Aeciusz-1

Parnicki Teodor

Aecjusz ostatni Rzymianin

 

 

ROZDZIAŁ I

CZŁOWIEK TRZECH ŚWIATÓW

1

Stary diakon nie miał wątpliwości: tak, to sam Zły sprzymierzył się przeciw niemu ze słońcem, wodą i piaskiem! Po stokroć przeklęta, bluźniercza jego mądrość zwęszyła już, że zmorzonemu całonocną modlitwą słudze Bożemu ciąży nieznośnie głowa i nielitościwie kleją się zaczerwienione powieki — nuże więc do dzieła! Niech wszystkimi porami sączy się do ciała wraz z ciepłym i słonecznym światłem słabość niezmożona... miękki, sypki, ciepły, ale gdzieniegdzie jeszcze przyjemnie wilgotny piasek nadbrzeżny, niech szczelnie oblepi strudzone członki rozkosznym rozleniwieniem... niech przedziwną kołysanką odezwie się jednostajny, śpiewny szmer rzeki...

Zwyciężył Zły — diakon zasnął. Nie zdołał dokończyć opowieści o zaginionej owcy i Dobrym Pasterzu i Aecjusz nie dowie się, dlaczego nigdy nie powinien ciskać kamykami z procy do ptaków i małych zwierząt, tak jak to czyni zezowaty siostrzeniec starszego dekuriona.

Ale Aecjusz wcale nie zdaje się tym martwić: zaledwie usnął nauczyciel, a chłopak już się tarza nagi po nagrzanym piasku z dwoma czarnymi kociakami, radosnym dźwięcznym śmiechem wtórując ich cichemu radosnemu mruczeniu. Po chwili nie odróżnisz już, gdzie chłopak, gdzie kociaki: miauczenie i śmiech zlewają się w jeden mocny, żywiołowy krzyk szczęśliwości, bijący wysoko w niebo ponad twardo śpiącym, suchym jak mumia diakonem i skłębioną na piasku żywą masą.

Lecz piasek i kociaki niedługo bawią Aecjusza: wnet pionowa bruzda ostro przecina chłopięce czoło. Coś sobie przypomniał i oto pełen zdecydowania, skupienia i najpotężniejszej z wszystkich uczuć — ciekawości, wspina się już odważnie i uparcie na biały grzbiet kamiennego lwa, skąd, przyłożywszy dłoń do czoła, można będzie ujrzeć północny brzeg Danubu, gdzie pono mieszkają płomiennowłose olbrzymy żywiące się czerwoną krwią i białym mózgiem takich jak on pięciolatków... Zezowaty siostrzeniec dekuriona zaklinał się na kratę świętego Wawrzyńca, że właśnie stąd, z wysokości lwiego grzbietu, widział, i to nieraz, olbrzymów i ich ogniska. A więc Aecjusz również będzie ich widział!

Trzy razy spadał już, nie mogąc znaleźć punktu oparcia na gładkiej, śliskiej kulistości lwiego zadu. Ale wspina się znowu: nagie małe ciałko sprężyste jest i silne ponad wiek, ale jeszcze silniejszy jest upór.

I oto już siedzi dumnie zwieszając gołe, pokrwawione nogi ponad kamiennymi bokami, w załamania kamiennej grzywy kurczowo wpijając drobne, posiniaczone dłonie.

Pod wystającymi żebrami serce bije gwałtownie i głośno. Wysokość, na której się znalazł, wydaje się tak zawrotna, że oko za nic nie odważy się spojrzeć w dół. Patrzy przed siebie. Patrzy uparcie, chciwie... Lecz poza bezmiarem wód widać tylko mgłę... nic prócz mgły, białej, zwartej, nieprzeniknionej jak mur. Chwila bolesnego rozczarowania, ale zaraz potem nagły, radosny, rozkoszny skurcz serca: płomiennowłose olbrzymy zgadły, że jeszcze maluczko, a ożyje kamienny lew, zaryczy przyjaźnie do dzielnego młodocianego jeźdźca i jednym susem śmignie przez Danub niosąc na swym grzbiecie nowego herosa — pogromcę olbrzymów... (mściciela pożartych mózgów i wychłeptanej krwi rówieśników!

Zgadły i drżąc ze strachu przed Aecjuszem i lwem schroniły się za murem z mgły.

Ale jeżeli są takimi tchórzami mimo swego ogromu i płomiennych włosów — jakże się to stało, że jeden z niech przepłynął cały szeroki Danub, niespostrzeżony wydostał się na brzeg i nagle dopadł wroga z tyłu, podstępnie, po tchórzowsku... Długie, ciemne, kościste jego ręce obejmują już wpół chłopięce ciało, ściskają i ściągają z wysokości... odrywają od grzbietu wiernego przyjaciela, bojowego towarzysza — lwa... Aecjusz broni się, wali na oślep piętami, gryzie suche, brązowe jak pergamin, dziwnie znajome dłonie i nie chce wierzyć, że to nauczyciel-diakon, zbudzony głośnym wołaniem aecjuszowej matki, usiłuje zsadzić go z kamiennego grzbietu

A matka istotnie woła, w glosie zaś jej, tak dobrze znanym, brzmią tony tak dziwne, tak nowe, nieodgadnione i nigdy nieprzeczuwane, że Aecjusz w okamgnieniu zapomina o olbrzymach: śmigłe stopy z niewiarygodną szybkością pędzą przez duży ogród, krwawym śladem znacząc ścieżki, grządki i trawę, po chwili dudnią już na marmurowych schodach perystylu i nagle unoszą się w powietrze: piękna młoda kobieta tuli drobne, zupełnie nagie ciałko do bujnych, ciepłych matczynych piersi

Nim ukryją się oczy w fałdach rozkosznie szeleszczącej srebrnotkanej szaty, spostrzegą ze zdumieniem, że perystyl natłoczony jest obcymi ludźmi, tak jak nigdy dotąd nie bywało.

