Aeciusz-11

ROZDZIAŁ VI

OSTATNIA RZYMSKA TARCZA

1

Nareszcie go ujrzeli. Wchodził do kurii szybkim, sprężystym krokiem, nie uginając prawie kolan. Od razu go poznali po tym chodzie, choć twarz miał nie do uwierzenia odmienioną: szczuplejszą, dłuższą, węższą i jakby bardziej wielkopańską — szerokie bowiem gaudencjuszowe policzki całkowicie tonęły w gęstej, starannie wypielęgnowanej, ciemnej brodzie; włosy zaś nie spadały jak dawniej długimi kosmykami na kark i prawie na ramiona, ale krótko ostrzyżone i kunsztownie utrefione, posłusznie ułożyły się pod podwójną purpurową przepaską. Tym samym jednak — co dawniej — ruchem wznosił na powitanie szeroką, okrytą pierścieniami rękę i tak samo się uśmiechał jak wówczas, gdy po wniesieniu posągu Flawiana do kurii; Wiriusze, Aureliusze i Decjusze nieprzytomni ze szczęścia i dumy, całą godzinę oklaskiwali opuchniętymi dłońmi najsprawiedliwszego z chrześcijan. Teraz zaś — po ośmiu latach — nie tylko ci ojcowie miasta, którzy czcili jeszcze starych bogów, ale wszyscy senatorowie jak jeden mąż; starzy i młodzi — bogaci jak Krassus i Salomon i zupełnie podupadli — potężni i nic nie znaczący — wnuki wyzwoleńców i potomkowie porywaczy Sabinek — wszyscy skwapliwie i radośnie złożyli dłonie do ogłuszającego, długo nie milknącego oklasku, w którym zupełnie tonęły radosne powitalne okrzyki:

— Bądź pozdrowiony, najchwalebniejszy!...

— Witaj, Aecjuszu!

— Witaj, obrońco pokoju rzymskiego! Chlubo miasta! Ozdobo świata! Triumfatorze!

W całej kurii jedna tylko para dłoni nie złożyła się do oklasku... nie drgnęła nawet... nie poruszyła się z okrytych purpurą kolan... Uroczyście rozparty na złotym tronie szczupły dwudziestolatek, uwieńczony złotym diademem, bezwładnie opadłym aż do nasady długich, odstających uszu — niepewnym, rozdrażnionym spojrzeniem mierzył dumną postać zwycięskiego wroga swej matki. Jeszcze przed czterema laty skończyła się ostatecznie zaciekła walka córki Teodozjusza z nikczemnym sługą uzurpatora i mordercą Feliksa. Powrót Aecjusza z wygnania, ucieczka Sebastiana i nawrócenie Pelagii pozbawiły starą wilczycę ostatniego kła, jak mawiał Sekstus Petroniusz Probus. W dwa zaś lata później — gdy Walentynian osiągnął pełnoletność i poślubił córkę Teodozjusza Drugiego — Placydia utraciła nawet pozory władzy. Odsunięta od wszelkiego wpływu na rządy, cała zatopiła się w pobożności i gorliwej pracy nad uświetnieniem chrześcijańskiego oblicza ukochanej swej Rawenny: wznosiła nowe kościoły, burzyła resztki starorzymskiego kultu, ze Wschodu sprowadzała budowniczych i malarzy, gorliwie też szerzyła cześć Trójcy Bożej, sławiona przez kaznodziejów i kościelnych pisarzy. Rządy zaś Zachodu — jak głosiły cesarskie przemowy i edykty — samowładnie sprawował pan imperator Walentynian Trzeci zawsze Augustus; a w istocie wówczas, gdy Aecjusz walczył w Galii, w Rzymie rządził sprzymierzony z nim senat: rządzili Glabrio Faustus, prefekt pretorium po Bassusie i konsul na trzynasty rok panowania Walentyniana; sam Bassus, najbliższy współpracownik Aecjusza; Wiriusz Nikomachus Flawianus, Sekstus Petroniusz Probus i Petroniusz Maksymusa, znowu pogodzony z patrycjuszem i świeżo obdarzony — po Faustusie — prefekturą pretorium.

Wszyscy pięciu doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nagłe odzyskanie przez senat dawno utraconego znaczenia i wpływu temu jedynie zawdzięczają, iż w końcowym okresie walki między Placydią a Aecjuszem opowiedzieli się po stronie byłego magistra utriusque militiae. Dobrze też wiedzieli, jakie korzyści przynosi stanowi senatorskiemu przymierze z patrycjuszem — przymierze skierowane przeciw władzy cesarskiej, której każde przecież osłabienie natychmiast powoduje wzrost potęgi senatu!... Toteż przybywającego do kurii po czterech latach nieobecności w Italii — Aecjusza witali naprawdę radośnie i szczerze, oklaskując w nim nie tylko potężnego i korzystnego sprzymierzeńca, ale przede wszystkim swą własną świetną teraźniejszość i swe górne a dumne nadzieje na jeszcze świetniejszą przyszłość...

Pozostali przecież ojcowie miasta — przeważnie nie wtajemniczeni przez swych przywódców we wszystkie szczegóły i subtelne odcienie istoty przymierza z patrycjuszem — burzliwie oklaskiwali w kroczącym przez kurię mężu największego i najszczęśliwszego wodza swojego wieku — potężnego obrońcę pokoju rzymskiego i całości cesarstwa — groźnego pogromcę wrogów Romy, z którego czynami zaprawdę nie można nawet porównywać tego, co zdziałali Bonifacjusz, Kastynus, Konstancjusz, Styliko ani nawet on sam — ów dawny Aecjusz sprzed bitwy pod Ariminium, o której zresztą nikt z senatorów nie chciał już pamiętać... „Bo i czymże zaiste były — myśleli gorączkowo — owe jego dawne zwycięstwa nad Gotami, Frankami, Norami i Jutungami w porównaniu z wiekopomnymi czynami, których dokonał w ostatnich latach, już jako patrycjusz?! Cóż na przykład może się równać z owym doszczętnym zniszczeniem groźnej potęgi Burgundów?... Albo ta ostatnia wojna gocka?! Albo zbawienne dla cesarstwa przymierze z królami Hunów, Biedą i Atyllą?!... A Gejzeryk. jeszcze przed czterema laty taki niebezpieczny, groźny i straszliwy?!... Sroży się wprawdzie jak istny szatan w zajętych przez siebie prowincjach: łupi Rzymian i prześladuje prawowiernych, stracił nawet — przeklęty! — świętych biskupów Possydiusza, Nowatusa i Sewerianusa, wypędza i majątki zabiera urzędnikom, co nie chcą uznać nauki Ariusza — a przecież nie śmie naruszyć granic zakreślonych pokojem Trygecjusza — tak się boi aecjuszowej pomsty!..."

Nie tylko samego patrycjusza oklaskują burzliwie najprześwietniejsi, prześwietni i świetni. Z równym nieomal zapałem witają tych wszystkich, co mu towarzyszą, co lśnią jak gwiazdy przy miesiącu, suną za nim jak wilczęta za potężną karmicielką Romulusa i Rema, jak na starym obrazie — pantery za lwem... „Jak wiatry za Eolem" — myślą Symmachowie i Wiriusze. „Jak Machabeusze za Judą" — szepczą w zachwycie Paulini, Grakchowie, Anicjusze. Senatorowie pokazują ich sobie palcami, nikogo prawie nie brakuje z tych, którzy od lat dzielą chwałę niezwyciężonego i z jego wielkością swoje złączyli losy. Oto już po prawej ręce Aecjusza kroczy Got Sygiswult. Zaprawdę nie zawiódł się na tym, komu tyle dopomógł czasu powrotu z wygnania; nie może uskarżać się na niewdzięczność, iście po cesarsku wynagrodzony. Barbarzyńca, arianin — otrzymał konsulat!... i to w jednym roku z Aecjuszem: w uroczystym dla Zachodu roku czterysta trzydziestym siódmym, kiedy to pełnoletność osiągnął imperator Walentynian, a cesarz Wschodu dla uczczenia owej chwili odstąpił na rzecz partium Occidentis zaszczyt mianowania na ów rok i drugiego też konsula... Ale jakby jeszcze za małą dla Sygiswulta wydawała się Aecjuszowi ta wspaniała nagroda — podzielił się z nim nadto swym własnym tytułem magistra utriusque militiae!

