Aeciusz-10

5

W czasie gdy wysłaniec Placydii, Dariusz, czynił starania, by w obliczu wandalskiego niebezpieczeństwa doprowadzić do połączenia wojsk Bonifacjusza i Sygiswulta — świeżo przywrócony do łask i do dawnej swej godności comes Afryki znowu przybył do Kartaginy, mając przy boku spodziewającą się rychłego rozwiązania żonę. Pelagia nigdy nie chodziła do świątyń nicejczyków — jak ich nazywała — czyli prawowiernych, jak nazywali siebie sami — ustąpiła jednak mężowi w wyjątkowym wypadku (odbywały się żałobne modły za duszę matki Bonifacjusza) i zgodziła się towarzyszyć mu do Bazyliki Faustyńskiej. Tam też ujrzała obraz, który głęboko ją poruszył i dał wiele do myślenia: leżący w prochu wielki Teodozjusz Augustus, przybrany w purpurę i diadem, ze czcią całował nagie, pokrwawione stopy skatowanego, odzianego w łachmany, cierniem ukoronowanego — takiego biednego i budzącego litość i współczucie bez granic — Chrystusa! W pewnej chwili drgnęła z przerażenia: to, że tak patrzy na ten obraz — jest świętokradztwem, to zaś, co o nim myśli bluźnierstwem! Bo i jakże może porównywać się z Chrystusem?... Nie, nie... przecież ona się wcale nie porównuje!... rozumie tylko teraz Bonifacjusza i to, co oznaczało owo żarliwe całowanie jej nóg, powalanych nieraz piaskiem czy błotem... Oto jak najmożniejszy z ludzi wieczny Augustus imperator korzy się w prochu i całując stopy Chrystusowe, oznajmia tym swoją słabość i uległość wobec cierniem ukoronowanego, toż samo — taką samą słabość i uległość — ściele potężny comes Afryki pod stopy swej żony... Wychodząc z bazyliki, wciąż trzęsła się w trwodze: czy myśli jej nie są grzechem i bluźnierstwem? — ale zarazem cieszyła się bez miary: moc jej naprawdę podwójnie jest wielka, bo nie tylko sama z siebie płynie, ale pomnaża ją jeszcze słabość i uległość, jakie się lęgły w duszy wielkiego dostojnika, wodza i żołnierza... Teraz już on jej nigdy nie zwycięży — jest spokojna i pewna.

Ze spokojem też i ogromną pewnością siebie i swych możliwości wszczęła walkę o chrzest córki. Nie potrzebowała już nawet uciekać się do tej swojej potęgi, jaką czerpała z zupełnego braku potrzeb miłosnych — znała już wszystkie inne słabe miejsca Bonifacjusza i na nie też nacierała. Dopiero w okresie, gdy za słabym mężem niby potężny cień stanął ojciec Afryki Augustyn — na całe nieraz tygodnie poczęła pozbawiać Bonifacjusza możności zbliżenia się do niej. Wówczas też, na skutek wzmożonej w tej walce o córkę pobożności, postanowiła dążyć do tego, aby móc już w ogóle nigdy nie łączyć się z mężem w miłosnym uścisku. Nie odczuwała wprawdzie w tym łączeniu się żadnej występnej rozkoszy, żadnego skalania się ani grzechu — ale posłuszna zasadom wiary i świętej nauki o doskonałości, chciała małżeństwu swemu nadać kształty dziewiczego lub wdowiego związku przyjaźni, bardzo rozpowszechnionego w owych czasach. Dopiero w Rzymie jednak pragnienie jej zostało całkowicie spełnione: drogi przecież, którymi do tego celu doszła, były zupełnie inne, niż sobie wyobrażała.

W miesiąc po ucieczce Bonifacjusza z Afryki, a tuż przed mianowaniem go przez Augustę patrycjuszem odbyły się w Rzymie uroczyste zaślubiny córki jego (z pierwszego małżeństwa) z Sebastianem. Pelagia, która ogromnie nie cierpiała swojej pasierbicy, owego wieczora weselnego zastępowała jej matkę. Gdy odprowadzała ją do łożnicy, ze zdziwieniem spostrzegła, że młodziutka oblubienica — prawie zupełnie jeszcze dziecię — choć długie rzęsy ma skromnie opuszczone na oczy, rzuca przecież spod nich gorączkowe, podniecone spojrzenia, pełne zawstydzenia, ciekawości, niecierpliwości, ale wcale nie strachu i męki…„Rozpustnica... myśli, że czeka ją rozkosz" — pomyślała z gniewem Pelagia i uczuła niepohamowaną ochotę, by rozpustnemu niemowlęciu popsuć całą przyjemność oczekiwania... rozwiać wszystkie marzenia o rozkoszy.. Opowiedzieć jej wszystko, jak to jest naprawdę!... Już otworzyła usta. ale wnet się opanowała i powiedziała coś bardzo błahego ..Nie, nie powiem... nic nie powiem..." — pomyślała z zaciętym szyderstwem. „Niech sama się rozczaruje... niech sama rozpacza, daremnie szarpana tęsknotą i oczekiwaniem..."

Nie spała całą noc, wciąż myśląc z radosną złośliwością o pasierbicy, jej rozczarowaniu i zawodzie. Przed południem poszła ją odwiedzić, trawiona gorączką ciekawości. Zastała młodą małżonkę w gineceum: siedząc z nogami na niskim miękkim posłaniu, z kolanami wysoko podciągniętymi pod brodę, czytała jakąś książkę. Pelagia spojrzała na tytułową kartę i oniemiała ze zdumienia: był to ten sam Marcjalis, którego w Thamugadi ze wstrętem odrzuciła precz od siebie... Po chwili jednak uśmiechnęła się przyjaźnie i siadając obok rozpustnego niemowlęcia, utkwiła w twarzy pasierbicy wymowne a pełne powagi, macierzyńskie, pytające spojrzenie. Córka Bonifacjusza zarumieniła się, wypuściła kodeks z ręki i tuląc się do ramienia macochy, wstydliwie wyszeptała:

— Taka rozkosz, że słów nie mam...

Nie mogła kłamać; zaledwie bowiem wróciła pamięcią do wrażeń minionej nocy, natychmiast bladością silną okryła się młodziutka jej twarz... I nagle uczuła Pelagia, że sama też blednie...

Dnia tego Bonifacjusz o bardzo późnej wrócił godzinie do swej insuli, otrzymanej w darze od trzech wdów z rodu Paulinów Nie położył się przecież od razu do snu: nie czuł się znużony, choć od wczesnej rannej godziny był na nogach... Przechadzał się po swej sypialnej komnacie, podniecony i pełen gorączkowych a poważnych zarazem myśli: oto dowiedział się. że ma zostać patrycjuszem.. po raz pierwszy obecny był na radzie cesarskiej.. wracał wprost z Palatynatu.. Zgodził się wziąć na swe barki ciężar władzy.. Tak, czuje, że należy mu się, choć większa niż jego zasługi jest łaskawość i wspaniałomyślność Augusty. Ale czy podoła?... Doskonale zdawał sobie sprawę, że czeka go walka z Aecjuszem... A otóż właśnie i Aecjusz... lupus in fabuła! Tuż naprzeciw okna na skrzyżowaniu dwu uliczek stoi popiersie konsula na bieżący rok. Wpatrzony w szeroką, grubo ciosaną twarz Bonifacjusz, choć słyszy za swymi plecami cichy szelest nóg, nie odwróci się: to na pewno ktoś z cubiculariów... Ale oto czuje na swej twarzy dotknięcie dwu delikatnych, rozpalonych dłoni.. Zdumiony odwraca się... Boże, za cóż dziś taki nadmiar szczęścia?! Zatrząsł się cały. Stała przed nim Pelagia. Spojrzał jej w oczy i wyciągnął ramiona. Opętany radością, miłością, żądzą i dumą — aż do świtu nie wypuścił żony ze swych objęć. O świcie odepchnęła go gwałtownym ruchem ręki i syknęła przez zęby:

- Odejdź...