— Raduj się, oczko moje... są wieści od ojca... radosne wieści... Wieczny Teodozjusz Augustus i prześwietny Styliko. i twój ojciec rozgromili pogan... ze szczętem!... Właśnie ósmego dnia przed idami... pamiętasz? — tego dnia, kiedyś sobie podbił oko!... Początkowo zwyciężali bałwochwalcy i ciężko było naszym, ale w nocy wieczny Augustus modlił się i rozmawiał z Chrystusem i pytał: „Jakżeż to, Panie? Wszak jesteś najpotężniejszy... jesteś wszechmogący... my za ciebie walczymy, a ty miast nam — wrogom naszym i swoim wrogom dajesz zwycięstwo?!..." I wysłuchał go Chrystus i posłał przeciw poganom wichry, lasy i góry... Rozbił ich do cna... Eugeniusz zabity... Arbogast nie żyje... Dwadzieścia... słyszysz, synku?... dwadzieścia tysięcy pogan legło na polu i już nie wstanie!...

I to huśtając syna w mocnych ramionach, to znów tuląc go do piersi, po raz dziesiąty opowiadała rozgorączkowanym głosem o zwycięstwie Chrystusowych pod Akwileją. Zgromadzeni tłumnie mieszkańcy Durostorum, prócz wieści z pola walki, po raz dziesiąty musieli wysłuchiwać nadto, jak to po bitwie prześwietny Styliko przyprowadził przed oblicze wiecznego Augusta skromnego setnika, całego umazanego krwią, i padając wraz z nim na twarz przed majestatem, zawołał: „Oto najodważniejszy z odważnych. Panie nasz... Oto ten, co najwięcej zdziałał dnia dzisiejszego..." I uświęcona dłoń wiecznego Augusta spoczęła łaskawie na ramieniu skromnego setnika Gaudencjusza.

— Twego ojca, oczko moje... twego ojca... Duma rozpierała jej serce: wiedziała, ze cale Durostorum zazdrości jej teraz... nie, cała Mezja... cały Wschód! Piękna jej twarz promieniała szczęśliwością i triumfem na samą myśl, co powie teraz jej dumna rodzina, która za hańbę imienia rodowego poczytywała poślubienie możnej Italijki prostemu żołdakowi z Mezji. „Teraz inaczej będziecie mówić o tym »żołdaku«" — szeptała do siebie, tym bardziej upojona szczęściem i dumą, im smutniejsze były przepowiednie rodziny co do przyszłych losów tej szalonej miłości i niedobranego małżeństwa. „Teraz dla was będzie zaszczytem, iż jedna spośród was wyszła za Gaudencjusza, bohatera Akwilei" — myślała.

— Matko, ile to jest dwadzieścia tysięcy? Myśli chwilę.

— Tyle, co w Dzień Pański widzisz przed bazyliką, i drugi raz tyle, i trzeci, i czwarty...

Aecjusz znów zaszywa się twarzą w srebrnotkane fałdy.

O ileż potężniejszy od niego jest Chrystus! Przypomniał sobie: zezowaty siostrzeniec dekuriona cały dzień polował z procą na zwinne zwierzątko z wielkim puszystym ogonem, biegające po drzewach z niewiarygodną szybkością. O zachodzie słońca zniechęcony porzucił procę.

Aecjusz podniósł ją, ukrył na piersiach, nie rozstawał się z nią przez całą noc, aż do świtu nie zmrużył oka, a gdy cisnąć się poczęły do cubiculum pierwsze blaski dnia, uciekł do ogrodu. Cały dzień nie jadł, nie pił, nie dał się wykąpać. nie słuchał Bożej nauki diakona — czatował na śmigłe zwierzątko. Osiemnaście razy celował w nie i chybił... wreszcie po dziewiętnastym wyrzuceniu kamienia ujrzał u swych stóp skrwawione, nieruchomo leżące zwierzę: leżało na wznak, ze skurczonymi nóżkami, podwiniętym puszystym ogonem, wypiętym brzuchem i zeszklonymi oczkami. Aecjusz czuł się triumfatorem... Czymże był wobec niego dziewięcioletni, duży, aż dotąd podziw tylko budzący zezowaty siostrzeniec dekuriona?!...

Ale czymże on sam jest wobec Chrystusa, który lasami, górami i wichrami poraził dwadzieścia tysięcy?!... Aecjusz wyobraził sobie wielkie pole i moc nieruchomo leżących wojowników: wszyscy na wznak, ze skurczonymi nogami, wypiętymi brzuchami i zeszklonymi oczyma...