Pokazywali też sobie senatorowie rudą głowę Andewota i rozwichrzoną brodę Marcelina, którego jako współbrata w wierze ze szczególnym zapałem oklaskiwali Wiriusze, Symmachowie i Decjusze Nie szedł wprawdzie u boku Aecjusza przyjaciel oddany a ulubiony — Kasjodor — wszyscy przecież wiedzieli, że pierwsze spojrzenie patrycjusza skierowało się ku trzeciemu rzędowi krzeseł kurulnych, gdzie godne miejsce zajmował dawny towarzysz, dziś senator — i „Ale, Cassiodor!" zabrzmiało z takim zapałem, jakby nie przebywał od rana w kurii. Za to Asturiusza na próżno wypatrywały oczy najprześwietniejszych, prześwietnych i świetnych: comes Hispaniarum bowiem zażarte toczył boje w Betyce z chłopskimi buntami — bakaudami, wspomaganymi przez króla Swebów. Inny za to Hiszpan kroczył tuż za Aecjuszem: młody jeszcze, a już wsławiony mówca i poeta, zarazem zaś comes — Merobaudes, którego panegiryki na długie wieki nieśmiertelną czyniły sławę Aecjusza. Nie było w kurii senatora, który by po dziesięć a może i więcej razy — nie powracał z chęcią do kodeksu ód Merobaudesa, szczególnie do tych, co opiewały zaślubiny Walentyniana z Eudoksją i drugi konsulat Aecjusza. Nigdzie bowiem — jak prawie wszystkim senatorom się zdawało — nie znajdą tak pięknego opisu wojny jak opiewane przez Merobaudesa dzieje walki patrycjusza z coraz to groźniejszymi dla cesarstwa Burgundami, których zuchwali królowie raz po raz wypadali na rzymskie włości z potężnej swej warowni Barbetomagus nad Renem. Same legie gallijskie nie podołałyby może licznym a bitnym Burgundom, ale czyż Aecjusz prócz potężnego ramienia nie ma godnej największego mędrca głowy?... Nakłonił do wspólnej wyprawy młodszego z królów huńskich Attylę i razem z nim, nie czekając, aż wróg sam wypadnie ze swych włości — z taką mocą natarł na Burgundów, że dwadzieścia tysięcy ich wojowników zaległo trupem pole, a między nimi król Gunter...

I jeszcze jednego ze słynnych aecjuszowych towarzyszy nie dojrzą oczy przesławnych ojców Romy: magistra equitum Litoriusza. Wszyscy przecież wiedzą: tylko dlatego, że nie zobaczą Litoriusza, mogą oglądać od czterech lat niewidziane oblicze najchwalebniejszego. Jednemu bowiem tylko Litoriuszowi ufa Aecjusz jak samemu sobie i jemu jedynie może powierzyć w swym zastępstwie prowadzenie wojny z Gotami. Bo choć tak długi już czas przebywał nieprzerwanie patrycjusz poza granicami Italii: tak długo nie naradzał się z wiecznym Augustem i senatem, nie zasiadał do uczty razem z italskimi przyjaciółmi, nie dzielił łoża z małżonką — mimo wszystko przecieżby i teraz nie opuścił Galii, gdyby nie żywił bezgranicznego zaufania do dowódcy całej konnicy Zachodu. Imię bowiem Litoriusza od dwu lat głośnym odbijało się echem w całym imperium. Gdy w roku pełnoletności imperatora król Teodoryk obiegł Narbonę, Aecjusz. trawiony wówczas niemocą i gorączką, Litoriuszowi powierzył dowództwo nad posiłkami huńskimi, które miały wyruszyć na odsiecz oblężonemu miastu. Magister equitum pomknął ku Narbonie z szybkością, której pozazdrościć mógłby mu sam Aecjusz — a gdy dowiedział się, że oblężeni wypuszczają już z mdlejącej ręki broń i padają bez sił, tak dalece obezwładnieni głodem, że miasto lada chwila bez oporu otworzy bramy Teodorykowi — kazał każdemu ze swych jeźdźców wziąć na koński grzbiet piechura i dwa worki z żywnością, natarł na Gotów, przedarł się przez ich gęste szeregi, dostał się do miasta i zostawiwszy narboneńczykom świeżą załogę i obfite pożywienie — z konnicą ponownie obrócił się przeciw oblegającym i zadał im straszliwą klęskę! Nie zadowoliwszy się przecież tym jednym zwycięstwem, ruszył w pościg za szybko cofającym się Teodorykiem i wtargnął w granice prowincji oddanych przed dziewięciu laty Gotom. I oto teraz drugi już mija rok, jak Litoriusz piędź po piędzi odbiera Teodorykowi coraz to nowe obszary Akwitanii przyznane mu pokojem zawartym po bitwie na Górze Kolubraryjskiej: pokojem, który król pogwałcił oblegając Narbonę. Nikogo więc nie dziwiło, że patrycjusz chętnie mawiał: ,.Gdy Litoriusz czuwa. Aecjusz może spać". „Może spać z żoną..." — uśmiechając się dodawali zazwyczaj senatorowie, toteż teraz zdumienie ich nie miało granic, gdy dowiedzieli się. że najchwalebniejszy wprost z drogi Flamińskiej skierował się do kurii, nawet nie zobaczywszy się uprzednio z żoną. Ale z tym większą witali go radością, z tym gorętszym zapałem... Wszak od brzasku już czekali na jego przybycie, wypełniając kurię tak tłumnie, jak to już dawno się nie zdarzało: stu czterdziestu najprześwietniejszych, trzystu kilkunastu prześwietnych i siedmiuset świetnych! Nawet prefekt miasta Flawiusz Paulus, który codziennie przeklinał bezmyślny — wedle jego zdania — obyczaj, łączący w jednej osobie prefekturę z przewodnictwem senatu (nie cierpiał bowiem wygłaszania mów), bez żalu zamienił tego dnia swą ulubioną zieloną dalmatykę na obyczajem uświęconą togę, której nie umiał nosić — i przygotował długą powitalną orację.

A czarnowłosy dwudziestolatek w purpurze i z diademem na głowie aż do ostatniej chwili trwał w przyjemnym złudzeniu. że to dlatego w senacie ścisk i taki uroczysty nastrój, ponieważ wszyscy illustres, spectabiles i darissimi co prędzej pragną złożyć mu swe życzenia z okazji, iż Chrystus po raz wtóry raczył pobłogosławić święte łono siedemnastoletniej Augusty Eudoksji. Nie zdziwił się więc wcale stojący po prawej ręce imperatora wikariusz miasta Rzymu Juniusz Pomponiusz Publianus, gdy spojrzawszy zezem na cesarza, bez wielkiego trudu rozeznał, z jakim to naprawdę uczuciem patrzą na zbliżającego się Aecjusza wypukłe, okrągłe oczy — czarne jak oliwki i czarnymi też. ostro wygiętymi ocienione brwiami, na których jak na archiwolcie wspierało się wysokie konstancjuszowskie sklepienie czoła.