Od owej nocy aż do samej śmierci Bonifacjusz już ani razu nie zdołał zbliżyć się do Pelagii. Sam zresztą jej unikał, nie mogąc znieść dziwnego, wzgardliwego uśmiechu, który nie opuszczał kącików jej ust, ilekroć na niego patrzyła; Pelagia zaś, dopiero teraz naprawdę rozumiejąca wszystko, jeszcze gorliwiej oddała się cała sprawom swej wiary, przede wszystkim wychowaniu córki. Długie miesiące wdowieństwa żadnych nie obudziły w niej tęsknot i pragnień prócz tych, których źródłem była wiara i nauka Ariusza. Na miesiąc przed powrotem Aecjusza tak dalece żyła już tylko swą wiarą i pobożnością, że nawet o żądzach cielesnych, o Bonifacjuszu i swej pasierbicy myślała najzupełniej spokojnie, i to w najściślejszym związku ze sprawami ducha. Coraz bardziej była pewna, że to sam miłujący nade wszystko czystość Pan ziemi i nieba umyślnie takiego dał jej małżonka i tak pokierował jej życiem i sprawami ciała, by w nagrodę za pobożność jej i niezachwianą stałość w wierze uchronić ją przed wszelką pokusą. Nie myślała już, że rozkosz miłosna nie istnieje wcale; owszem, istnieje, ale jej nie dane było zaznać nieczystych tych upojeń, by niczym nie skalać wolnej od ucisku ziemskich namiętności — duszy.

Ale nigdy nie myślała, by ta miłosna rozkosz... owo nieczyste upojenie mogło być czymś aż takim, co odczula po zaślubieniu Aecjusza. Odtąd zaczęło się dla Pelagii inne, nowe, zupełnie do dawnego niepodobne życie... Cała była pełna miłości i nigdy tej miłości niesyta. Własne ciało wydało się nagle jej czymś zupełnie innym niż dawniej... W krótkim czasie poznała wszystkie troski, radości i tajemnice związane z tak ważnym (a jak poprzednio jej się zdawało: bezcelowym) dziełem pielęgnowania go, upiększania i uwydatniania tych jego powabów, które przede wszystkim budzą w ukochanym małżonku tak drogi jej a tak gorąco upragniony dreszcz miłosny... Nieraz poczęły jej się zdarzać dnie, które istniały po to tylko, by śledząc bieg mijanych godzin, rozkosznie marzyć o coraz to bliższej nocy. Trawiona miłosnym głodem lub przeciwnie, nasycona, osłabiona nadmiarem rozkoszy — coraz to więcej czasu spędzała najzupełniej bezczynnie; przy tym zaś coraz więcej godzin zabierały jej kąpiele, namaszczanie się, czesanie, strojenie — chwile więc, które mogła poświęcić pobożnym rozmyślaniom, rozmowom z diakonisami, przede wszystkim zaś córce i sprawie jej wychowania — z każdym dniem coraz się kurczyły. Nie zdawało się jej przecież, by zaniedbywała się w rzeczach wiary: codziennie na modlitwy tyle poświęcała czasu, co dawniej... składała wielkie ofiary na budowę nowej ariańskiej świątyni i co siedem dni każdego dnia Pańskiego — udawała się lektyką do kościoła Świętej Agaty. Rozumiała wprawdzie, że już nie może rościć praw do nazwy wybranego naczynia świętej czystości, ale czyż mało jest nabożnych, gorliwych i naprawdę świątobliwych matron, co roku obdarzających swych małżonków nowym niemowlęciem?! Wyrzuty, jakie przecież odczuwała przez kilka pierwszych tygodni, ustąpiły zupełnie owego dnia, gdy jak objawienia wysłuchała w kościele Agaty znanego jej dobrze, a nigdy dotąd nie budzącego głębszych rozmyślań — ustępu o godach w Kanie Galilejskiej. Czuła się nawet bardziej podniesioną na duchu niż dawniej: wierności jej dla nauki ariańskiej i wychowaniu córki wedle jej zasad nic nie zdawało się grozić ze strony Aecjusza. Wprawdzie w Rawennie — jak donosił jej zawsze przyjazny współwyznawca Sygiswult — senatorowie Bassus, Maksymus i Sekstus Petroniusz mieli ostrzegać patrycjusza, iż Placydia gotowa jest ukuć przeciwko niemu nową broń z nieortodoksyjności żony; małżonka zaś comesa Kasjodora umyślnie nie wraca do Rzymu, by uniknąć konieczności odwiedzenia heretyczki; Aecjusz jednak miał na to ze śmiechem i złością zarazem odpowiedzieć: „Dajcie mi spokój! Toż niewieście sprawy! Nic już nie macie ważniejszego?..."

Stosunek jego do ariańskiej gorliwości żony nie był dla niej przyjemny, ale nie był też niebezpieczny: nigdy z nią o tym bezpośrednio nie mówił, wyśmiewał się tylko ze świętej dla niej pamięci obdartusa Ariusza i na wpół poważnie groził, że wyrzuci z domu świątobliwe diakonisy. Równie jak Bonifacjusz drwiąco wspominał o słynnej dyspucie Maksymina z Augustynem — w przeciwieństwie jednak do pierwszego męża nie zdawał się wcale cierpieć, iż dzieli go od żony przepaść nie do przebycia — przepaść klątwy, jaką sobory rzuciły na naukę obdartusa i jego wyznawców…

Czym Aecjusz stał się dla niej — nie tylko dla ciała i potrzeb miłosnych, lecz i dla całej jej istoty, dla wszystkich jej myśli i wszystkich zakamarków duszy — zrozumiała, gdy wyjechał na całe osiemnaście dni do Rawenny Zrazu myślała, że czas ten minie szybko, będzie go bowiem mogła poświęcić córce i sprawdzaniu, czy ściśle wedle wskazań słynnego listu biskupa Maksymina wychowują dziecko piastunki, nauczycielki i diakonisy. Istotnie z prawdziwą radością spędzała całe dnie w towarzystwie dziewczynki, bawiła się z nią i kazała się obnosić po mieście w lektyce, pokazując dziecku wszystkie wspaniałości Romy, a głównie liczne posągi ojczyma. Ale trwało to nie dłużej niż cztery dni... potem ogarnęła Pelagię tęsknota tak wielka, że od świtu do zmierzchu błądziła po wszystkich komnatach jak posępny, żałobny cień — nocami zaś nie mogła zmrużyć oka, płakała lub jak na mękach przewracała się z boku na bok na miękkim, palącym posłaniu — najczęściej zaś zrywała się z łoża i znów błądziła jak widmo w blasku poświaty księżycowej, daremnie usiłując ślizganiem się bosymi stopami po zimnych płytach posadzki ochłodzić trawiący ją żar...

Aż wreszcie powiedziano jej, że przyjechał. Z radosnym okrzykiem zerwała się z ocembrowania sadzawki, gdzie siedziała, z trudem zmuszając się do łowienia złotych rybek, których mała koniecznie chciała dotknąć paluszkiem. Ale czemuż, skoro jest, nie przychodzi do gineceum?... Obrażona i rozdrażniona, postanowiła, że nie będzie próbowała widzieć go, aż sam do niej przyjdzie. Gdy jednak zapadł zmierzch, szybkim niespokojnym i radosnym zarazem krokiem ruszyła ku tablinum, gdzie miał samotnie siedzieć bez przerwy od samego prandium.