— Tak, tak, wysoko teraz zajdzie setnik Gaudencjusz — mówił starszy dekurion miasta Durostorum. opuszczający natłoczony perystyl w towarzystwie naczelnika straży miejskiej i starego diakona.

,,Widocznie wrzawa, dochodząca z perystylu, zagłusza odpowiedź... zresztą, nietęgie mam ucho" — pomyślał po chwili, nie dopuszczając myśli, by to, co on, starszy dekurion, rzekł, mogło pozostać bez odpowiedzi.

Ale tamci obaj naprawdę nic nie odpowiedzieli: naczelnika straży nic nie obchodził setnik Gaudencjusz, a przy tym, choć już sześć lat temu zrzucił z siebie szatę katechumena, w głębi duszy pozostał przecież czcicielem starych bogów. Toteż gdy mający wielką ochotę na pogawędkę dekurion, nie zrażony brakiem odpowiedzi, ciągnął dalej: „Ale Chrystusowi to naprawdę winniśmy posty i dziękczynienia, i nową bazylikę na forum... bazylikę Zwycięstwa... wykończyliśmy bowiem pogan, co się zowie" — naczelnik straży nie mógł zdobyć się na nic prócz bladego uśmiechu i dosyć niewyraźnego przytaknięcia. Co jednak przede wszystkim niepomiernie zdziwiło czcigodnego ojca miasta Durostorum, to milczenie wielebnego sługi Bożego, który przecież powinien był napełniać ulice i fora głośnym: „Hosanna!" i „Alleluja!" Stary zaś diakon, choć istotnie szczerze i gorąco cieszył się ostatecznym, jak wierzył niezłomnie, triumfem Krzyża nad pogaństwem, szedł milczący, ze spuszczoną na piersi głową: serce ściskał mu żal na wspomnienie, jakim radosnym, dzikim ogniem płonęły oczęta jego ulubieńca Aecjusza, gdy matka opowiadała mu, iż całe dwadzieścia tysięcy na śmierć bezlitośnie poraził Chrystus... Ów Chrystus, o którym diakon nauczał chłopca, iż Jego Boskie serce Dobrego Pasterza boli nie tylko śmierć, ale najmniejsze cierpienie, zadawane najlichszemu nawet stworzeniu...

 

 

2

Chciwym, nienasyconym wzrokiem pożerał ludzi, domy, drogę, rzekę. Był w Rzymie... w prawdziwym Rzymie... w starym Rzymie! Serce pod niebieską tuniką głośno i niemal boleśnie wybijało rytm ulubionych wierszy:

Tu regere imperio populos, Romane, memento,

parcere subiectis et debellare superbos...

Z daleka widać już Kapitel. Białe marmury to na pewno albo Jowisz Kapitoliński, albo zamek, albo świątynia Junonis Monetae... Rozgorączkowana myśl wyprzedza wzrok: Aecjuszowi zdaje się, że widzi Skałę Tarpejską... Raz po raz ściąga lejce, hamuje konie i zwraca się do nadążającego w następnym rydwanie ulubionego nauczyciela-gramatyka:

— A to co jest? A to? Czy to nie teatr Marcellusa czasem? Czy prędko zajedziemy na Forum Trajana?

Gramatyk uśmiecha się: jest zadowolony i dumny ze swego ucznia. Nauczył go skandować heksametry i subtelnie modulować wszystkie odcienie przebogatej skali horacjańskiego wiersza. Wyposażył go, nie uciekając się do znienawidzonego podręcznika Donata, we wszystkie skarby najdostojniejszej z siedmiu sztuk wyzwolonych i nie wątpi, że Aecjusz, nawet ze snu zbudzony, bez zająknienia wyrecytuje na wyrywki każdy żądany ustęp z »Eneidy« lub »Metamorfoz«. Takie bowiem było życzenie prześwietnego comesa Gaudencjusza, żołnierza, ledwie umiejącego odróżnić poezję od prozy.

Na pewno przecież nie było życzeniem comesa Gaudencjusza, wsławionego pogromcy wrogów Krzyża pod Akwileją, aby pierworodny syn jego wraz ze wszystkimi tajnikami gramatyki i filozofii przejął od swego nauczyciela tęsknotę za owym dawnym, przez chrześcijan przeklinanym światem starorzymskim, który wydał te wszystkie przepiękne poezje i pełne mądrości pisma prozaików; który stworzył potęgę Romy i panowanie wilczego plemienia Kwirytów nad całym orbis terrarum. Trzynastoletni syn gorliwego żołnierza Chrystusowego i szczerze pobożnej matki dzięki swemu nauczycielowi nie uważał bogów Olimpu i mitycznych herosów za szkaradne demony — przeciwnie, opuszczając przed dwoma miesiącami port pirejski, długo nie schodził z pokładu mimo chłodnej i wietrznej pogody, jakby urzeczony nadziemskim — jak mu się zdawało — blaskiem bijącym od z dala widnego ostrza włóczni bohaterskiej Pallady Promachos. Gramatyk pamiętał, że w ciemnych oczach chłopca malowało się wówczas takie samo wzruszenie jak teraz, gdy pyta, czy bliscy są już Forum Trajana...

— Mamy jeszcze sporo czasu... Wszak nie jesteśmy nawet jeszcze w mieście... Dopierośmy minęli Naumachię Augusta. — Uśmiecha się.