2

Kierując się z gorączkowym pośpiechem do sypialnej komnaty, Pelagia wciąż myślała o naukach patriarchy konstantynopolskiego Jana Chryzostoma, w którego pismach ostatnio się rozczytywała. Jakże wdzięczna była świętemu mężowi za jego odważne żądanie równości dla mężczyzn i kobiet w sprawach ciała: zaiste tylko głupcy i bezbożni poganie a heretycy mogli tłumaczyć sobie słowa Jana tak, jakoby miał domagać się dla niewiast prawa do zdradzania małżonków na równi z niewiernością mężczyzn wobec swych żon. Nie — Pelagia wie — że najmędrszy patriarcha, wielki znawca serc ludzkich i natury człowieczej, doskonale rozumiał, że one — kobiety — wcale nie chcą zdradzać swych mężów ani nie pragną swobody rozrządzania swym ciałem, a tęsknią za tym jedynie, by jak im ma na zawsze wystarczyć prawnie poślubiony małżonek tak też niech i temu małżonkowi wystarczy na całe życie jedna kobieta „Oto zaiste chrześcijańska równość małżeńska!" — wołał z kazalnicy przed czterdziestu laty Jan Chryzostom i te same słowa powtarza teraz sobie w myśli Pelagia, przestępując próg cubiculum. Jest równie rozżalona jak szczęśliwa; czemuż to ona od czterech lat musi usychać z tęsknoty za małżonkiem, pożerana okrutnym głodem miłości, a Aecjuszowi wolno sypiać z brankami gockimi, frankońskimi, burgundzkimi i jeszcze chlubić się, ile to dziewic napoczęli oni z Litoriuszem i Merobaudesem po zwycięstwie nad Gunterem?! Śmiać się jej chce zawsze, ilekroć usłyszy, że mężczyźnie trudniej wytrzymać bez niewiasty niż żonie bez męża, ale rozumiała, że nie może wymagać od Aecjusza, by latami żył jak pustelnik egipski lub rzezaniec Mówiła więc mu: „Weź mię ze sobą do Galii!", on zaś na to śmiał się tylko: „Z niewiastami na wojnę nie chodzę. Jam nie Bonifacjusz!" i nic nie pomagało tysiąckrotne: ,,Ubi tu Caius, ibe ego Caia". Czemuż więc ma być taka niesprawiedliwość?..  Bardziej rozżalona niż szczęśliwa i głodna miłości, starała się w łożu wydawać obojętną, zimną, a nawet niechętną. Wciąż jednak myślała z pewnym niepokojem, czy nie wyda mu się jej ciało mniej ponętnym, zwiędłym. postarzałym... Aecjusz przecież zdawał się wcale nie interesować ciałem, które szybko, sprawnie obnażał.

— Musisz przenieść się do Rawenny — mówił rozkazującym tonem — tam bowiem wyjeżdża na stałe dwór... winnaś być zawsze w pobliżu młodej Augusty... masz być dla niej tym, czym ja dla Walentyniana.

Nawet wówczas, gdy wziął ją w swe objęcia, nie przestawał ani na chwilę mówić — choć od razu omdlała z rozkoszy, zdawała się nie rozumieć go ani nie słyszeć. Znów powrócił do młodej Augusty:

— Eudoksja, siedemnastolatka, już drugi raz zachodzi w ciąże, a ty, Pelagio?... Cóż to?... Bonifacjuszowi prędzej dałaś córkę, a mnie?... Czyżbyś miała zostać bezpłodna?... Nie chcę.. nie potrzebuję takiej żony...

Otworzyła oczy i z trudem powstrzymując gniew i łzy, zawołała:

— Któż mię miał uczynić matką przez te cztery lata?... majordomus?... przełożony atrium?... odźwierny?!... Walentynian od dwu lat noc w noc śpi z Eudoksją... Czegóż chcesz?...

— Chcę syna...

— Małoż twych synów zadręcza żywoty Gotek i Burgundek?! — krzyknęła rozżalona. Chciała jeszcze dodać, że to Bóg dotknął ją bezpłodnością za to, że wyrzekła się wiary ojców, ale przelękła się bluźnierstwa i powiedziała tylko: — Masz Karpilia...

— Zrozumże mnie, Pelagio — głos jego brzmiał głucho, ale wciąż jeszcze rozkazujący, czuły był i przyjazny — Karpilio to z wychowania i obyczajów Hun — taki sam jak Attyla, a przy tym półkrwi barbarzyńca, Got... mieszaniec... Patrycjusz zaś cesarstwa chce mieć syna z Rzymianki... z dostojnej Rzymianki... z krwi nie gorszej od teodozjańskiej ..

Nieprzytomna z dumy i szczęścia Pelagia bez słowa roztapia się w rozkosznym, życiodajnym miłosnym uścisku.

3

Nad Forum Trajana szybko płynie blady księżyc. Raz po raz dopadają go i ogarniają chciwie ciemne zwały chmur — przecież nie na długo: oto już znów się wynurzył i ze zdwojoną szybkością umyka przed zaciekłym pościgiem, sącząc na białe marmury nikłe żółtawe światło. Nim pożrą go znowu czarne skłębione trzewia jesiennej nocy — comes Merobaudes zdąży po raz dziesiąty, a może już i dwudziesty odczytać napawający go dumą i radością, w marmurze ryty napis: „Inter arma litteris militabat et in Alpibus acuebat eloquiam". Napis ów, zdobiący jego własny posąg, na długie wieki zapewni niezniszczalność chwały żołnierza-poety: gdy nikt już nie będzie czytał jego wierszy ani prozy, gdy imię jego plątać będą z imionami królów frankońskich, gdy prawie wszystko, co napisał, zaginie, a ocalałe trzy, cztery panegiryki i jeden wiersz religijny śmiertelnie nudzić będą nawet znawców i miłośników jego epoki — posąg ów z na pół zatartym napisem wciąż jeszcze będzie stał opodal kolumny najlepszego z imperatorów, opowiadając przechodniom o tym, który dzieła miecza czynami słowa przeplatał, a wymowę swą czasu wojny z Norami w alpejskim zaostrzał powietrzu...

Posąg stoi już czwarty rok, ale Merobaudes, który równie jak Aecjusz nie był w Italii od tylu właśnie lat, ogląda go po raz trzeci dopiero. A że przecież jest poetą i nadto nieomal jeszcze młodzieńcem, stojący opodal patrycjusz cesarstwa wcale zdaje się nie mieć mu za złe, iż zapominając o tym, komu towarzyszy, Hiszpan przez długi czas nie jest w stanie oderwać oczu od napisu — a gdy to nareszcie czyni, to po to tylko, by przenieść je — pełne radosnego zdumienia i prawie niedowierzania — na kutą w marmurze twarz. Czyżby to było możliwe, by naprawdę był tak urodziwym mężczyzną?.. Nie wiedział wcale o tym. A może rzeźbiarz zbytnio mu pochlebił?... Sam nie wie, co ma myśleć.. Bo jeżeli taki jest w istocie... jeżeli posąg naprawdę więcej o nim wie niż wszystkie zwierciadła — to nie ma już o co się niepokoić: córka Asturiusza, którą od dawna już miłuje, na pewno nie będzie wzbraniała się go poślubić... Jaka szkoda, że trzeba jeszcze cierpliwie czekać całe dwa lata, aż ukochana rozpocznie swą siedemnastą wiosnę!...

