniejszego?... mądrego i uczonego sługę Chrystusowego do podjęcia się pośrednictwa pomiędzy mną a patrycjuszem cesarstwa?... Zjeżdżać z Italii do Galii.. narażać się na niebezpieczeństwa i niewygody drogi przez Alpy?!... Zaiste nie ma dla kogo... Jam skromny wyznawca Chrystusowy i z radością ukorzę się przed radą i powagą sługi Bożego... ale nie rozumiem, jak mogłeś, pobożny i roztropny mężu. żywić jakąś nadzieję, że ciebie zechce usłuchać... kto?... rzekomo prawowierny chrześcijanin, a w istocie przyjaciel obmierzłych bezbożnych pogan i niecnych heretyków!

Rzucił na Aecjusza zuchwałe, wyzywające spojrzenie. Ale patrycjusz nawet nie spojrzał w jego stronę, cały pochłonięty śledzeniem ruchów twarzy i wyrazu oczu diakona. Albinus Sommer, żadnej nie otrzymawszy odpowiedzi, podniósł glos o jedną nutę i mówił dalej:

— Zaprawdę, któż jest prawą ręką najchwalebniejszego?... Poganin Marcellinus... Czyj zgon wycisnął łzy z oczu twardego jak głaz wojownika?... Oto pogańskiego króla Rugili .. i Litoriusza... Czyj posąg kazał ustawić w senacie? Wroga wiary Chrystusowej Flawiana... Kogo zrobił konsulem razem z sobą?... Heretyka Sygiswulta... Kogo poślubił?... Ariankę... heretyczkę...

Ostrym głosem przerwał mu diakon Leon:

— Dziwię się, najprześwietniejszy prefekcie, że nie cofasz się jeszcze aż do czasów, kiedy to twój pradziad za Dioklecjana i Maksencjusza rzucał chrześcijan lwom na pożarcie... Najdostojniejsza Pelagia nie tylko czci Chrystusa Syna Bożego wspótistotnego Ojcu, ale nadto szczególne nabożeństwo żywi do Maryi Theotokos i pamięci świętego biskupa Atanazego...

Aecjusz z trudem powstrzymał cisnący się na wargi uśmiech. Dopiero teraz ocenił należycie wartość swego zwycięstwa nad Pelagią.

Zdziwienie, jakie maluje się na twarzy Sommera i rozbrzmiewa w jego głosie, nie jest już udane. Jeszcze bardziej rozdrażniony nieoczekiwanym oporem Leona, zupełnie już nie panuje nad sobą... tupie nogą... krzyczy:

— Nie śmiem sądzić męża, co nie dziś, to jutro zostanie kapłanem Chrystusowym. Ale wejrzyj w swe serce, roztropny, pobożny Leonie. Może powiesz, że bronisz naszego patrycjusza nie jako sługa Boży, ale jako Rzymianin?... Wielu już znam takich diakonów i prezbiterów, co nie inaczej powiadają. Ale zaprawdę kogóż to bronicie?... Człowieka, który do władzy szedł przez mord, a do potęgi przez przyjaźń z Hunami. Czyż nie zamordował Feliksa? Nie groził wiecznej Auguście dwukrotnym najazdem? Nie podniósł buntu przeciw prawowitemu patrycjuszowi?... A jego zwycięstwa?... Śmiej się, roztropny Leonie!.. Umiał bić barbarzyńców — ale także, jak widzimy — nie bardzo... Ze Swebami nie dał sobie rady... Gejzeryka boi się... Pod Tolozą też dał się haniebnie pobić: bo wszak to jego myśl... jego wolę w osobie Litoriusza rozgromił król Teodoryk! A innych, jeśli bił, to nie sam, jeno z Hunów pomocą... Któż pokonał Burgundów?... Zaprawdę nie Aecjusz, jeno Attyla... Kto zwyciężał Gotów?... kto przyszedł na odsiecz Narbony?... Hunowie.. A Aecjusz?... Raz tylko stanął twarzą w twarz z godnym przeciwnikiem... z wodzem rzymskim... pod Ariminum... Wiesz, jak się skończyło, nabożny Leonie! — zakończył wybuchając głośnym śmiechem.

Dopiero teraz przestały bębnić po stole palce Aecjusza. Leon rzucił na patrycjusza błagalne spojrzenie. Ten jednak, nie zwracając na niego uwagi, podszedł do Sommera i dotykając go piersią o pierś powiedział spokojnie:

— Dobrze, żeś mi przypomniał Feliksa... trzeba będzie powtórzyć...

W okamgnieniu zamarł śmiech na ustach Albinusa. Zjeżył się cały, ale nie pobladł — przeciwnie, twarz miał czerwoną, gorącą...

— On jest chory! — krzyknął Leon. — Spójrz, najchwalebniejszy, całego trawi gorączka...