Aecjusz wybucha gorączkowym zachwytem: jeżeli przedmieścia są takie piękne, jakież będzie właściwe miasto?!

Jadąca z nim razem w rydwanie matka wzrusza ramionami: tysiąc razy woli Nowy Rzym. Jakież piękne jest Augusteum z widokiem na pałac i hipodrom!... A wysadzane, jak drogocennymi kamieniami, willami senatorów wzgórze nad przystanią Hormisdasa?... A kościół proroka Samuela?! Tak, tam, w Nowym Rzymie, nad Bosforem, naprawdę się czuje, że się jest w stolicy chrześcijańskiego cesarstwa. A tu na każdym kroku ślady pogańskich wszeteczności. Oto znowu. Chryste, daruj... przebacz grzesznym oczom...

Szybko ze wstrętem odwraca twarz, czyniąc znak krzyża. Wjeżdżali właśnie na most Gracjana. Głęboko w dole, pod stopami ich leniwie wlokły się mętne, żółtawe wody Tybru, opasujące wysepkę z piękną świątynią Eskulapa. Dokoła świątyni było rojno i gwarno, tak jakby nie utonęły już dawno w przeszłości czasy Dioklecjana i Juliana.

— Nie pojadę tędy.

— Ależ, matko...

— Nie. nie jadę... Zawracaj, Aecjuszu. Nie zapomniałam jeszcze, że bratowa mojej ciotki zginęła na arenie za Chrystusa...

Musieli zawrócić znowu na Via Portuensis, by dopiero przez most Sublicius przedostać się do miasta. Aecjusz oddał wodze staremu słudze, Trakowi, a sam przeniósł się do rydwanu powożonego przez gramatyka.

— Musisz mi wszystko, wszystko objaśniać... wszystko pokazać... nic nie opuścić!... — woła, a oczy płoną mu jak w gorączce.

Teraz już każdy zakręt, każdy dom, każdy niemal kamień odzywa się w myśli i sercu spiżowym echem wergilańskiego heksametru, owidiuszowej elegii, liwiuszowej prozy.

Forum Boarium... Velabrum... Bazylika Julijska... Świątynia Kastora... ta mała, okrągła, z kolumnami to Westa... Tam na prawo ciemne mury świątyni Wielkiej Matki i Porta Mugonia... A tam naprzeciw Złoty Dom Nerona!... Rzym... prawdziwy Rzym... stary Rzym!...

Mocne ramiona unoszą chłopca wysoko nad ziemią, obejmują go wpół, przyciskają twarz do szerokiej piersi, chłodzą rozpaloną głowę zimną stalą pancerza...

— Nareszcie... nareszcie jesteście...

Aecjusz badawczo, trochę spode łba ogląda całą postać od długich lat nie widzianego ojca. Czerwona krótka tunika, gołe kolana, pancerz nabijany złotymi krążkami z podobizną Honoriusza Augusta, kunsztownie rzeźbiony hełm z wysoką czerwoną kitą... Wszystko tak, jak powinno być... Tylko twarz, niepodobna zupełnie do żadnej z tych sławnych, starych, uwiecznionych w brązie lub gipsie... brodata twarz mezyjskiego chłopa...

— Chodź, Aecjuszu — powagą i namaszczeniem rozbrzmiewa tak dawno nie słyszany głos — najprześwietniejszy Flawiusz Styliko pragnie cię zobaczyć.

Bierze chłopca za rękę. Wzrokiem badawczym, skupionym, choć i nie umiejącym udać surowości, ogląda go od ciemnych włosów do niebieskich trzewików. I wnet rozpromienia się w szerokim uśmiechu brodata chłopska twarz: comes Gaudencjusz jest zadowolony z wyglądu syna.

Co przede wszystkim przykuwa wzrok, to mieniąca się mnóstwem barw mozaikowa posadzka, w każdej z mijanych komnat inny obraz przedstawiająca: oto pojedynek poetycki Marsjasza z Febusem... oto psy Diany, goniące Akteona... oto Oktawian August zamykający podwoje janusowej świątyni... Należy iść ostrożnie... uważać, by nie dotknąć czasem stopą podobizny Augusta... A oto walka Horacjuszów z Kuracjuszami, kara Danaid, Dedal i Ikar, gotujący się do odlotu... Na lewym skrzydle Ikara spoczywa wielka stopa, obuta w czerwony, złotem sznurowany trzewik. Nad stopą wznosi się gruba, ale wysoka i zgrabna łydka, do połowy naga, obrośnięta gęstym rudawym włosem, krótkim, widocznie niedawno golonym.

— Bądź pozdrowiony, Aecjuszu — rozlega się głos przyjemny, niemal miły i przyjazny, ale jakoś dziwacznie przeciągający dźwięki.

Chłopiec przenosi wzrok z subtelnego profilu Ikara na szeroką (szerszą niż u ojca!) czerwoną, grubo ciosaną twarz wysokiego, barczystego męża, odzianego w szafranowej barwy tunikę i złotą klamrą spięty ciemnozielony płaszcz, sięgający do kolan. Dolną część twarzy wraz ze szczękami okrywa gęsta jasnorudawa broda, krótkie jasnorudawe włosy odsłaniają czoło wypukłe, ale wysokie, wsparte jak na archiwolcie na ostro wygiętych łukach krzaczastych brwi, spod których spoglądają na Aecjusza przyjazne, roześmiane niebieskie oczy. Pokryta pierścieniami ręka czule ściska drobną dłoń szczupłego wyrostka w jasnoniebieskim odzieniu.