Trzewiki jej głośno dudniły po płytach posadzki, Aecjusz jednak nawet głowy nie odwrócił, gdy weszła do tablinum. Siedział, nisko pochylony nad małym stoliczkiem z brązu, z twarzą głęboko wtuloną w szerokie, połyskujące pierścieniami dłonie. Dopiero kiedy dotknęła go nieśmiało palcami, niechętnie odwrócił posępną, jakby opuchniętą nieco twarz.

Pytanie zamarło na ostach Pelagii. W oczach Aecjusza ujrzała łzy (Bonifacjusza nigdy nie widziała płaczącego!), dolna warga silnie się trzęsła Czując jednak na sobie jej wzrok, natychmiast się pohamował: wargi się zacisnęły — łzy znikły z oczu, jakby ich tam nigdy nie było... wyprostował się i zupełnie spokojnym, choć głuchym głosem rzekł w odpowiedzi na jej wystraszone pytające spojrzenie:

— Król Rugila zmarł... przyjaciel mój największy... Pono go piorun zabił w Tracji... Głupiec imperator Teodozjusz (Pelagia pobladła ze strachu: takie bluźnierstwo...) pisze, że to kara Boża... Za co? że najechał cesarskie włości!... Tym Teodozjuszom naprawdę się wydaje, że Boga coś obchodzą ich włości i majestat! Ale co będę o tym z niewiastą mówił... — Machnął niechętnie ręką.

Po chwil; siedziała już na jego kolanach. Gibkie ramiona pełnym tkliwości ruchem oplotły gruby, twardy jakby ze spiżu kark. Starała się go pocieszać, jak umiała. Choć O Rugili nic prawie nie wiedziała, zadawała pytania, jak gdyby to umarł ktoś bardzo jej bliski. Słyszała kiedyś od Bonifacjusza, że to najdzikszy i najokrutniejszy ze wszystkich władców barbarzyńskich, pan raczej demonów szkaradnych niż ludzi, postrach obydwu imperiów — skwapliwie jednak przytakiwała, gdy Aecjusz począł sławić mądrość i monarsze a żołnierskie cnoty swojego największego — jak uporczywie powtarzał — przyjaciela. Nieznużona i ani na chwilę nie przestająca płonąć ciekawością, wysłuchała kilkugodzinnej opowieści o życiu i czynach Rugili, o jego braciach i bratankach, o licznych żonach i nałożnicach — przede wszystkim zaś o dziejach przyjaźni, jaką darzył rzymskiego zakładnika, a potem wygnańca. Zdawało się, że Aecjusz prędzej zmęczy się mówieniem niż ona słuchaniem. Wreszcie gdy skończył, zjedli razem wieczerzę i poszli do łoża. Nadchodzący dzień powitali, tak jak spędzili całą noc: bezsennie. Gdy jednak Aecjusz podniósł się, by szybko się ubrać i udać do Wielkiego Cyrku na wyścig najznakomitszego z zielonych Rzymu ze słynnym gościem z Antiochii, noszącym barwy niebieskich — Pelagia patrząc na jego niewysoką, ale wspaniale zbudowaną postać, uczuła żal, że już jest poranek. Powiedziała mu to. Roześmiał się i zamyślił na krótką chwilę. Potem spojrzał na żonę z zagadkowym uśmiechem, który ją zdziwił, ale wcale nie zaniepokoił — i rzekł:

— Tracę przez ciebie najwspanialszy wyścig. Ale zostanę, skoro chcesz. Pod tym jednak warunkiem, że i ty dziś nie pójdziesz do kościoła Świętej Agaty.

Był dzień Pański. Ale był to pierwszy dzień po trzytygodniowej prawie rozłące z mężem. Tak, ale przecież od dwu lat już się nie zdarzyło, by w pierwszym dniu tygodnia nie poszła do kościoła! Zasłoniła twarz dłońmi i szybko wyrzuciła z siebie:

— Zostanę.

Wówczas Aecjusz nagi skierował się ku drzwiom i w języku Hunów krzyknął:

— Traustylo! Pójdziesz do Kasjodora i powiesz, że prefekt miasta ma ogłosić w cyrku, iż wyścig przeniesiony zostaje na jutro.

6

— Byłaś znowu w kościele Agaty?

Pod Pelagią ugięły się nogi. Trzęsącymi się dłońmi zasłoniła oczy. Nie mogła patrzeć na Aecjusza: nigdy nie widziała jeszcze tej drogiej twarzy tak do niepoznania zmienionej przez grymas straszliwego gniewu.

— Byłaś? pytam...

— Byłam — szepnęła, zdumiona i wylękniona.

Natychmiast się uspokoił.

— Dobrze, że mówisz prawdę. Niczego tak nienawidzę jak niewieścich wykrętów. Przynajmniej oszczędzisz sobie tego poniżenia, że każdy twój krok będą śledzić dobrze płatne dwunogie wyżły. Przebaczę ci teraz. Więcej już nie pójdziesz do kościoła Agaty

Chwilę patrzyła na niego nierozumiejącym spojrzeniem. Wnet jednak gniewnym ogniem błysnęły czarne afrykańskie oczy, kurczowo zacisnęły się pięści, ciemne czoło przecięły głębokie pionowe zmarszczki — w kącikach zaś ust zaigrał szyderczy uśmiech, ten sam, który ongiś tyle zwycięstw odniósł nad Bonifacjuszem.

— Pójdę! — krzyknęła.

Wzruszył ramionami

— Nie słyszałaś, com powiedział? Nie pójdziesz już do kościoła Agaty.

Tupnęła nogą.

— Pójdę!

Znów spurpurowiała mu cala twarz. Ale Pelagia już się nie bała. Znikł tylko szyderczy uśmiech z kącików ust — jeszcze gniewniej jednak błyszczały oczy. Widząc, że Aecjusz ruszył z miejsca i idzie wprost na nią, wysoko wspięła się na palcach i pochylając się całym ciałem naprzód, wparła przekrzywioną gniewem i uporem twarz nieomal w same nalane wściekłością oczy.

I tejże chwili runęła na posadzkę z okropnym krzykiem trwogi i bólu. Aecjusz zaś nie ograniczył się do jednego uderzenia ciężką dłonią w samo czoło, ale nachyliwszy się nad leżącą, począł bić ją po ramionach... po plecach... po karku...

Bijąc nie tupał nogami, nie przeklinał, nie krzyczał... Dopiero gdy uderzył ją po raz ostatni, zawołał głosem niemal już spokojnym i raczej szyderczym niż gniewnym — wciąż jednak jeszcze ciężko dysząc:

— Jam nie Bonifacjusz. Pelagio! Zapomnij o tych swoich sztuczkach i niewieścich sposobach, jakie miałaś na niego.. Jeśli powiedziałem: nie — nigdy nie mów już: tak — bo znacznie silniej cię zaboli i będziesz wyć, nie jęczeć... Czyś ty naprawdę myślała, że jako żona patrycjusza cesarstwa będziesz mogła wyznawać jawnie herezję i publicznie pokazywać się w ariańskim kościele? Nic dotąd nie mówiłem. bo miałem cię za mądrą niewiastę i myślałem, że sama to zrozumiesz.. Żałuję, że takimi oto sposobami muszę cię uczyć rozumu...

Usiadła na posadzce. Po obu policzkach spływały jej łzy, ale twarz wciąż miała jeszcze przekrzywioną raczej wściekłością i uporem niż bólem... gniewnie też połyskiwały dwa rzędy zaciśniętych oślepiająco białych zębów...

— Nie wiedziałam, żeś taki — syknęła — a powinnam była wiedzieć... Wszak to król Hunów był ci największym przyjacielem! Możesz mnie bić... możesz katować... zabić! Nie wyrzeknę się wiary...