Tuż w pobliżu stoi statua Petroniusza Maksymusa. Prefekt pretorium przecież, który razem z Aecjuszem wyszedł z biblioteki Bazyliki Ulpiańskiej, gdzie przez całą prawie noc odbywało się posiedzenie rady cesarskiej — nawet okiem nie rzucił na dumny napis „A proavis atavisque nobilitas" ani na kute w marmurze oblicze, dające szczególnie dużo do myślenia na temat pochlebstwa jako jednej z podstawowych racji bytu sztuki. Merobaudes jednak, który w panegirykach swych mógłby znaleźć co najmniej tyle samo materiału do rozmyślań na ów temat, nie zastanawiał się już nawet nad stosunkiem swej marmurowej podobizny do rzeczywistości, którą miała odtwarzać: goniąc oczyma Petroniusza Maksymusa, zawstydzony i zły na siebie, z rozdrażnieniem pomyślał: ,,Po osiemnastu latach ja też nawet okiem nie rzucę" i szybko odwrócił się od posągu. Aecjusz z Maksymusem zbliżali się już do łuku Trajana. Hiszpan pospiesznie ruszył za nimi, nie śmiał przecież przeszkadzać rozmowie patrycjusza z pierwszym po nim dostojnikiem Zachodu — pozostał więc o jakieś trzydzieści kroków w tyle, idąc obok Marcellinusa, z którym razem przez całą noc czekał, aż skończy się consistorium. Aecjusz bowiem pragnął po posiedzeniu rady mieć ich obu przy sobie, co uważali za największy zaszczyt i wyróżnienie, godne wzmianki w kronikach. Czekając, aż patrycjusz pożegna Maksymusa, wszczęli cichą przyjacielską rozmowę — od dłuższego już czasu byli ze sobą bardzo zaprzyjaźnieni, choć nikt nigdy żadnego w nich nie mógł dopatrzyć się podobieństwa ani żadnej wspólnoty usposobień i upodobań.

Pod łukiem Trajana Najlepszego Aecjusz zakończył rozmowę z Petroniuszem i pożegnał go przyjaznym podniesieniem dłoni — gdy zaś lektyka prefekta pretorium znikła szybko w najczarniejszym mroku ostatniej nocnej godziny, Merobaudes i Marcellinus ujrzeli, że sylwetka patrycjusza wykonała ręką ruch, który nie mógł oznaczać nic innego, jak to, by się zbliżyli. Autor głośnego wiersza »Pro Christo« roztaczał właśnie przed poganinem bezmiar uczuć, jakie żywił do córki comesa Hispaniarum — ale choć zapalał się coraz bardziej i słowa jego coraz to silniejszym tchnęły żarem — przerwał natychmiast, gdy tylko spostrzegł znak Aecjusza, który nie czekając, aż młodzi przyjaciele się zbliżą, ruszył spod łuku ku północno-zachodniej części Forum.

Obaj nie wątpili, że czeka ich zaszczyt wysłuchania jakiegoś ogromnej wagi rozkazu. Merobaudes, którego Asturiusz wtajemniczył we wszystkie szczegóły zamachu na Feliksa, był pewien, że Aecjusz przygotowuje coś podobnego. Na próżno przecież się głowił, by dojść, przeciwko komu taki zamach mógłby być skierowany. Bo przecież chyba nie przeciw wiecznemu Augustowi, który z dnia na dzień coraz to bardziej schodzi do roli cienia i narzędzia samowładnej woli Aecjusza?!...

Księżyc znów wymknął się chmurom i obaj młodzi ludzie ujrzeli, jak Aecjusz staje pod jakimś posągiem. Jednocześnie usłyszeli jego głos mówiący:

— Jestem pewny, że Petroniusz Maksymus wciąż widzi we mnie barbarzyńcę, a przynajmniej zbarbaryzowanego nowego człowieka z odległego pogranicza. A może i Bassus także. I Wiriusz też. Mnie się przecież wydaje, że Aecjusza więcej niż kogokolwiek kochają i błogosławią wszystkie wcielone w te oto kamienie duchy...

Merobaudes stanął jak wryty. Z niewysłowionym zdumieniem spojrzał najpierw na Aecjusza, potem — porozumiewawczo, pytająco na Marcellina. Wyznawca starych bogów wcale przecież nie zdawał się dziwić słowom najchwalebniejszego, których słuchał z radosnym zachwytem. Patrycjusz zaś ciągnął dalej:

— ...duchy wielkości i mocy starego Rzymu... Zaprawdę, Merobaudesie, tyle setek, a może już i tysięcy wierszy poświęciłeś swemu wodzowi, a oto nie przyszło ci wcale do głowy, że przecież gdyby nie owa twarda, dzika, nienawistna dla Rzymian barbarzyńska moc... ta właśnie moc, którą wziąłem w siebie — jak mleko z piersi matki — z przebywania i bratania się z Gotami i Hunami... ta, którą gardzi i brzydzi się Maksymus... i Bassus... i Wiriusz... i sam Merobaudes na pewno — dawno by już kamień na kamieniu nie pozostał z tych wszystkich oto, najdroższych dla nas. Rzymian, pamiątek..

I wskazał ręką dookoła siebie.

Merobaudes wcale nie był pewien, czy nie śni stojąc. Wszak gdyby mu jeszcze przed godziną sama córka Asturiusza lub sam święty biskup Hydacjusz powiedzieli, iż usłyszy takie słowa z ust Aecjusza — nazwałby ich z gniewem kłamcami lub z politowaniem — szaleńcami... Marcellinusa natomiast wcale nie zdumiewało to, co mówił przyjaciel barbarzyńców i wychowanek dzikiego Rugili: czyż bowiem jeszcze siedem lat temu — w długich nocnych rozmowach w zaciszu dalmatyńskiego schronienia — nie stanęły przed nim otworem wszystkie tajniki myśli wielkiego wygnańca?!...

Szybkim krokiem idzie Merobaudes ku posągowi, pod którym stanął Aecjusz. Wie już na pewno, że owa noc spędzona na Forum Trajana nie może pozostać nie uwieczniona przez poezję... Już układa sobie w myśli poszczególne części utworu, w którym jak Minerwa z głowy Jowisza objawi się nagle z chaosu temporis barbarie! wspaniała romanitas męża, o którym nie tylko na dworze Augusty, ale i w willach possessorów galijskich i hiszpańskich nie mówiono inaczej jak: semibarbarus... Idąc uśmiecha się poufale niemal a z ironiczną wyrozumiałością: oto i wielki Aecjusz zdradza tę samą słabość co młody żołnierz-orator stając pod własnym posągiem — ale zaprawdę któż lepiej niż on... Merobaudes... poeta — potrafi zrozumieć i ocenić wartość odpowiedniego dla wygłaszania wielkich słów tła?!...

Kilka było posągów Aecjusza na Forum Trajana (żaden z nich przecie nie będzie równie szczęśliwy jak statua poety: wszystkie zmiecie nieubłagany wicher czasu). Merobaudes pomyślał, że patrycjusz najlepiej by zrobił, gdyby stanął pod posągiem z roku drugiego konsulatu: uroczysty urzędowy strój i postawa ściśle wzorowana na statuach czasów Rzeczypospolitej i pierwszych cezarów znakomicie podkreślałyby nagle ujawnioną romanitas aecjuszowej duszy. ,,Zresztą, tak czy inaczej, w panegiryku będzie, że stał pod tym właśnie posągiem" — zadecydował poeta. Jakież jednak było jego zdumienie, gdy w pełnym świetle księżyca rozpoznał, że posąg, pod którym stoją, nie był wcale żadnym z posągów Aecjusza. Co do tego nie mógł mieć wątpliwości: zbyt dobrze znał tę wielką głowę, ten orli nos, nieco za okrągłe, jakby sowie oczy... Ogarnęła go wielka radość: czyż jest jaki poeta na całym obszarze imperium, który by nie oddał wszystkich skarbów świata za to, by móc być w owej chwili na jego miejscu?!... Szybko odwrócił się:

Aecjusz nie powinien wiedzieć, jak Merobaudes wyjmuje z zanadrza tabliczkę i rylec. Merobaudes ma wspaniałą pamięć, ale zbyt to ważna chwila, by mógł jej ufać: wszak tu jednego słowa nie wolno zapomnieć!