— Spójrz, Aecjuszu — rozlega się głos ojca, jeszcze poważniejszy, jeszcze bardziej namaszczony — spójrz, przypatrz się i nie zapomnij nigdy. Stoisz przed najświetniejszym Flawiuszem Stylikonem, największym wodzem, najmędrszym mężem, moim i twoim dobrodziejem...

Uśmiechając się jeszcze przyjaźniej Styliko puszcza rękę wątłego wyrostka.

— Podejdź do Aecjusza, synu mój — mówi jeszcze dziwniej przeciągając dźwięki — podejdź i uściśnij jego dłoń. Na dzielnego wyglądasz mi chłopca, Aecjuszu... chciałbym, byś był równie niezbędnym i oddanym towarzyszem Eucheriusza, jak ojciec twój jest moim...

Aecjuszowi prawdziwą przyjemność sprawia mocno (na pewno boleśnie!) ścisnąć dłoń cherlawego chłopca. Znowu spode łba patrzy w śmiejącą się doń brodatą twarz i przypomniawszy sobie nagle nauki gramatyka, z niechęcią myśli:

„Barbarzyńca".

3

W atrium monotonnie pluszcze fontanna. Aecjusz z rękoma założonymi na plecach wielkimi krokami dorosłego mężczyzny po raz setny już chyba przemierza odległość od popiersia Honoriusza Augusta do wysokiej czarnej urny z czerwonymi sylwetkami ostrobrodych szybkobiegaczy.

Spoza czerwonej zasłony dolatują ściszone głosy, ojca i czyjś obcy.

— ...i nim słońce zajdzie, będzie po wszystkim...

— Szaleniec... szaleniec...

— Tak jak tu przed tobą stoję, Gaudencjuszu, stałem o szóstej godzinie przed Sarusem... Got rwał na sobie włosy, rozdzierał szaty... „Dwa tysiące ludzi — prawił — stoją w pogotowiu... czekają jeno na znak... Chodziłem, upraszałem, błagałem... Nic..." Rozumiesz, Gaudencjuszu — czyż to zaprawdę nie dziw nad dziwy?... Barbarzyńca, którego za trzy — cztery godziny czeka miecz, nie chce ratować swego życia... nie chce pomocy swych współplemieńców — towarzyszy, bo uważa, iż dla dobra cesarstwa... dla dobra Romy nie powinno się wywoływać rozruchów... Niepojęte...

— Zaprawdę, niepojęte...

Milczenie.

Duże stopy siedemnastoletniego Aecjusza coraz to szybciej zagarniają białe, czarne i czerwone płyty posadzki.

— A ty co przedsięweźmiesz, Gaudencjuszu?... Głos ojca, raz cichy, niski, to znów wysoki, cienki, aż śmieszny, miesza się i załamuje co chwila.

— Przeklinam dzień dzisiejszy... lepiej by mi było lec z chwałą pod Akwileją... nie spałem całą noc... To wszystko takie niepojęte... takie trudne... za trudne, za ciężkie na mój żołnierski łeb... Ale skoro taka jest wola Wiecznego Augusta...

W atrium Aecjusz aż do krwi gryzie grube, mięsiste wargi. Szeroka dłoń uchyla purpurowej zasłony.

— Ojcze...

Wolny, niepewny krok. Duże, niekształtne chłopskie ucho nachyla się aż pod same wargi młodzieńca.

— Ojcze... co będzie ze Stylikonem?

Wzruszenie ramion, bezradne i jakby pełne boleści.

Szybko, szybko płynie struga szeptu:

— Aż do południa prawie chronił się w kościele... myślał, że go świętość miejsca ocali. Przychodzili doń przyjaciele, towarzysze, podwładni... Mówili, że go nie dadzą... że wyrok wiecznego Augusta tyle dla nich znaczy, co nic... mówili, że jeśli zechce...

 

— Wiem, co dalej... Ale co będzie?...

Wymowne spojrzenie ku czerwonej zasłonie rozciągniętej z góry nad atrium.

— Rozumiem... Styliko woli oddać głowę, byleby tylko nie wywoływać rozruchów... Takim kosztem nie chce ratować swego życia... Czy ty byś tak samo postąpił, ojcze?

Gaudencjusz milczy. Szeroka brodata twarz rozpływa się w uśmiechu.

— Nieprawdaż?... Ja bym też tak nie postąpił, ojcze...

I nagły wybuch:

— Ale czemuż to ty, drogi ojcze, comesie Gaudencjuszu, nie ratujesz swego przyjaciela i dobroczyńcy?... Czemu siedzisz z założonymi rękami oczekując przeklętej godziny?... Daruj, ojcze — możesz mię ukarać, ale musisz wysłuchać, co ci powiem... musisz: Flawiusz Styliko to ostatnia rzymska tarcza... to jedyny nasz obrońca przed Gotami... gdy potoczy się jego głowa, co będzie z nami? co z Rzymem?... Czyż ty tego nie rozumiesz, ojcze?... i czyś nie obiecywał pod Pollencją umrzeć z nim razem?...