Szybko stanął między Aecjuszem i Sommerem. Prefekt zaczął trząść się — Leon nie wiedział, ze strachu (może dopiero teraz uświadomił sobie, co mówił!) czy z choroby?... Szybko dotknął płonącej jego dłoni... Potem spojrzał w twarz: wzrok Albinusa był zupełnie spokojny.. myśl, która się w nim odbijała, była myślą zdrowego człowieka... Leon w lot zrozumiał, co należy uczynić: z jednej strony — przekonać Sommera, iż w tym, co mówił, nie było słuszności... (Diakon był mocno przekonany, że prefekt naprawdę słuszności nie miał!). Z drugiej zaś strony należy od razu z korzeniem wydrzeć z duszy aecjuszowej grożącą straszliwymi następstwami, doskonale maskowaną, ale przecież naprawdę śmiertelną urazę! Porwał więc obu za ręce i z żarem zawołał:

— Niemoc cię trawi i sam nie wiesz, co mówisz, najprześwietniejszy prefekcie. Zaprawdę podziwu godne są spokój, pogoda i wyrozumiałość, którymi jaśnieje dusza patrycjusza cesarstwa... jak sam widzisz — zaiste dusza prawdziwego mędrca i chrześcijanina, niezdolna do gniewu i zemsty za słowa szaleńcze, bezmyślnie w ciężkiej rzucone gorączce... Kajam się, gdybym to ja był na jego miejscu, nie wiem, czybym zdołał tak szybko pojąć, że to obraza i krzywda, za które by mścić się mógł tylko szaleniec... Ale przecież obraza i krzywda, i to naprawdę ciężkie i bolesne!... Zastanówże się, coś mówił, Albinusie Sommerze? kogoś obraził, cesarski dostojniku?... Nic to, żeś skrzywdził niesprawiedliwym słowem swego zwierzchnika... patrycjusza cesarstwa... potężnego wodza... męża, co mógłby cię jak stworzonko bezbronne zmiażdżyć jednym skinieniem dłoni... Ale nie to jest najważniejsze. jeno to, kogoś obraził i skrzywdził naprawdę... Oto męża. który sam jeden piersią swą osłania Romę i cesarstwo, i pokój rzymski... Czymże byśmy byli dziś bez niego?... bez naszej tarczy?... ostatniej tarczy?...

Rzucił okiem dookoła. Na chwilę utkwił wzrok w grupie przedstawiającej bratanie się rzymskiego legionisty z Galem.

— Tak, Albinusie... zaprawdę Aecjusz to nasz puklerz... nasza ostatnia rzymska tarcza...

— Ostatnia rzymska tarcza? — zdumiony zawołał patrycjusz. jakby coś sobie przypominając.

Leon uśmiechnął się.

— Znasz ten przydomek, najchwalebniejszy mężu, nieprawdaż?... Kiedyś, przed laty — na pewno nie wiesz o tym — ojciec twój mieszkał w Tuscji i przyjaźnił się z moim rodzicem, Kwincjanem. Stąd znam to określenie. Ale najprześwietniejszy Gaudencjusz może nieco za szczodrze nim sypał na wszystkie strony. Naprawdę zaś jedna tylko jest prawdziwa ostatnia rzymska tarcza — to Aecjusz! I nie dlatego, najprześwietniejsi mężowie, ponieważ jest Rzymianinem... Nie... Spójrzcie tylko na tę oto rzeźbę... na tarczę tego legionisty... Nie taka jest jak galijskie, gockie, frankońskie. Okrągła jest a wypukła, równomiernie wypukła, wszystkimi punktami jednakowo odległa od środka... Toteż każdy cios — bez względu na to, z której strony padnie — z jednakową odbije mocą. A czyż inaczej od piętnastu lat czyni Aecjusz, o Albinusie Sommerze?... Ze wszystkich stron sypią się na cesarstwo ciosy: z północy Frankowie... z zachodu Swebowie i Goci... z południa Wandale i powstania Bakaudów .. ze wschodu Burgundowie, Jutungowie. Norowie... Któż te wszystkie ciosy z jednakową odbija siłą?... Aecjusz. Tylko Aecjusz. Zawsze Aecjusz

Z podziwem patrzy patrycjusz w twarz diakona. Bez trudu wyczytał w spojrzeniu mądrych, głębokich oczu zatroskane pytanie: „Darujesz mu?..." Również wzrokiem odpowiada Aecjusz. A potem wyciąga dłoń ku Sommerowi.

Prefekta pretorium Galii naprawdę trawi gorączka. Ale myśl jego wciąż jeszcze przytomna jest i ruchliwa. Zdziwiony patrzy na wyciągniętą dłoń, która mogłaby przecież jednym skinieniem zmiażdżyć go jak bezbronne stworzonko... jak Feliksa... A może ma słuszność diakon?... może to naprawdę gorączka wydzierała z piersi prawdziwie niesprawiedliwe. krzywdzące słowa?... Płonącymi palcami ściska podaną sobie dłoń.