— Spójrz, Marcellinie — rylec poety z trudem nadąża za głosem Aecjusza — spójrz na ten oto napis... „Reparatori rei publicae et parenti invictissimorum principum". Czyżby miała gniew ku mnie chować w zaświatach wspaniała dusza męża z Naissu za to, iż — choć nie wziąłem jak on na się diademu ni purpury — zabrałem tym jego niezwyciężonym dzieciom to, co naprawdę jest mocą i władzą? A może nie tylko gniew, może i zazdrość żywi?... Zaprawdę ma czego zazdrościć — czyż bowiem nie rzekł konając najszlachetniejszy z Rzymian Bonifacjusz, żem ci publicae magna salus, a nie tylko jej reparator?!... Ale ja wierzę, Marcellinie, żeśmy równi sobie... zupełnie równi, choć nie jestem Augustem, on zaś nie odniósł tylu zwycięstw... I nie tylko równi, ale i podobni sobie...

Próżno się głowisz, Minerwo: w czym są podobni, nie zgadniesz. Raczej zapytaj poety — zaraz boginię pouczy.

Merobaudes nie wątpi, że dwuwiersz ten: wstęp do drugiej części nowego panegiryku nowym okryje go blaskiem sławy. Ocenia go na trzy posągi: jeden w Kordubie — tam gdzie pierwsze pobierał nauki, i dwa w Konstantynopolu: na Forum Arkadiusza i w Kapitelu, w lectorium łacińskich gramatyków. Sam przecież nie dziwi się wcale, że jego Minerwa próżno się głowi, nie zgadując, w czym są do siebie podobni Aecjusz i Konstancjusz Agustus „Raczej ja jestem podobny do króla Attyli" — myśli i nagle doznaje niepohamowanego uczucia zazdrości: widzi, jak Aecjusz przyjaźnie wsuwa rękę pod łokieć Marcellinusa. Poeta przecież szybko przemógł w nim zazdrośnie rozkochanego w wodzu żołnierza: nie ma czasu... na nic nie ma czasu!...tylko pisać!... coraz szybciej żłobić tabliczkę setkami coraz to drobniejszych, coraz gęściej ściśniętych liter!

— On gardził barbarzyńskimi sposobami walczenia, a ja starorzymskim szykiem — Merobaudes skraca już na tabliczce słowa Aecjusza — ale ja po swojemu biłem Gotów, z którymi on sobie nie mógł dać rady — a mnie konstancjuszowym sposobem pobił Bonifacjusz. Znów więc równiśmy sobie. Alem rzekł, że nie tylko równi, ale i podobni. Czy wiesz, w czym podobni, Marcellinie?... Posłuchaj: otom prawnuk chłopa z Mezji, a Konstancjusz — dziecię przedmieść illiryjskiego Naissu... obaśmy krwią i rodem dalecy od Romy, od Italii... A przecież nie znajdziesz kamienia na Forum Romanum, w którym zaklęty duch starego Rzymu wyparłby się którego z nas dwu, mówiąc: ,,Wyście obcy..." Bośmy Rzymianie... jak Rzymianinem jesteś ty — Dalmatyńczyk i Merobaudes — Hiszpan... Bośmy wszyscy cives Romani... bo nad kolebką swą słyszeliśmy jeno mowę Rzymian... bo od dziecka chroniło nas i rządziło nami prawo rzymskie... Teraz zaś zważ co innego, przyjacielu... Oto Roma — władczyni świata.. Roma — stolica mocy i sprawiedliwości... Oto pokój rzymski — szczęście i błogosławieństwo ludzkości... Oto lud rzymski — król, sędzia. obrońca i nauczyciel wszystkich narodów... Któż, zaprawdę, od pół wieku już chroni przed zagładą Romę i pokój rzymski i rzymski lud?... Czy może bronią się same?... Tak — wówczas gdy broni ich Konstancjusz lub Aecjusz... Oto w czymeśmy podobni do siebie, przyjacielu! Bo gdy nas nie ma, cóż się dzieje z mocą Rzymu? na czyjej jest łasce?... Już się rumienisz, Marcellinie?... Poczekaj... posłuchaj... niechże rozebrzmią nad kamieniami starej Romy imiona jej obrońców... owo istne Imperium Uniwersum, ale nie Romanum, jeno Barbaricum, przyjacielu... Licz tylko Goci — Gajnas, Sarus i Sygiswult... Wandal — Styliko.. Frankowie — Arbogast i Bauto... Alani — Ardabur i Aspar, i,..

— I Sweb Rycymer! — krzyknął, nie mogąc pohamować rozpędu poprzedniej myśli i łącząc ją w biegu bezsensownie (jak mniemał) z tym, co nagle uderzyło jego wzrok. Natychmiast przecież okiełzał rozhukaną myśl i zupełnie już innym głosem zawołał do młodego trybuna, który przecież pozostał w Galii:

— Co tu robisz, Rycymerze?!

— Mężu najchwalebniejszy... Litoriusz...

Gęsto zapisana tabliczka wysuwa się z rąk Merobaudesa i z trzaskiem rozbija się o granitową płytę. Jak rozpryśniętych jej kawałków nie pozbiera już poeta zwierzeń patrycjusza... nigdy nie napisze panegiryku: »De romanitate Aetii«; nadzieje na trzy nowe posągi jak o granit rozbijają się o twarde, bezlitosne słowo Rycymera.

 

4

W owych dniach, gdy Aecjusz po czteroletniej nieobecności zdecydował się wreszcie udać do Italii, wojna gocka zdawała się znajdować w przededniu jak najpomyślniejszego zakończenia. Wojska cesarskie nie tylko wyparły Teodoryka poza granice Akwitanii Drugiej, i to nawet z tych jej części, które przyznane mu były pokojem z roku czterysta trzydziestego — ale ponadto wtargnęły z południa do Nowempopulanii, a od północnego wschodu do kraju Piktawiów. Opuszczając Galię, patrycjusz polecił Litoriuszowi nie zwlekać zbyt długo z zawarciem pokoju, ale natychmiast, gdy tylko Teodoryk zechce wszcząć rokowania, przystać na odnowienie przymierza z tym przecież, iż Goci oddadzą prefekturze gallijskiej wszystkie większe miasta prócz może jednej Tolozy, a z ziem przez siebie zajmowanych wyrzekną się pogranicznych skrawków Akwitanii Drugiej, Pictavium i dostępu do żeglugi na Ligerze. Litoriusz jednak, objąwszy naczelne dowództwo, wcale się nie kwapił do rychłego ukończenia wojny; nie tylko bowiem sprowadził z nad Renu nowych kilkanaście tysięcy wojowników huńskich, ale zażądał od zamieszkałych między Ligerem a Morzem Brytyjskim Armorykanów, by spełnili swój obowiązek federatów, wspólnie z wojskiem cesarskim uderzając na posiadłości gockie. Powziął bowiem szalony, bo zupełnie niewykonalny — jak to mówił trybun Rycymer — zamiar zniszczenia nie tylko potęgi, ale i całego królestwa gockiego. Planował powolne i na dłuższy czas obliczone, ale niezawodne przetrzebienie ludu Wizygotów za pomocą miecza i głodu, bezlitosne niszczenie ich dobytku rabunkiem i ogniem, wreszcie zupełne wytępienie całej licznej rodziny królewskiej i wszystkich znakomitych i szlachetnych rodów. ”Resztę zaś zamieni się w niewolników — mawiał — lub wcieli się do auxiliów i wojsk pogranicznych, jak najdalej od Galii walczących: gdzieś nad granicą perską lub etiopską." Rycymer, który był synem siostry króla Wali, a więc i z Teodorykiem w niedalekim pozostawał pokrewieństwie, nie mógł. rozumie się, żywić zapału ani choćby tylko przychylności dla zamiaru Litoriusza; nie tylko on przecież — nawet comesowie i starsi trybuni, rdzenni Rzymianie, nieufnie odnosili się do marzeń magistra equitum, uważając je za nieziszczalne a szkodliwe rojenia.