Gaudencjusz słucha spokojnie. Nie ma ochoty karać syna. Przeciwnie, klepie go szeroką dłonią po ramieniu. I uśmiecha się, jakby porozumiewawczo.

— Tak. tak Aecjuszu... prawdę mówisz... Styliko to mój dobroczyńca, przyjaciel... to ostatnia tarcza Rzymu... Mówisz, żebym ratował go... A czyż go nie ratują?... Ratują, tylko sam nie chce... Słuchaj, synu: któż to są ci, którzy chcą go ratować?... Wspólplemieńcy — barbarzyńcy, co by chcieli widzieć w osobie jego syna barbarzyńcę na tronie Augustów... A kim my jesteśmy?... Rzymianami, którzy nie chcą widzieć purpury na ramionach barbarzyńcy... I kim jeszcze?... Chrześcijanami, prawowiernymi, którzy nie chcą, by przy tronie i w wojsku panoszyli się poganie i heretycy...

I dlatego... tylko dlatego mówię, że niech świętą będzie wola wiecznego Augusta... Jam nie niewdzięcznik... Pragnąłbym, by Styliko się uratował — nie dlatego, by ratować Rzym — sami go obronimy! — ale tak... z wdzięczności i przyjaźni... Ale skoro nie chce...

Monotonnie pluszcze fontanna.

4

Aecjusz z trudnością powstrzymuje się, by nie wybuchnąć płaczem. Do bólu zaciska zęby, zaciska pięści i głęboko, boleśnie wpija się paznokciami w delikatny naskórek dłoni. Nie, nie może płakać — wszak jest już mężem, nie dzieckiem... Co innego ten tu obok... senatorski syn, któremu łzy ciurkiem spływają po obu policzkach. To jeszcze chłopię — szesnastolatek. Ale oto i ten rówieśnik jego, na prawo, cala pięść wsadził sobie do oka... Ale też i jest czego płakać, czego bać się, przed czym drżeć... Co z nimi będzie?... Co z nimi będzie?...

I już, już chce dać Aecjusz upust fali łkania, dławiącej mu gardło, gdy nagle przychodzi opamiętanie. Jest Rzymianinem, jest synem słynnego wodza, znajduje się tu dlatego, ponieważ ród jego uznano za godny, by i w ten także sposób przysłużył się Rzymowi. Nie, nie zobaczy król barbarzyńców łez syna Gaudencjusza.

A król barbarzyńców jakby umyślnie uparł się, aby wycisnąć łzy z oczu barczystego młodzieniaszka o niskim czole i pochmurnym, spode łba spojrzeniu. Ogląda go od głowy do stóp jak konia, którego chciałby kupić... świdruje zimnym, przenikliwym, lekko szyderczym spojrzeniem bardzo jasnych błękitnych oczu. Również i najbliższy towarzysz królewski, mąż jego siostry, urodziwy Ataulf, przenikliwie a z nieukrywaną ciekawością — ciekawością dzikusa! — przygląda się młodym chłopcom rzymskim z pierwszych rodów stolicy. I inni także — wodzowie i wojownicy, wszyscy niebieskoocy, odziani w skóry, brzydko pachnący, wąsaci, płowowłosi lub rudzi...

Rudzi — płomiennowłosi! Natarczywie wsuwa się pod czaszkę, pod język zeschnięty, pod gardło i bez tego już łkaniem dławione, nagle wskrzeszone wspomnienie dzieciństwa: północny brzeg Danubu... na północy płomiennowłose olbrzymy żywiące się białym mózgiem i czerwoną krwią rzymskich dzieci!...

Ale sam król barbarzyńców jest raczej płowy niż płomiennowłosy — ze stojących zaś na drewnianym stole mis i dzbanów poznać można, iż zdaje się woleć czerwone wino i tłustą wieprzowinę niż dziecięcy mózg i krew.

Chwała Chrystusowi! Mrożące spojrzenie niebieskich oczu ześlizguje się z twarzy Aecjusza i zamiera, stokroć zimniejsze, stokroć bardziej szydercze i bezlitosne, na białych jak ich togi obliczach najprześwietniejszych dostojników i senatorów.

— Przyszedłem, by pomścić haniebne i podstępne zgładzenie najprześwietniejszego Stylikona, jedynego, który godzien był być moim wrogiem... — mówi król kalecząc bezlitośnie, nie śmiesznie już, ale niesamowicie, język Rzymian, — Na razie jednak poniecham was... tak, z przyjaźni do waszego plemienia... Zakładnicy — rzucił znów okiem na Aecjusza i innych chłopców — ci, co tu są, wystarczą. Ale dacie mi jeszcze...

Zastanawia się chwilę, unosząc ku niebu zimne spojrzenie jasnych oczu. Aecjusz słyszy, jak pod białymi togami kołacą jak na alarm serca senatorów.

— Dacie mi... niewiele... złota pięćdziesiąt setek funtów...

Zagina mały palec.

— Srebra ze trzysta setek funtów... Szat oto takich — kładzie palec na piersi prefekta Jana, przyjaciela Gaudencjusza — czterdzieści setek... i czerwonego sukna, takiego, co to wieczny Augustus raczy nosić, trzydzieści setek...