Nagle coś sobie przypomniała i zerwała się na równe nogi.

— I któż to nagle robi się takim gorliwcem? takim gromem na heretyków?! — zawołała wzgardliwie. — Przyjaciel obmierzłych pogan... króla Rugili... Marcelina... Litoriusza... A czyż syn twój Karpilio nie rośnie na poganina wśród twych przyjaciół Hunów?! Cóż za żarliwość niespodziewana! Bij mnie, Aecjuszu! W najbliższy dzień Pański pójdę do kościoła Agaty...

Z oczu posypały się iskry... zachłysnęła się ostatnim słowem... krzyknęła... porwała się ręką za palący okropnym bólem policzek... Jak przez sen, słyszała jego słowa ,.Mów, co chcesz, ale w kościele Agaty nie śmiej już ani pisnąć!"... wciąż jednak nie przestawała gniewnie tupać nogami i krzyczeć:

— Bonifacjusz mnie nie oderwał od świętej wiary... ani sam nawet Augustyn... Nie oderwiesz i ty!

— Bonifacjusz, choć i wielkiego ducha mąż, niewolnikiem był łoża, a Augustyn to święty i uczony kapłan — żaden nie wiedział, jak trzeba zabrać się do krnąbrnej niewiasty... Ale ja wiem, Pelagio...

Odszedł zostawiając ją pogrążoną nie tylko w bólu, gniewie i bezsilnej wściekłości, ale też już w strachu i rozpaczy. Oto minęły dni szczęścia i beztroski — rozpoczęła się nowa walka, stokroć niebezpieczniejsza od dawnej, bo nie dająca jej w ręce żadnej broni przeciw wrogowi... Jak z nim walczyć?!... Ogłuszonej nieoczekiwanym, straszliwym natarciem, zupełnie opadły ręce. ...Tak, to nie Bonifacjusz! Przepłakała cały dzień i noc, gryząc w bezsilnej wściekłości tkaninę okrywającą wezgłowie... Nazajutrz jednak podniosła się z łoża, pełna nowych sił i twardych postanowień. posępna, surowa, gotowa do walki... Nie ustąpi!

Nie widziała go siedem dni. Szóstej nocy płakała już z innego niż przed tygodniem powodu. Ale rano kazała się ubrać jak najwspanialej i przygotować lektykę. Zaledwie jednak pomieściła się wygodnie na zawieszonym w powietrzu posłaniu, ujrzała przed sobą twarz Aecjusza.

— Gdzie się wybierasz?

Zbladła.

— Do kościoła Świętej Agaty — rzuciła przez boleśnie zaciśnięte zęby.

W okamgnieniu wyciągnął ją z lektyki, na rękach — jak dziecko — przeniósł opierającą się i krzyczącą przez perystyl, fauces i atrium... głową uchylił zasłony na drzwiach prowadzących do jakiegoś cubiculum... rzucił ją tam jak tłumok, potem wszedł sam i wzniósł rękę do ciosu... Przerażona, zamknęła oczy, ale Aecjusz nie uderzył, chwycił tylko za ramiona i trząsł nią tak długo, aż podniosła powieki i spojrzała mu w twarz. Zdawał się wcale nie być rozgniewanym czy choćby tylko wzburzonym. Głos jego brzmiał zupełnie spokojnie, gdy rzekł:

— Zobaczże, żarliwa i święta chrześcijanko, co warta jest twoja nabożność?! Numidyjczykom, którzy wszystko widzieli i słyszeli, jak krzyczałaś, trzeba będzie skręcić karki lub przynajmniej powyrywać języki... Na przyszłość, proszę cię, pamiętaj, że nikt nie śmie wiedzieć o jakichś niesnaskach patrycjusza cesarstwa z żoną, bo będzie musiał drogo za to zapłacić... Nie znasz mnie jeszcze, Pelagio — powtarzam więc: patrycjusz cesarstwa nie może mieć żony heretyczki i nic na to nie poradzisz...

Odpowiedziała mu głosem również nad podziw spokojnym:

— Gdybym wiedziała, że jesteś taki, nie poślubiłabym ciebie... Twój młody przyjaciel, poganin z brodą obmierzłego Apostaty, rzekł mi: „Aecjuszowi wiara jego nie przeszkadza miłować i cenić tych spośród przyjaciół i bliskich, którzy wierzą inaczej..." Czemuż więc stajesz się nagle gorliwcem, okrutnikiem i prześladowcą inaczej wierzących?... katem własnej żony?

Uśmiechnął się.

— Właściwie to się jednak nie pomyliłem: mądrą jesteś niewiastą, Pelagio... Powiem ci więc szczerze: duch mój i sumienie nigdy nie zaznały cierpień z tego powodu, iż wierzysz we współpodobieństwo — gdy wiara, którą ja wyznaję, twierdzi, iż należy uznać współistotność... Ale powtarzam: tyle trudów, walk i ofiar; i przelanej krwi kosztował mnie patrycjat, że zaprawdę byłbym najdzikszym barbarzyńcą lub największym głupcem, gdybym pozwolił go sobie wydrzeć — mniejsza o to: wraz z życiem czy bez życia — dlatego tylko, iż młodej pięknej kobiecie nie spodobały się artykuły nicejskiego wyznania wiary...

Gdy mówił te słowa, nie wierzył wprawdzie, by przez ariańskość Pelagii miał stracić z takim wysiłkiem i po tylu latach zdobytą nareszcie upragnioną władzę — doskonale jednak przypominał sobie wszystkie ostrzeżenia Bassusa i Sekstusa Petroniusza Probusa, wszystkie wcale nie zmyślone przez plotkarzy nadzieje, jakie Placydia wiązała z poślubieniem przezeń heretyczki... Dobrze wiedział, iż Augusta odbyła tajną naradę ze świętymi biskupami Rawenny, Rzymu, Ariminium i Mediolanu, którzy mieli wyrazić głośne oburzenie i wielki żal a zgorszenie z powodu grzesznej pobłażliwości pierwszego dostojnika Zachodu dla uporu żony-heretyczki, która śmie trwać w błędzie jeszcze długo po tym, jak raczył nawróceniem jej zająć się sam święty Augustyn hippoński... Doszła też uszu Aecjusza wiadomość o istnieniu bezimiennego rękopisu, wieszczącego rychły zgon nowego patrycjusza; autor rękopisu wyrażał niezachwiane przekonanie, że przypadkowa a okrutna śmierć Bonifacjusza nie była — jak to twierdzić miał jakiś pogański retor — jeszcze jednym przykładem bezmyślnego lub szyderczego okrucieństwa, jakie cechuje wszystkie bóstwa — lecz przeciwnie: sprawiedliwą, choć surową karą za pobłażliwość okazywaną żonie-heretyczce. Najbardziej jednak zaniepokoiły patrycjusza słowa Maksymusa, wyrzeczone podobno na posiedzeniu rady cesarskiej, jakie się odbyło w nieobecności Aecjusza w Rawennie nazajutrz po jego ślubie. Petroniusz, który znów się poróżnił z patrycjuszem, a zbliżył się do Augusty, miał przypomnieć, jak to Aecjusz w Galii, nie chcąc poddać się pod rozkazy Bonifacjusza, krzyczał do posłów: „Ja nie mam żony arianki... ja nie chrzciłem swego dziecka w heretyckim kościele!"

— Tak, Pelagio... Jutro przybywa do Rzymu żona Kasjodora i natychmiast po przyjeździe cię odwiedzi. Inaczej Kasjodor nie byłby już nie tylko moim przyjacielem, ale w ogóle już niczym... Ale na przyszłość nie może się powtórzyć, by małżonka podwładnego unikała towarzystwa drugiej po Auguście matrony Zachodu z powodu różnicy między współistotnością a współpodobieństwem...