Litoriusz przystąpił jednak do urzeczywistnienia swego planu. Ponieważ potrzebował jak najwięcej mas ludzkich do dokładnego ogołacania posiadłości gockich i tępienia ich mieszkańców — nie zawahał się najechać z Hunami kraju Armorykanów, gdy ci zwlekali z niesieniem mu pomocy — a poczyniwszy tam spore spustoszenia, wracał na południe Galii przez bogatą i żyzną Drugą Akwitanię, którą pozwalał swym Hunom łupić, jakby to był kraj nieprzyjacielski: nie miał bowiem czym ich wyżywić. Podejrzewając ponadto, że niejeden z możnych possessorów chętniej widziałby w swych posiadłościach Gotów niż Hunów — nakładał na obszarników akwitańskich ogromne ciężary na rzecz wojska, czym doprowadził ich do rozpaczy, wściekłości i nieraz otwartej walki na czele swych ludzi przeciw łupiącym kraj najdzikszym z barbarzyńców; ale że barbarzyńcy ci przeciągali przez Akwitanię pod znakami cesarskimi, Litoriusz z bezwzględnym okrucieństwem jako bunt i zdradę karał wszelkie przeciw Hunom wystąpienia. Jak Rycymer opowiadał potem Aecjuszowi — possessorowie drugiej Akwitanii z zazdrością myśleli o losie obszarników z Akwitanii Pierwszej, pozostającej pod panowaniem Teodoryka: Wizygoci wprawdzie odbierali Rzymianom dwie trzecie ich posiadłości, pozostała przecież część wolna była od wszelkich gwałtów, niepokojów, a nawet prawnych ciężarów, miasta zaś rządziły się rzymskim prawem, a mianowany przez króla comes civitatis o to jedynie dbał, by panował spokój, by Rzymianie nie działali na szkodę króla i ludu gockiego i nie łączyli się związkami krwi z Gotami. Podejrzenia więc Litoriusza nie były zupełnie nieuzasadnione; okrutnie tłumiąc wszelkie odruchy nie tylko sprzeciwu, ale i niezadowolenia z postępowania sprzymierzonych z cesarstwem Hunów — przeszedł całą Drugą Akwitanię z północy na południe — żegnany nienawiścią i przekleństwami, którymi wcale się zresztą nie przejmował — i ponownie wtargnął do tej części Galii Narboneńskiej, którą przed dziewięciu laty Aecjusz odstąpił Gotom. Teodoryk dwukrotnie usiłował stawić mu czoło, ale nie dotrzymał pola i pospiesznie cofnął się ku swej stolicy, Tolozie. Litoriusz ruszył za nim. Przynajmniej w części mógł teraz urzeczywistnić swój szalony a okrutny zamiar: Hunowie, którzy w owym czasie prawie całkowicie zapełnili sobą wojska cesarskie w Galii, tak dokładnie niszczyli wszystko na swej drodze, że nie tylko ślad Gotów — żaden ślad jakiegokolwiek życia nie pozostawał na wiele mil dookoła traktu Elusio—Toloza i w górnym biegu Garumny! Niebawem rzymsko-huńskie wojsko stanęło pod stolicą królów z rodu Baltów. Powodzenie magistra equitum było naprawdę tak oszałamiające, że nawet ci spośród comesów i trybunów, którzy początkowo nieufnie odnosili się do jego zuchwałych zamiarów, nie wątpili już w ostateczne, i to przechodzące wszelkie dawniejsze nadzieje zwycięstwo. Barbarzyńcy, a Goci szczególnie, niebezpieczni i straszni nieraz w otwartym polu, stawali się zupełnie bezradni, gdy zachodziła konieczność zamknięcia się w twierdzy: nawet Rycymer był pewien, że nie wytrzymają trzydniowego choćby oblężenia. Litoriusz przecież spodziewał się, że bronione przez Wizygotów miasto nie wytrzyma nawet pierwszego natarcia. Pewny ostatecznego triumfu, jaki go czeka najpóźniej u schyłku następnego dnia, pragnął spędzić noc na hucznej biesiadzie. O uczcie tej kazał zawiadomić zamkniętego w wygłodzonej Tolozie Teodoryka: ,,Niech wie barbarzyńca, iż rzymski wódz przed trudem bitwy nie potrzebuje snu ni spoczynku!..." Gdy zasiadał już do stołu w licznym towarzystwie kobiet, comesów, trybunów i huńskich wodzów — comes Witus zawiadomił go o przybyciu poselstwa od króla Wizygotów.

Z szyderczym uśmiechem na gładko wygolonej ładnej twarzy przeszedł magister equitum do pogrążonej w półmroku komnaty, gdzie już czekali nań z silnie bijącymi sercami czterej poważni, długobrodzi biskupi. Jeden z nich, z brodą najgęściej przyprószoną siwizną, stał nieco na uboczu od pozostałych. Gdy Litoriusz stanął na progu, wszyscy czterej błogosławili go znakiem krzyża — przecież nawet głowy nie pochylił. Czas jakiś przyglądał im się badawczo a ironicznie, wreszcie wybuchnął głośnym śmiechem:

— Czyżby królowi Gotów tak dalece zabrakło już roztropnych wojowników i możnych panów — zawołał — że nie ma nikogo, komu by mógł powierzyć sprawowanie poselstwa?... nikogo takiego, co by się znał na sprawach wojny, a nie do kazań tylko i klepania modlitw był zdatny?!...

— Król Gotów — z powagą odparł jeden z biskupów — umyślnie posyła do ciebie, mężu najprześwietniejszy, nie wojowników i nie panów możnych, jeno sługi Chrystusowe, żeby tam, gdzie roztropna mowa męża mądrego zawiedzie, słowo Boże niezawodny znalazło przystęp…

Jeszcze głośniej roześmiał się Litoriusz.

— Czyli, że chowa się mężny król Teodoryk za ołtarz i błaga o łaskę i litość, zaklinając mię przez wasze usta słowem swojego Boga... Boga ludzi słabych — kobiet, rzezańców i niewolników... Rozumiem teraz: żaden roztropny wojownik ni możny pan nie chciał podjąć się takiego poselstwa… wszyscy wolą polec jutro w ostatniej bitwie ludu Gotów, za co cześć każę oddać ich ciałom!... Zaprawdę jak ów Chrystus zmiękcza na wosk synów mężnego ludu! Miast czterech sędziwych, pokrytych bliznami wodzów — widzę cztery płaczliwe oblicza biskupów ariańskich. którzy...

— Nie czterech — trzech, mężu najprześwietniejszy — gwałtownie przerwał Litoriuszowi ów biskup, który stał na uboczu. — Jam nie Got i nie arianin…Jam Oriencjusz z Augusty Auscorum, biskup prawowierny i Rzymianin..

— Naprawdę?! — głos Litoriusza zabrzmiał nutą niekłamanego, choć jeszcze bardziej ironicznego zdumienia. — I stoicie obok siebie?...nie zagryźliście jeszcze jeden drugiego na śmierć?... A cóż współistotność? a współpodobieństwo?... Jakże możesz, święty mężu Orencjuszu, patrzeć spokojnie na obmierzłych bluźnierców, co zaprzeczają Ukrzyżowanemu jedności z Bóstwem?... Ja bym na twym miejscu nie wytrzymał...

Nagle przeobraziła mu się cała twarz, przekrzywiona w okamgnieniu grymasem gniewu — z pięknych, cienkich warg zupełnie znikł wszelki ślad ironicznego uśmiechu.

— Rzymianin?! Tyś Rzymianin?! — krzyknął z wściekłością — i przychodzisz do mnie, do rzymskiego wodza, z poselstwem od barbarzyńcy?... Miast radować się z bliskiej już zagłady ludu, co najechał i pohańbił świętą, wieczną Romę — ty śmiesz...