Patrzy na swe palce: cztery zagięte, tylko gruby krótki kciuk kołysze się jeszcze nad piersią Jana.

— To dacie jeszcze pieprzu trzydzieści setek funtów i dosyć będzie — kończy potrząsając zamkniętą już pięścią.

Młody Herkulanus Bassus. któremu nie tylko policzki, ale i wargi zbladły na kolor togi, patrzy błagalnie na Jana. Prefekt trzęsącą się dłonią czyni znak krzyża i zdławionym, ledwie dosłyszalnym głosem wyrzuca z siebie:

— A nam? co nam w takim razie zostawiasz, szlachetny królu?...

Nad zimnymi jasnymi oczyma wysoko unoszą się w górę puszyste brwi. Potężne ramiona znieruchomiały skrzyżowane na piersiach. Gruba dolna warga wydęła się udając pogardliwe zdumienie.

— Wam? — cedzi przez oślepiająco białe zęby król Wizygotów Alaryk. — Wam przecież zostaje wasze życie... Mnie ono na nic nie jest przydatne...

5

Rozkoszny cień, jaki rzucają potężne kolumny świątyni Veneris Erycinae, coraz to groźniej kurczy się z każdym ułamkiem chwili, żarłocznie wysysany przez nielitościwy skwar italskiego południa. Aecjusz zdejmuje z głowy płócienny pileolus i wspaniałomyślnie oddaje go złotowłosemu wartownikowi, dla którego południowe słońce to tortura nie do zniesienia. Czwarte już południe od chwili, jak pod naporem setek muskularnych barbarzyńskich ramion z łoskotem runęła Salariańska brama — strzelista zaś Via Salaria żałosnym jękiem zawtórowała dudnieniu tysięcy muskularnych barbarzyńskich stóp.. Czwarty już dzień potężny słup ognisty, znamię zniszczenia, unosi się nad wspaniałymi ogrodami Salustiusza, śląc kłęby dymu daleko poza Alta Semita — teraz zaś znów wystrzela nagle płomień nad ogrodami Waleriuszy; spod frontonu Veneris Erycinae widać go doskonale.

Czwarty już dzień gospodarują Wizygoci w Wiecznym Mieście — i nic się nie stało. Żaden geniusz opiekuńczy Romy nie zstąpił z nieba z ognistym mieczem pomsty, żaden piorun Boży nie poraził zuchwałej głowy Alaryka Balta. Morze nie przerwało, rozwścieczone, zamulonego portu w Ostii, nie runęło potopem na pohańbione miasto — nawet Tyber nie popłynął wstecz i nie wystąpił z brzegów, by w cudownie wezbranych i zbałwanionych swych wodach utopić najeźdźców — świętokradców. Tak samo jak dawniej kołysały się beztrosko na wietrze ostro wystrzelające ku niebu szczyty smukłych cyprysów, tak samo jak zawsze szemrała wesoło woda w fontannach — sami tylko ludzie wodzili od czterech dni dokoła siebie pełnym lęku i zgrozy, obłąkańczym spojrzeniem, niezdolni uwierzyć, by to, co się dzieje, miało dziać się naprawdę, a nie w koszmarnym tylko śnie.

Czyż bowiem naprawdę jest to możliwe?... czyż można w to uwierzyć? Roma... niezwyciężona, niezniszczalna, nieśmiertelna Roma — urbs aeterna, gniazdo wilczego plemienia, stolica i władczyni orbis terrarum — bezbronnym łupem barbarzyńców?!... Zaprawdę wybija już chyba godzina Sądu Ostatecznego... czekać jeno ostatniego znaku... czekać wołania! Słyszycie?... Nie jestże to głos trąb archanielskich?... Zamierają serca, zimny pot spływa z czoła, w niejedną zaś duszę zstępuje spokój i ulga: zaiste lepiej, by nic istniał już wcale świat po shańbieniu Rzymu...

Aecjusz jednak wie, że trąby, których głos dochodzi od Porta Milliarensis, to królewskie wizygockie trąby, nie archanielskie. Dwuletni pobyt w obozie Alaryka odsłonił przed nim wszystkie osobliwości życia barbarzyńców, tajniki ich duszy i obyczaju, sposoby władania i walczenia — przede wszystkim zaś tak dalece oswoił go z mową gocką, że złotowłosy wartownik, któremu młody zakładnik oddał swój pileolus, nie jest w stanie uwierzyć, iż to Rzymianin prawdziwy, nie Got w cesarskiej służbie. Jego jedynego też spośród wszystkich powierzonych swej pieczy zakładników i brańców obdarza przyjacielskim niemal zaufaniem, zwierzając się ze swych niepokojów. Oto istotnie najszczęśliwsze to dni jego żywota, a radość i duma rozpierają mu serce na myśl, że to jego właśnie lud... jego król — pierwszy wszedł w mury stolicy świata, ale czy czasem naprawdę nie jest czyn ów świętokradztwem?... czy rozgniewany Bóg, Pan świata, nie odwróci swego oblicza od nabożnego plemienia Gotów i nie ześle nań klęski i zniszczenia?... Każdy bowiem, najlichszy nawet pachoł w wojsku króla Alaryka wie, że Rzym to miasto, szczególnie miłe Niebu... Prawda to, choć i dziwnym się wydaje, ale szczera prawda: wszak nigdy, nigdy noga zdobywcy nie przestąpiła granic miasta, nigdy żaden wróg nie ośmielił się pokusić zuchwale o wtargnięcie do Romy — czyż nie wyraźna to, choć i dziwna a niezrozumiała opieka Boża?... Chyba że przeciwnie — nie Bóg, jeno złe duchy opiekują się tym miastem — toż to jeszcze gorzej!... Złotowłosy wartownik blednie i drżącą dłonią czyni znak krzyża — jakże mógł dotąd o tym nie pomyśleć?... Dopieroż będą teraz rozwścieczone demony czy eony, czy jak ich tam nazywają mścić się niemiłosiernie na całym ludzie gockim za to, że pierwszy odważył się wtargnąć do strzeżonego przez nich miasta?...