Teraz uśmiechnęła się Pelagia.

— Widzę, że nie chodzi ci ani o Boga, ani o wiarę, ani rozumie się, też o mnie, Aecjuszu.. chodzi ci tylko o swój patrycjat... Jakżeż mogłam zapomnieć, żeś po to przecie jedynie ze mną się żenił, by mym bogactwem wesprzeć swą potęgę... Ale z bogactwa tego niewiele będziesz miał korzyści: wszystko zagarnął Gejzeryk... Ja zaś — powtarzam — wiary swej nie zmienię, ale i tobie utraty patrycjatu nie życzę... Jeśli więc inaczej być nie może, rozejdźmy się... Każdy biskup z radością uzna twe małżeństwo za niebyłe...

Ostatnie słowa wyrzucała z siebie szybko... jak najszybciej... jednym tchem... Robiła ogromne wysiłki, by panować nad drżeniem ust... by wprost nie wybuchnąć płaczem...

Aecjusz zaś przeczekał spokojnie, aż skończyła, i dopiero wówczas rzekł wzruszając ramionami:

— Jak chcesz, Pelagio... Jeśli ci cześć dla bonifacjuszowej pamięci i szacunek dla własnego słowa na to pozwala... Ale o tym pomówimy, gdy wrócę z Rawenny... Na razie będziesz miała dość czasu, by przyzwyczaić się do wszystkich rozkoszy samotności i wdowieństwa... I nie pójdziesz już więcej do kościoła Agaty... A święte diakonisy wypędziłem jeszcze wczoraj z domu, zresztą suto je obdarzywszy. Córkę zaś twoją na me życzenie odwiedził wczoraj diakon Leon i długo rozmawiał z dzieckiem o Bogu i Chrystusie. Z przyjemnością stwierdził, że mała wcale jeszcze nie dokonała wyboru między współpodobieństwem a współistotnością i bez trudu uwierzyła, iż Maryja Dziewica była Matką Bożą...

Natychmiast po wyjeździe Aecjusza do Rawenny Pelagia kazała zanieść się do kościoła Świętej Agaty. Zaledwie postawiła nogę na pierwszym stopniu, ujrzała przed sobą dobrze znaną wysoką postać setnika Optyli. Urodziwy barbarzyńca był gorliwym arianinem — pozdrowiwszy jednak małżonkę patrycjusza z najgłębszą czcią, oznajmił, iż nie dopuści, by weszła do świątyni. W głosie jego i postawie tyle było stanowczości, że zupełnie stropiona, nie upierała się wcale. Pozwoliła odprowadzić się do lektyki i kazała wracać do domu. Gdy już na Argilecie odwróciła nagle głowę, zobaczyła, że Optyla w towarzystwie trzech jeszcze Germanów, których nieraz widywała w kościele Agaty, konno posuwa się za lektyką w odległości jakichś pięćdziesięciu stóp.

— Chryste — szepnęła w najwyższym zdumieniu — czyżby dla nich wola Aecjusza więcej miała znaczyć niż Boża?!

6

Dawno minęła już północ. Pelagia jednak ani na chwilę nie zmrużyła jeszcze oka. Piąta to noc, jak odleciał ją zupełnie sen. Ale przez tamte noce przynajmniej jeszcze walczyła — teraz już nie przewraca się nawet w gorączkowym podnieceniu z boku na bok: leży bez ruchu na plecach, na próżno usiłując przebić wzrokiem zwały nieprzeniknionej czerni, zwartą masą walące się jej na piersi... na głowę... na całe ciało... na bezwolną już myśl... Nie widzi nawet siebie. „Może to i lepiej?" — przemknęło coś przez głowę i znikło. Usiadła na posłaniu. Potem zwiesiła z łoża nogi. Siedzi chwilę, mówi sobie: „Zaraz znów się położę". Szuka długimi palcami rozesłanej na posadzce tkaniny, wstaje i idzie. Nie sięga ani po okrycie, ani sandały. Idzie przez długi rząd ciemnych, pustych komnat boso, w samej tylko białej stoli. odsłaniającej całe ramiona, szyję i górne połowy piersi. Tak samo szła rano piątego dnia przed kalendami września pięć niespełna lat temu. Szła, by z triumfem nasyconej nienawiści rzucić w twarz Bonifacjuszowi żałobną dlań, a dla siebie radosną wieść o śmierci wroga Augustyna... wieść o wygranej przez siebie walce, która ostatecznie się skończy z odejściem ojca Afryki..

I oto znowu kończy się ostatecznie jej walka. Przez cztery miesiące nie wracał Aecjusz z Rawenny. Na początku piątego Pelagia wysłała do niego krótki list — tylko trzy słowa: ..Pragnę, byś wrócił" Pragnęło tego nie tylko jej ciało, bezbronne już na wszelki zew miłości — pragnęła także walcząca jeszcze wola: wiedziała, że im dłużej nie wraca Aecjusz, tym pewniejsza się staje klęska Pelagii. Aecjusz nie powrócił ani nie odpowiedział na list; kiedy jednak Pelagia wybrała się — po raz pierwszy od czterech miesięcy — do kościoła Świętej Agaty, na schodach nie spotkała już Optyli i nikt nie wzbraniał jej wejścia do świątyni. Nie mogła się jednak modlić. Wszystko — czego dawniej słuchała, na co patrzyła lub co szeptała z radością, zachwytem, upojeniem, a nieraz i ściskającym gardło łkaniem — wydało się teraz obojętnym i nużącym. przede wszystkim zaś dziwnie obcym i dalekim. Diakon Got. który przypominał jej ongiś archanioła Rafaela z dyptychów, tego dnia zdawał się być podobnym do Judasza Iskarioty z mozaik. Szybko opuściła kościół i co prędzej powróciła do domu. Od Aecjusza nie było żadnych wiadomości. Zaczęła wyjeżdżać w odwiedziny do mieszkających w Rzymie żon wysokich dostojników i zapraszała je do siebie. Któregoś dnia powiedziano jej, że może zobaczyć się z córką, której nie widziała już od wyjazdu Aecjusza — nauczyciele bowiem i wychowawczynie otrzymali surowy nakaz, by nie pozwalać małej na widywanie się z matką. Kierowana raczej długoletnim przyzwyczajeniem niż istotną ciekawością Pelagia wszczęła z nią rozmowę o Bogu i świętej wierze: dziewczynka — jak się od razu pokazało — ogromnie postąpiła naprzód. Chrystusa jednak uporczywie nazywała Synem Bożym, współistotnym Ojcu, a wymawiając imię Maryi Dziewicy, ze czcią podnosiła oczy ku niebu i dodawała greckie słowo: Theotokos. Matka pożegnała ją bez gniewu, ale też bez wielkiego żalu — wróciła pospiesznie do swych komnat i rzuciła się na łoże, starając się o niczym nie myśleć. Ze wszystkich jednak zakamarków pamięci wypełzły wspomnienia. Szybko zerwała się i poszła do innej komnaty — ale tylko w myśli!.. Nie ruszyła się już z miejsca i sama poczęła dopomagać pamięci. Odtąd nie zmrużyła już oka. Po dwu bezsennych nocach dowiedziała się, że Aecjusz powrócił. Minął jeszcze cały wieczór i długa, najokropniejsza ze wszystkich noc, a on nie przychodził. Z radością. jakby cudem wyrwana piekłu, witała nadchodzący dzień. Aecjusz jednak znów się nie pojawił. Gdy zapadły ciemności. Pelagia zrozumiała nie tylko to, że może być noc stokroć okropniejsza od poprzedniej, ale i to również, iż każda następna będzie niewspółmiernie straszliwsza i okrutniejsza od każdej minionej. I oto piątej nocy podniosła się z łoża i idzie.