— Śmiem stanąć przed twym obliczem, pyszny żołnierzu, i rzec: kocham Rzym, ale jak Chrystus kazał! — kocham też bliźniego swego. Któż zaś moim bliźnim?.. Pers, Bryt, Wandal, Got, równie jak Rzymianin. Dosyć już krwi, mężu najprześwietniejszy... dosyć mordów, gwałtów, pożarów... Tyle już masz chwały i triumfów.. tyleś osiągnął, mężny Litoriuszu... nie wyzywaj więc Boga... usłuchaj Jego sługi, co przynosi ci pokój.. I to jaki pokój!..

Warunki pokoju istotnie były tak korzystne dla cesarstwa, a tak upokarzające dla Teodoryka, że Litoriusz czas jakiś naprawdę się zastanawiał, jak ma postąpić. Gdy jednak Oriencjusz nieostrożnie wspomniał, że nie tylko Goci, ale i rzymska ludność z utęsknieniem oczekuje pokoju, więcej bowiem cierpi od sprzymierzonych z cesarstwem Hunów niż od ludu Teodoryka — magister equitum wybuchnął ponowną falą wściekłego gniewu

— Nie szalonym ani nie kobieta ni prezbiter Ukrzyżowanego — zawołał — by wypuszczać zwierzynę, gdy wpadła już w sidła! Nie mam czasu na próżne rozmowy... Wracajcie.. Umyślnie zabieracie mi czas, gdy Teodoryk czyni przygotowania do bitwy...

— Mylisz się, mężu najprześwietniejszy — rzekł jeden z ariańskich biskupów — Król Teodoryk żadnych już nie czyni przygotowań... Żadnej już nie pokłada nadziei na ratunek w niczym ani w nikim, jeno w Bogu naszym... W worze pokutnym, boso, z głową posypaną prochem i popiołem, chodzi ulicami miasta, głośno wzywając miłosierdzia Bożego...

— Nie wyzywaj Boga, mężny Litoriuszu — podjął Oriencjusz. — Silnyś i zwycięski, ale nie wiadomo, komu Pan jutro da dzień triumfu...

— Nie wiadomo? Zaiste nie wiadomo... Ale poczekajcie chwilę: zaraz się dowiemy... I ja też zwrócę się do bóstwa jak Teodoryk...

Klaśnięcie w dłonie i oto nie minął jeszcze czas, potrzebny na wypicie jednego kielicha massyku, a w półmroku pogrążona komnata zaroiła się od kobiet, comesów rzymskich i germańskich, wodzów huńskich i jakichś dziwnych postaci w białych, całe ciało i głowę okrywających zasłonach, z nożami w ręku. Litoriusz kazał podać sobie wielką czarę z winem. Wychylił ją w okamgnieniu — kazał nalać powtórnie. Twarz mu się rozpłomieniła, włosy rozwichrzyły się, oczy błyszczały dziko i radośnie. Dziwni ludzie w zasłonach pochylili się na podłodze nad czymś żywym, trzepoczącym się. chrapliwie gdaczącym... Trysnęła krew... I natychmiast odpłynęła krew z twarzy najdzielniejszych nawet żołnierzy. Litoriusz spojrzał na śmiertelnie bladych Rycymera, Witusa i innych comesów, na przekrzywione w przerażeniu twarze kobiet, na skulonych, pełnych lęku i zarazem gorączkowej ciekawości, wodzów huńskich. wreszcie na biskupów... Wszyscy czterej stali, przytuleni do siebie z zasłoniętymi ręką twarzami z trzęsącymi się kolanami.

— Patrzcie — zaśmiał się Litoriusz — nie dzielą już ich współpodobieństwo i współistotność! Jak bracia się tulą, złączeni w barbarzyńskiej nienawiści do wszystkiego, co rzymskie...

Ludzie w białych zasłonach, z szatami, obficie skropionymi krwią, wysoko podnieśli dymiące ptasie trzewia.

— Cóż rzekną haruspikowie? — przerwał znów śmiertelną ciszę głos Litoriusza. — Jaką wieszczbę bożą wyczytali z wnętrzności świętych ofiar?...

— Zwyciężysz, wodzu!

Magister equitum radośnie porwał ponownie napełnioną czarę. Szybkim ruchem pochylił ją, wylewając na ziemię prawie połowę wina.

— Tobie, najpotężniejszy boże... tobie. Marsie, Kwirynie, ojcze i przyjacielu mężnych, składam tę ofiarę, nim jutro złożę inną, stokroć większą i milszą twojemu wspaniałemu, nie niewieściemu, nie nazareńskiemu sercu!.. Widzieliście, święci mężowie?... Na cóż mi pokój z Teodorykiem, skoro na jutro przyrzekli mi bogowie zwycięstwo... Wracajcie i powiedzcie, że za wszystko, co za Alaryka zniosła od Gotów Roma, stokrotnie zapłaci jutro Toloza — tylko że kościoły nie będą dla nikogo schronem... A ty, Oriencjmzu. rzeknij Rzymianom tolozańskim: skoro świt, niech uderzą na Gotów lub wychodzą z miasta... Kogo zastanę w mieście bezczynnym i bezbronnym — wszystkich daruję swym dzielnym Hunom! A nazajutrz...

— Nazajutrz — zmęczonym już głosem podejmuje po krótkiej przerwie swą opowieść Sweb Rycymer — w południe już było po rzymskiej chwale... Hunowie pokotem zalegali pole pod murami Tolozy — garść tylko pierzchła... Ranny Witus i ja — z bokiem, obficie krwawiącym — ledwieśmy utrzymali jaki taki szyk... wyprowadzili wojsko na trakt do Eluzji... Trzecia część chyba pozostała...

I po chwili dodał:

— Ecce Deus Victor...

Marcellinus i Merobaudes milczeli. Aecjusz, nie odrywając oczu od napisu na posągu Konstancjusza, głuchym głosem zapytał:

— A Litoriusz?...

Rycymer wzruszył ramionami...

5

Młodziutki narboneńczyk Leon długo się wahał, nim wziął do ręki wielki ciężki kamień. Przecież jest Rzymianinem! Wprawdzie od dawna już jest szczerze przekonany, iż Rzymianie galijscy znacznie lepiej się miewają pod rządami króla Teodoryka niż w Drugiej Akwitanii. gdzie aż jęczą wszyscy, nie mogąc już wytrzymać dłużej ucisku, jakiego doznają od sprzymierzonych Hunów; wszak sam czasu odsieczy Narbony we włościach swego ojca miał możność porównać zachowanie się Gotów z postępowaniem sprzymierzeńców, ale zaprawdę — jest Rzymianinem i nigdy się nie zdobędzie... Niespokojnie patrzy dookoła: w podwójnym szpalerze, ciągnącym się przez całą ulicę, Rzymian niewiele jest mniej niż barbarzyńców. I prawie każdy trzyma w ręku wielki ciężki kamień. Narboneńczyk Leon zaczyna się uspokajać. Jest jeszcze bardzo młody, ale umysł ma — jak twierdzą nauczyciele — ponad wiek rozwinięty: uczył się już logiki i potrafi jasno, mądrze rozumować. Cóż robi tu w Tolozie?... Schronił się wraz z bratem matki przed Hunami Litoriusza. Ależ przecie jest Rzymianinem i Litoriusz także. Słusznie, ale po pierwsze — brata jego matki, possessora spod Eluzji, król Teodoryk i słynny wódz Anaolzus darzą szczególnymi względami, a po drugie — onegdajsze zwycięstwo nad Litoriuszem to nie tyle triumf Gotów nad Rzymianami, ile nad najdzikszymi z barbarzyńców, Hunami — przede wszystkim zaś triumf chrześcijańskiego Boga nad obmierzłymi czarami pogańskimi! A wreszcie, czyż Litoriusz nie obiecał podarować wszystkich Rzymian Tolozy swoim Hunom?!... A więc wcale nie brał tego pod uwagę, że on Rzymianin i oni Rzymianie?... Toteż i oni nie przejmują się już tym: bliższy im król Teodoryk niż obmierzły poganin i wódz dzikich, pogańskich Hunów Litoriusz... I postąpią z nim, jak nakazywał Stary Zakon... Leon z bolesnym natężeniem marszczy czoło: za młody jest jeszcze i widocznie za mało uczony, by rozwiązać zagadnienie: cóż jest ważniejsze?... wspólność romanitatis czy wspólność wiary. Nie ma żadnej wspólności wiary — wszak Goci to heretycy... Myśl chłopca pracuje szybko, gorączkowo... Heretycy, ale chrześcijanie... a Litoriusz, choć Rzymianin jak ja, najohydniejszym bluźnierstwem i świętokradztwem obraził Chrystusa...