— Daruj mi Aecjuszu, — mówi cicho i chwiejąc się na nogach, wychodzi z tablinum.

Zaledwie zniknął za progiem, patrycjusz wyciąga dłoń ku Leonowi.

— Zaprawdę wart jesteś tego, co cię spotkało, święty mężu apostolski...

Diakon patrzy nań zdumionym, pytającym wzrokiem.

— Wybacz, najchwalebniejszy, ale nie przysługują mi tytuły, jakie raczyłeś ku mnie skierować.. Aecjusz uśmiecha się.

— Mam dla ciebie nowinę, Leonie... Otrzymałem ją przed godziną... z portu Miasta przybyła galera...

— Dawno nie byłem w Mieście... Ale z Rawenny i ja coś przywiozłem dla ciebie, panie...

— Cóż to takiego, apostolski mężu? — z silnie bijącym sercem pyta patrycjusz.

Leon marszczy brwi.

— Naigrawasz się ze mnie lub ze świętych tytułów, najchwalebniejszy — mówi z goryczą.

— Na świętych Justa i Pastora przysięgam, że się nic naigrawam... Posłańcy z Rzymu przywieźli wieść, iż zamknął na wieki oczy święty biskup Ksystus...

Diakon ukrywa twarz w dłoniach.

— Zaprawdę moja nowina nie taka jest, Aecjuszu — mówi głuchym głosem i osuwa się na kolana.

Ręka patrycjusza opada na ramię klęczącego.

— I jeszcze rzekli posłańcy, iż lud Romy trzeciego dnia przed kalendami października obrał już sobie nowego pasterza... Leona, syna Kwincjana...

Był pewien, że diakon, porwany radosnym zdumieniem, natychmiast podniesie się na równe nogi. Ale Leon nie poruszył się. Tylko wargi jego szeptały coś... szybko... długo... Wreszcie podniósł ku Aecjuszowi pełną skupienia, zalaną łzami twarz.

— Jam tylko diakon — rzekł. — Nawet nie namaszczony jeszcze na prezbitera.. Nie wiem... czy wolno mi... Tylu jest starszych, czcigodnych kapłanów... godniejszych...

— l ty się jeszcze wahasz, Leonie? — zawołał Aecjusz zdziwiony — Wszak od ciebie tylko zależy, by już jutro namaścił cię Hilariusz arelateński.. I nie bądź taki skromny jak pustelnica... Patrycjusz cesarstwa mówi ci: nie masz godniejszych nad cię! Zaprawdę, Leonie — powiedz sam — czyż nie lepiej jest dla Kościoła rzymskiego, gdy pasterzem jego jest mąż, którego patrycjusz cesarstwa chciałby nazwać swym przyjacielem?... O ileż łatwiejsze wówczas są rządy...

W okamgnieniu podniósł się z klęczek Leon.

— Leon, syn Kwincjana z radością nazwie syna Gaudencjusza, ostatnią rzymską tarczę, swoim przyjacielem — rzekł dumnym głosem — ale Papa Romanus, sługa sług Bożych, nie potrzebuje przyjaźni ziemskich władców na to, by godnie sprawować swe rządy...

Zdziwienie Aecjusza zdawało się przekraczać wszelkie granice

— Jak to, mężu apostolski?... Czyż nie myślisz, że przyjaźń patrycjusza ułatwi Rzymowi obronę przed groźnym współzawodnictwem ulubieńców dworu, arcybiskupów Rawenny?...

— Stolica świętego Piotra żadnego nie boi się współzawodnictwa!...

— Ależ, Leonie, stolica świętego Piotra to Antiochia... — zaczyna mówić Aecjusz, zmieszany przecież uśmiechem pobłażliwej wyższości, jaki zaigrał w kącikach ust nowego biskupa Rzymu — miast się rozzłościć, pomyślał: „Może naprawdę coś poplątałem" i nagle coś sobie przypomniawszy zapytał drżącym nieco głosem:

— A twoja dla mnie nowina, ojcze biskupie?...

Leon uśmiechnął się.

— Wiem, że najdostojniejsza Pelagia mimo całej swej pobożności żywiła grzeszne obawy, iż to za karę, że porzuciła naukę Ariusza, odmawia wam Bóg dziecięcia, a może i na zawsze uczynił łono jej niepłodnym.. Teraz już skończyły się te obawy.. Jesteś ojcem, Aecjuszu...

Duże silne palce kurczowo wpiły się w brzeg szaty Leona. Półotwarte jednak usta nie śmiały zadać pytania. Tylko rozszerzone oczy błagały o łaskę... o litość... o cud...

— Masz syna, Aecjuszu — rzekł biskup Rzymu.

I wyciągnął pomocne dłonie.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.