W jednej z komnat wisi na ścianie mały, nikłe światło rzucający kaganek: zdejmuje go i słabym żółtym blaskiem toruje sobie drogę... przynajmniej siebie widzi...

W pewnej chwili serce jej uderza głośniej i gwałtowniej: wie już, że Aecjusz zamknął się w komnacie, do której nigdy nie pozwalał jej wchodzić. Oto widzi już sączące się przez szpary światło. Wcale się nie waha: bezszelestnie posuwa się naprzód i szeroko otwiera wielkie dwuskrzydłowe drzwi. A teraz, jeśli coś czuje, prócz radości i dziwnego a rozkosznego oszołomienia, to chyba jeszcze tylko podziw. Na środku komnaty stoi w pełnym świetle Aecjusz. Hun Traustyla naciera swego pana obficie zwilżoną sztuką grubego szorstkiego płótna. „Chciał znowu pracować całą noc" — myśli Pelagia i to właśnie napełnia ją podziwem.

Nagle przymyka oczy. Zaraz gniew odmieni do niepoznania kochaną twarz... Jak śmiała przyjść?! Precz!... A może zacznie bić?... Najważniejsze jednak jest przecież to, że może przysiąc, iż niczego jeszcze — prócz ich dwu — w tej komnacie nie dostrzegła...

— Wejdź, Pelagio... Chcę ci złożyć życzenia...

Bierze ją delikatnie za rękę i prowadzi do szerokiego, zawalonego tabliczkami i zwojami stołu. Traustyla znikł, jakby pod ziemię się zapadł.

— Spójrz na te gryzmoły — mówił Aecjusz — na to wielkie G i szkaradne r... To własnoręczny podpis króla Gejzeryka — więcej wart niż cała biblioteka Ulpiana... Trygecjusz wrócił z Afryki... Pokonałem drapieżnika, który jeszcze dziś jest twoim współwyznawcą, Pelagio... Pokój zawarty... Gejzeryk. który nie przegrał ani jednej bitwy zgodził się przysiąc na foedus, dostaje Mauretanię, Sitifensis i część Numidii... Trzy czwarte twoich włości odzyskałem. Pelagio...

Wzrok jej szybko porzuca podpis tak niedawno jeszcze gorączkowo czczonego wroga — brata..., króla — żarliwca. co walczy z tymi jeno, na których Bóg się gniewa... W komnacie nie ma nic niezwykłego prócz jakichś dziwnych zbroi i ogromnego białego posągu, którego oblicze tonie w ciemności. Pelagia rzuca na męża pytające spojrzenie

— Nie poznajesz? — uśmiecha się Aecjusz. — Przecież to jest najszlachetniejszy z Rzymian... najwspanialszy z mężów... twój małżonek Bonifacjusz...

Pelagia wcale się nie spieszy, by oglądać unieśmiertelnioną w marmurze piękną, szlachetną twarz pierwszego męża. Głowa jej opada bezsilnie na ramię Aecjusza. Szerokie, szorstkie ręce otaczają ją troskliwym, delikatnym ruchem.

— Wszak i ja się stęskniłem za tobą, Pelagio — jak przez mgłę słyszy jego głos. — A ty, niemądra, mówiłaś, byśmy się rozeszli... Teraz już nie powiesz tego?... Teraz już wszystko będzie tak, jak powinno być, nieprawdaż?...

— Tak jak powinno być... — odpowiada jak w półśnie. I nagle budzi się, zachłyśnięta bezmiarem rozpalającej całe ciało i krew szczęśliwości — drgający namiętnością głos Aecjusza mówi:

— Proszę cię, zdejm tę szatę, Pelagio...

Z radością, pospiesznie zrywa z siebie stolę i bezwładna — ale zupełnie inną niż poprzednio bezwładnością — osuwa się do jego stóp. Pod jednym ze swych kolan, pełna radości, czuje mocno napięte, gorące palce jego nogi... piersią wspiera się o jego kolana... Nagle z sykiem gaśnie lampa... Ale nie jest ciemno... Do komnaty ciśnie się szarość przedświtu... wszystko staje się szare...

Tak, teraz Pelagia wszystko już rozumie. Oto spełnienie owego dziwnego snu, jaki miała w dniu bitwy pod Ariminum. Jakże mogła nie poznać wówczas tak dobrze znanej sobie z dyptychów i popiersi twarzy! I jakżeż nie poznała dotąd tej piersi szerokiej, potężnej, włochatej... ani całego tego wspaniałego ciała!?... W godzinie przedświtu wszystkie większe przedmioty wyglądają jak groźne, posępne zwały wielkich szarych głazów, a małe — jak samotne ostre kamyki. I wszystko jakby spopielone i spowite dziwną mgłą...

Teraz już umyślnie, przypominając sobie szczegóły snu, wsuwa głowę między szeroką dłoń a potężną pierś... Wszystko się spełniło: wygnano ją z jej raju, nie płacze jednak... nie rozpacza... nie walczy... czuje się już tylko znużona, gdy myśli o przeszłości... Jedno, co ją cieszy w tej chwili osamotnienia... w chwili oderwania się od wszystkiego, czym dotąd była — to ich nagość... nagość pierwszych ludzi...

Aecjusz podnosi się... Bierze ją na ręce i niesie jak dziecko... Nie ugina się pod ciężarem... stąpa krokiem pewnym, sprężystym... Rozumie się: mocna jego stopa nie boi się przecież ani szarych grudek ostrego żwiru ani złośliwych kamieni-samotników...

Nagle staje, podnosi ją wysoko, niemal do poziomu swej głowy... Huśta rozognione ciało w ramionach i zwalnia uścisk dłoni, jakby groził, iż ciśnie ją zaraz... ciśnie na szary żwir... na szare ostre kamyki... na straszne głazy...

— Uczynisz tak, jak przystoi żonie patrycjusza?... Nim zwiśnie bezwładnie na jego rękach — raz jeszcze wypręży się cała i zachłyśnie własnym słowem:

— Uczynię wszystko, co zechcesz.

7

—Rzekłem: oto dzień po dwakroć uroczysty... Cóżem rzekł, o najmilsi bracia i siostry?... Nie po dwakroć bowiem ale zaprawdę po trzykroć...

W szczelnie wypełniającym nową Bazylikę Liberiańską tysiącogłowym tłumie poruszenie. Mężczyźni i kobiety — starcy i dzieci — ochrzczeni i katechumeni — senatorowie, urzędnicy, wojskowi, kupcy i najliczniejsi humiliores — wszyscy jak jeden człowiek kierują ku kazalnicy jedno tysiącookie pytające, zdziwione, niemal zaniepokojone spojrzenie. Tłum nie lubi niejasności — szczególnie niejasności niespodzianych... Cóż to może znaczyć, że mądry i uczony diakon Leon poprawia sam siebie i powiada, że dzień to nie po dwakroć. ale po trzykroć uroczysty?!... Wszak wszyscy wiedzą, że święta Ofiara, którą oto po raz pierwszy w świeżo wzniesionej bazylice odprawia mąż apostolski Sykstus, jest ofiarą podwójnie — nie, potrójnie — dziękczynną... Nie pojmują więc— tym bardziej, że przed chwilą sam diakon Leon wyjaśniał wiernym, za jakie to łaski należy się Chrystusowi od nich owo podwójne — nie, potrójne przecież — dziękczynienie...