— Wiodą! Wiodą! — rozległy się głośne okrzyki.

Wszystkie pięści jak na rozkaz silnie zwarły się dokoła ciężkich kamieni. Okrzyki dochodziły z lewej strony — Leon narboneńczyk, nim tam spojrzał, obrócił pierwej wzrok na prawo: u wylotu ulicy wznosiło się wysokie podium; siedział na nim otoczony najmożniejszymi wojownikami gockimi król Teodoryk z całą swą rodziną: małżonką, sześciu synami (dwaj z nich zupełnie jeszcze byli małoletni) i dwiema córkami.

Od tamtej strony przeciskał się ku Leonowi przyjaciel i dobrodziej brata jego matki potężny wódz Anaolzus. Uśmiechał się do chłopca przyjaźnie, ściskając w ręku kamień trzy razy większy od tego, który trzymał narboneńczyk.

— Zaraz zaczniemy — rzekł niemal wesoło i Leon uczuł nagle, jak silny dreszcz przebiegł przez całe jego ciało.

Okrzyki: „Wiodą, wiodą!" coraz bardziej się zbliżały. Leon wiedział, że nic się jeszcze nie zaczęło i nie zacznie, dopóki skazańca nie przyprowadzą tak blisko podium, by rodzina królewska — nie wyłączając córek i małoletnich chłopców — dosięgnąć go mogła rzutem kamienia, dającym znak do rozpoczęcia męki. A przecież już nie był w stanie zapanować nad coraz to silniejszym dreszczem, patrzył mimo to uporczywie na lewo. Wrzawa coraz się zbliżała. Wreszcie ujrzał...

Pierwszy szedł wysoki rudowłosy Got, z bardzo gniewnym wyrazem twarzy. Za nim inny Got, brodaty, siwiejący, z twarzą obojętną — taką, jaką Leon przyzwyczaił się w Narbonie widzieć u urzędników cesarskich w czasie, gdy pełnili związane ze swym urzędem czynności. Obaj mieli uwiązane u pasa łańcuchy, które łączyły ich ze skazańcem. Narboneńczyk Leon zastygłym w przerażeniu wzrokiem wpił się w jego twarz: przygotowany był na widok człowieka, oszalałego z potwornej, zwierzęcej trwogi lub przynajmniej skulonego czy posępnie zgarbionego i ledwie powłóczącego trzęsącymi się nogami... Wytwornie odziany, namaszczony, utrefiony, gładko wygolony Litoriusz szedł swobodnym, raźnym krokiem, jakby na ucztę... radosny, uśmiechnięty!...

Narboneńczyk uczuł nagle mdłości i gwałtowny, straszliwie bolesny skurcz gardła. Raz jeszcze rzucił okiem na uśmiechniętą, wesołą twarz Litoriusza... szybko wypuścił z ręki kamień i z przeraźliwym okrzykiem: „Nie mogę... nie mogę!..." wybuchnął głośnym płaczem, zasłaniając dłońmi oczy i zarazem zatykając palcami uszy. „Chryste. Chryste... nic nie widzieć... nic nie słyszeć..."

I w tejże chwili pierwszy kamień, zręcznie ciśnięty ręką trzeciego syna królewskiego Fryderyka, ostro trzasnął o czoło skazańca. Dwaj Goci szybko uskoczyli na bok, puszczając wolno końce łańcuchów, które pętały na plecach ręce Rzymianina, uniemożliwiając mu zasłanianie się przed uderzeniami. Wnet posypały się z obu stron szpaleru setki kamieni. Głośne krzyki: „Poganin!... Bluźnierca!... Morderca!... Kat ludu gockiego!..." — zagłuszyły jęk, zrazu cichy, jakby śmiech przypominający... potem głośniejszy, ale jeszcze głuchy, chrapliwy... Narboneńczyk Leon nie patrzył. Wił się cały, gdy tylko dochodziło jego uszu głuche, chrapliwe, zwierzęce rzężenie... Był szczęśliwy, gdy odgłosy te zagłuszył na chwilę Anaolzus, wołając nań szyderczo:

— Rzymianin — niewiasta... nawet obrazy Chrystusa pomścić nie potrafi!...

A potem znów chrapliwe coraz bardziej urywane rzężenie i trzask padających na płyty ulicy kamieni...

Ze czterysta przecież kamieni leżało nie na środku ulicy, ale pod nogami dziko wyjącego tłumu, żaden Rzymianin nie cisnął swego kamienia na idącego szpalerem bluźniercę... kata... wodza dzikich Hunów!..

Nagle chrapliwe rzężenie przemieniło się w ostry, dziki krzyk... i znowu... znowu... A potem znów głuche, zwierzęce charczenie.. I znów krzyk... I łoskot ciężko padającego ciała..

— Wstaje... idzie... przegryzł sobie język... twarzy już nie widać... O, o... znów pada... Ciskajcie... ciskajcie... Niech wstanie.. Podnosi się, podnosi!..

Narboneńczyk Leon czuje, że wolałby umrzeć, aby tylko nie słyszeć tych krzyków. Ale umrzeć inaczej... nie tak... nie tak.. Na chwilę odejmuje dłonie od oczu, ale nie patrzy tam — na środek ulicy ani na miarowo — przecież coraz wolniej — podnoszące się i wyrzucające kamień setki rąk... Patrzy na Gota Anaolzusa. Purpurowa zazwyczaj twarz mocnego wojownika — jeszcze przed chwilą taka sama zupełnie jak zawsze — bielsza jest teraz od tuniki Leona.

Potężna szczęka szybko się trzęsie, głośno szczękają wielkie, białe zęby.. W szeroko rozwartych oczach stygnie groza.

Wargi szepczą:

— Upada po raz trzeci.

**

Marcellinus delikatnie odwraca się. Merobaudes przymyka oczy. Rycymer spuszcza wzrok ku ziemi. Niech wie Aecjusz, że niczyje nieskromne, bezwstydnie ciekawe spojrzenie nie ośmieli się śledzić, jak opłakuje przyjaciela najpotężniejszy mąż cesarstwa. Łzy swobodnie potokami mogą spływać po grubo ciosanych policzkach, grzęznąć w kunsztownie utrefionej brodzie. Rycymer w duchu nie pochwala opłakiwania zasłużonej śmierci obmierzłego poganina — pysznego zuchwalca i niemal szaleńca... Ale i on myśli to samo, co dwaj przyjaciele: czyż może być większe szczęście nad zgon uczczony łzą Aecjusza?!

Na Forum Trajana wszczyna się ruch. Pół Rzymu już obiegła żałobna wiadomość o straszliwej klęsce i okropnej śmierci magistra equitum. Ku posągowi Konstancjusza szybkim krokiem zdążają: ulubieniec cesarza Wegecjusz Renatus, konsul Festus i magister officiorum. Nadjeżdża też Sekstus Petroniusz Probus. Po nocy pochmurnej następuje jasny, słoneczny dzień. Wszelki ślad łez natychmiast znika z twarzy Aecjusza. Podnosi dłoń na powitanie i mówi do Petroniusza Probusa:

— Proszę cię, Sekstusie, zawiadom w południe Pelagię. że wyjechałem.

— Dokąd?...

— Do Galii.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.