— Pierwsza łaska — mówił — ta jest, iż podobało się Panu naszemu w niebiesiech przychylnym spojrzeć okiem na to, że w tym oto roku czterysta trzydziestym i piątym od wcielenia Jednorodzonego Syna Jego, na tym oto wzgórzu eskwilińskim stanął nowy wspaniały dom Pański na większą Boga naszego chwałę a ku czci Maryi Matki Jego i dla uwiecznienia pamięci świętego męża apostolskiego, biskupa Romy, Liberiusza... Któż bowiem śmie powiedzieć, iż niemiłą lub choćby obojętną jest Panu ta oto korna ofiara nasza?... Czyż bowiem nie sprawił, wspierając wszechmocną swą wolą słabe siły nasze — iż żadne trzęsienie ziemi ani razu nie poruszyło murów ni rusztowań?... że żaden lud barbarzyński ani żadna dłoń świętokradcza nie sięgnęły po skarby, ochotnym sercem ze wszech stron do świątyni znoszone?!... Więcej powiem, bracia: żaden malarz ani snycerz, ani murarz, w najwyższym i najniebezpieczniejszym miejscu pracujący — nie spadł z rusztowania, nie rozbił sobie głowy, nie złamał ani nie zwichnął ręki ni nogi... Nikt też czy to nieudolnością, czy niedbalstwem nie zeszpecił, nie zepsuł, nie zmarnował swojej ni cudzej roboty... Nie widomaż to opieka Boża?... nie łaska oczywista, za którą Chrystusowi jak najgorętsze należą się od nas podzięki?!...

Jaka zaś jest ta druga łaska, za którą Chrystusowi dnia owego należały się dziękczynienia — dobrze wiedziały nie tylko zgromadzone w bazylice tłumy, ale prawie cała już Italia... Wszak oto oktawa nie minęła jeszcze, jak wrócił z Afryki do Rzymu prześwietny Trygecjusz przywożąc radosną nowinę, iż trzeciego dnia przed idami lutego zawarł w Hipponie pokój ze straszliwym drapieżnikiem, istnym szatanem w ciele najdzikszego barbarzyńcy, królem Gejzerykiem.

— Niech cię Chrystus błogosławi, Trygecjuszu — szepczą wszystkie usta w Bazylice Liberiańskiej. — Oto nie grozi już Italii ani najazd, ani głód... Wstrzymał swe zapędy okrutny barbarzyńca... ukorzył się przed majestatem imperium... cofnął chciwą łapę, którą już kładł na numidyjskie i byzaceńskie zboże...

Spojrzenia wszystkich obecnych w kościele mkną ku senatorium, gdzie w pierwszym rzędzie, na prawo, tuż obok wejścia do prothesis, siedzi mąż, co ocalił spichlerz Italii...

Większość przecież wiernych — szczególnie spośród honestiorów — wie, iż Trygecjusz to tylko zręczne a skwapliwe narzędzie cudzej woli, potężnej woli patrycjusza cesarstwa. „Chwałaż więc niech będzie, cześć i podzięka najchwalebniejszemu Aecjuszowi" — z rozczuleniem i zachwytem myślą gęsto stłoczeni w nawie urzędnicy, żołnierze, nawet rzemieślnicy, przede wszystkim zaś właściciele jugerów żyznej ziemi w Afryce i kupcy zbożowi. ,,O ileż potężniejszy jest od Bonifacjusza, którego zaprawdę nie ma czego żałować... Dwa razy nas głodził, a w końcu byłby całą Afrykę zaprzepaścił... Ani porównywać go z Aecjuszem! Bo i jakież to porównanie być może, skoro straszliwy Gejzeryk, co Bonifacjusza wciąż bił a bił, tak się Aecjusza bez jednej bitwy nastraszył, że choć zwycięzca — od razu na pokój i foedus przystał?! Zaiste, gdy się ma takiego patrycjusza. można się nie obawiać najazdu ani głodu..." Świadomość, że pod rządami Aecjusza nic złego stać się nie może ani cesarstwu, ani Miastu, ani nikomu z osobna, przepełniłaby serca zgromadzonych w Liberiańskiej Bazylice wiernych uczuciem całkowitej szczęśliwości, gdyby nie zawód, którego doznali i który budzi w nich rozżalenie na uwielbianego patrycjusza: oto wszyscy jak jeden mąż byli pewni, że ujrzą najchwalebniejszego w kościele — nie mogli bowiem sobie wyobrazić, aby mógł nie przybyć do świątyni, gdzie odprawia się dziękczynną Ofiarę z okazji jego przecież zwycięstw!... Nie chcieli wierzyć, że jeszcze onegdaj wyjechał do Rawenny, i raz po raz — z nowym przypływem nadziei — pożerali chciwym wzrokiem oddzielone kolumnami od nawy senatorium. Niewielu tylko wiedziało, że nieobecnego patrycjusza — jako przedstawiciele jego osoby i władzy — zastępują comes Kasjodor i najprześwietniejszy Herkulanus Bassus, od powrotu Aecjusza ponownie — po siedmioletniej przerwie — piastujący godność prefekta pretorium Italii. Kasjodor — w pancerzu, nagolennikach i wojskowym płaszczu — uosabiał władzę wojskową patrycjusza; prefekt pretorium — cywilną.

Po lewej ręce Bassusa siedział Sekstus Petroniusz Probus. Wzrok obydwu z niesłabnącym zaciekawieniem błądził po całym kościele — po absydzie, prezbiterium, nawach, po wspartym o potężne kolumny architrawie — najczęściej zaś powracał do licznych malowideł, a przede wszystkim do wspaniałej mozaiki, prawie w całości złożonej z obrazów poświęconych czci Maryi Dziewicy jako Matki Bożej — Theotokos. Bassus z pewnym wewnętrznym niepokojem patrzył na Zwiastowanie, na Ofiarowanie i Sen Józefa, na Rzeź Niewiniątek i Pokłon Trzech Króli. Zasady wiary, ogłoszone niedawno przez sobór w Efezie — jeśli i nie napotykały w jego myśli i sercu otwartego oporu — z wielkim przecież trudem ledwie torowały sobie do nich drogę... Zagadnienie jedności Osób w Chrystusie na mniejsze stosunkowo próby wystawiało prawowierność prefekta pretorium: choć bowiem — znając język grecki — bezpośrednio zapoznał się ze stanowiskiem Teodora z Mopsuecji i w dużej mierze sam je podzielał, nie mógł przecież oprzeć się przekonaniu, że wywody patriarchy Cyryla w większej są zgodzie z Pismem, przynajmniej z jego literą; trudniej natomiast było mu uwierzyć, iż Maryja Dziewica była matką nie tylko Chrystusa-człowieka, ale i Matką Boga... Zbyt głęboko zapadł mu w myśl i serce okrzyk herezjarchy Nestoriusza; „Nie mogę uwierzyć, by Bóg mógł mieć dwa lub trzy lata!" — toteż patrząc na ową część mozaiki, która przedstawiała różowiutkie dziecię — Jezusa, przyjmujące w Egipcie korne pozdrowienie najmędrszego Afrozydjusza — nie mógł pohamować mimowolnego dreszczu: jakże łatwo jest wpaść w herezję!... I złożywszy głowę na marmurowych stallach, począł cicho się modlić: „O łaskę wiary proszę cię, Panie..."

Sekstus Petroniusz, choć wpatrzony w te same co Bassus obrazy, daleki był od pokrewnych choćby myśli. Gdyby go prefekt pretorium zapytał, czy wierzy w Maryję Theotokos i w całkowite zespolenie Bóstwa z człowieczeństwem w Chrystusie, zdziwiony odpowiedziałby, że wierzy w powagę soboru, a więc i we wszystko, co sobór uchwali. Wierzy także i w to, co przedstawia oto ten obraz na lewo: dopóki Aron i Hur podtrzymywać będą wzniesione wysoko ramiona Mojżesza, póty nie wydrą Amalecyci zwycięstwa wybranemu przez Boga ludowi. Dlaczego? Sekstus Petroniusz ma krótką odpowiedź, której nauczyła go w dzieciństwie matka — wówczas gdy często bawił się z chłopcami-poganami: ,,U Boga nie będzie żadne słowo niepodobne..." Toteż z niezmąconym spokojem patrzył na mozaikę i malowidła. słuchając jednocześnie słów diakona Leona:

— Czemu zaś po trzykroć uroczysty jest ów dzień dzisiejszy?... Oto dlatego, najmilsi, że zawierając zaszczytny pokój z wściekłym łupieżcą i mężobójcą Gejzerykiem, święcimy zwycięstwo nie tylko nad nim i nad jego ludem, ale i nad obmierzłą herezją ariańską... Oto za co winniśmy Chrystusowi dziękczynienia i ofiary, a modły za tych, których wolą i czynem pokój ów stanął... Chwała im i pokój Boży po wszystkie dni niechaj będzie z nimi! Wiem, bracia. że niejeden z was myśli teraz: ,,Zaiste, cóż to za triumf wiary prawdziwej nad herezją, skoro zwyciężyliśmy heretyków dłońmi i mieczami takoż heretyckimi". O najmilsi moi, zali naprawdę myślicie, że posługując się pomocą najemnego żołnierza-heretyka, tym samym już pokój zawieramy z herezją i z nią się bratamy?!... Zaprawdę, kto tak myśli, bluźni tak samo, jakby rzekł: „Bóg z szatanem się brata". Albowiem czyż nie posługiwał się Pan nasz Niebieski szatanem, gdy taka była Jego święta wola?... czyż nie oddał w ręce Złego sługi swego wiernego Hioba? — po co?... by Jego Boskim służył celom? A czyż Zbawiciel nasz, wypędzając szatanów z opętanego, nie kazał im wejść w wieprze, i nie usłuchali go tak, jak nasi heretyccy żołnierze słuchają nabożnych, prawowiernych magistrów i comesów?! Bracia i siostry — herezja — oto wróg najstraszniejszy... gorszy niż głód, najazd barbarzyńców, zaraza i śmierć sama... Strzeżcie się jej, najmilsi! W to jeno wierzcie, czego sobory święte nauczają... to potępiajcie, co one przeklinają... I módlcie się zawsze: „Panie, zetrzyj herezję i heretyków z oblicza okręgu ziemskiego... Niech tylko jedna będzie wiara, jedna nauka Boża — prawowierna, katolicka — ta właśnie, o której powiada święty mąż Wincenty z Lerynu:

,,Quod semper, quod ubique, quod ab omnibus creditum est..." Co więcej powiem o heretykach, bracia moi?!... Oto iż gorsi zaprawdę są od pogan... Bo czymże są poganie, jak powiadał święty patriarcha Jan konstantynopolski?... Oto są jak dzieci bezrozumne, niezdolne pojąć tego, co najważniejsze, jedynie ważne jest w życiu ludzkim... A obmierzli heretycy...

Słowo zamarło mu na ustach. I jednocześnie głośny szmer przeleciał przez całą bazylikę. Z wspaniałego kurulnego krzesła, umieszczonego na podwyższeniu między ołtarzem a absydą, z trudem, ale skwapliwie podnosił się biskup Romy Ksystus, podtrzymywany przez biskupa z Portu Damazusa i młodego diakona Hilariusza. Całe senatorium jak jeden mąż zwróciło głowy ku widnemu w głębi perystylowi, skąd przez narthex wchodziła do nawy małżonka patrycjusza cesarstwa trzymając za rękę kilkuletnią dziewczynkę.

Tłumy rozstępowały się ze czcią i podziwem, zostawiając pośrodku kościoła szerokie wolne przejście. Pelagia jakby płynęła nim, ani na chwilę nie odrywając oczu od różnobarwnych płyt posadzki.

Sekstus Petroniusz nachylił się nad uchem prefekta pretorium.

— Oto największy triumf Aecjusza — szepnął, pełen podziwu. — Zaprawdę potrójnie zmazana już hańba przegranej pod Ariminum. Czego Bonifacjusz nie dokonał, uczynił Aecjusz... Odniósł najwspanialsze zwycięstwo... pokonał kobietę.

— Dwie kobiety, mężu prześwietny... Spójrz na najprześwietniejszego Paulina...

Wzrok Sekstusa Petroniusza skierował się tam, gdzie mu wskazywał Bassus: senator Paulinus, nieprzejednany wróg Aecjusza jako przyjaciela heretyków i pogan, oziębłego w wierze i siejącego zgorszenie — patrzył na kroczącą przez kościół Pelagię przyjaznym, zachwyconym spojrzeniem. Zaprawdę, jakże szlachetny i godzien czci najwyższej jest najchwalebniejszy patrycjusz cesarstwa: odwdzięczył się Bonifacjuszowi za szlachetność tym, co dla zmarłego największą byłoby radością: nawrócił wdowę po nim na prawdziwą wiarę!

Z trudem hamując wzruszenie i radość, diakon Leon usiłował dokończyć kazania. Nie mógł przecież oprzeć się wrażeniu, że nie mówi już do senatorów, do nabożnych matron ani do stłoczonych tłumów... mówi tylko dla tej samotnej — dobrze czuł, jak bardzo samotnej — kobiety idącej środkiem świątyni.

— Pan odwróci najszlachetniejsze duchy od herezji i zgorszenia wszelakiego... Wskaże, gdzie wiara prawdziwa... W kanonach świętych soborów... Ten, co w nie wierzy, błogosławiony będzie — dziecię prawe Pana i Kościoła...

— A teraz spójrz na Maksymusa — szepce Bassus. Sekstus patrzy na krewniaka. Śmiertelnie blady Petroniusz Maksymus, nie ukrywając już wcale rozżalenia i niemal wściekłości, drze w zębach białą trójkątną chustkę.

— Przegrali — nachyla się znów nad Bassusem Sekstus Petroniusz. — Augusta przegrała ostatnią stawkę... Zaprawdę masz słuszność, najprześwietniejszy Herkulanie... To nie jest zwykłe zwycięstwo, choćby i największe... To podwójne zwycięstwo... Po dwakroć uroczysty triumf...

Bassus patrzy na biskupa Ksystusa, na diakona Hilariusza, na oniemiałą z podziwu i radości twarz młodego kapłana z »Tres tabernae« Lucifera i z trudem hamując uśmiech, myśli: „Oto zaiste dzień po czterykroć uroczysty".

Pelagia wchodzi poza stalle i szybkim, stanowczym krokiem podąża ku stronie Ewangelii, ku matroneum. Na twarzach żon dostojników i senatorów maluje się zdziwienie, zmieszanie, nawet niezadowolenie. Oto żona patrycjusza idzie, by zająć pierwsze miejsce w pierwszym rzędzie — tuż przed ołtarzem.

Wysoko, wysoko wzbije się dźwięczny, potężny głos diakona Leona:

— I to jest prawdziwa Boża nauka... Tak pouczył o Chrystusie Panu naszym święty sobór w Nicei...

Pelagia, podtrzymywana przez żonę Kasjodora, osuwa się na klęczki przed stołem Ofiarowania.

— Ale ci — grzmi z kazalnicy Leon — którzy mówią:

„Był czas, kiedy Go nie było" albo: „Nim się stał, nie było go", albo: „Nim został wcielony, nie istniał" i utrzymują, jakoby Syn Boży był stworzony — zaprawdę niech będą przeklęci!

Nad kornie pochyloną Pelagią biskup rzymski Ksystus drżącą ręką czynił znak pasterskiego błogosławieństwa.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.