Aecjusz nie odpowiada. Myśli o tym, czego nawet nie przypuszcza wartownik gocki... w co by nawet nie uwierzył, gdyby mu powiedziano. O tym, że nie pierwszy to raz noga zdobywcy przekracza granice miasta... nie pierwszy to wróg, co zuchwale a szczęśliwie pokusił się o wtargnięcie do Romy. Wszak równo osiemset lat temu inny barbarzyńca również z północy równie zwycięsko wkraczał do wilczego gniazda. Głęboka, niemal tragiczna fałda przecina nagle czoło młodzieńca: tak, wszystko niby tak samo, a przecież zupełnie inaczej. Aecjusz wie o tym. Wie, że na Forum Romanum nie zasiedli spokojnie w kurulnych krzesłach siwobrodzi patres conscripti, w śnieżnobiałe togi owinięci, z białymi laskami w ręku. Wie, że żaden Manliusz nie czuwa na Kapitolu i żaden Kamillus nie nadejdzie z odsieczą w ostatniej chwili, nie wywróci wag i nie przeciwstawi nieśmiertelnemu brennusowemu: ,,Vae victis" równie nieśmiertelnego: „Złoto mamy dla przyjaciół — dla wrogów żelazo"! Nic, nic z tego nie powtórzy się czarodziejskim sposobem, dziś po ośmiu wiekach... nic prócz: „Vae victis!"

Przed dwoma laty zabrał król Gotów Rzymowi złoto, srebro, purpurę i synów pierwszych rodów miasta. Przed rokiem płaszczem purpurowym i diademem ozdobił pierwszego z brzegu senatora, na którego padło jego oko, i rzekł:

,,Rzymianie, oto wasz imperator! Ja tak chcę!" A dziś zabiera resztki, co pozostały z mienia i czci, i wielkości, a nadto zabiera życie... to życie, o którym rzekł ongiś, że na nic mu nie jest przydatne...

Nie wszystkim przecież je zabiera. Oto słyszy Aecjusz, jak jeden z towarzyszy jego niedoli i wędrówek z Gotami, zakładnik, stary prezbiter w schludnej brunatnej poenuli, podnosząc ku niebu wilgotne, jak na egipskich malowidłach głęboko rozcięte oczy, przyzywa głośno błogosławieństwa Bożego na głowę nabożnego i ludzkiego króla Alaryka. Bo choć i heretyk, ale czyż naprawdę nie nabożny i ludzki?... Czyż nie poręczył życia i zdrowia tym wszystkim, którzy schronią się w chrześcijańskich świątyniach?... Hosanna! Hosanna!

Cichym poszeptem warg wtórują głośnym modłom prezbitera inni zakładnicy: każdy z nich ma w mieście kogoś bardzo bliskiego, kogoś najdroższego. Uniósłszy więc ku niebu oczy czarne, orzechowe, zielone, fiołkowe — modlą się wszyscy do Chrystusa: niech sprawi, by ci ich najdrożsi zdołali, zdążyli, domyślili się schronić w kościele...

Onegdaj ze wzgórza poza bramą Salariańską widzieli z daleka czarne mrowie ludzkie, oblepiające rojem biel bazylik... Na świętego Justyna! co za okropności musiały tam się dziać!... Ilu poszarpano, zaduszono, zdeptano, zmiażdżono! Sprawże, dobry Panie Chryste, niech moja żona, moja matka, moje dziecko, stary mój ojciec, wierny przyjaciel. brat, brat ojca — przeciśnie się przez oszalałe z trwogi tłumy, nie da się zdeptać, zdusić, zmiażdżyć... przedostanie się do kościoła... dalej... dalej... jak najbliżej ołtarza... najbliżej prezbitera!... Spraw to, Panie!

Nagle głośny śmiech zagłusza szept modlitw. Młody retor w brudnym, podartym sagum, o włosach rozwichrzonych i niechlujnej brodzie, wyrzuca zaciśnięte pięści wysoko ponad głowy modlących się i raz po raz przerywając sobie nowym gwałtownym wybuchem śmiechu, woła wysokim, cienkim głosem:

— Hosanna! Hosanna! Chwała Chrystusowi! Niech błogosławieństwo Boże spłynie na głowę nabożnego i ludzkiego króla Alaryka! Zaiste, nie jestże nabożny?... nie jestże ludzki?... Policzcie tylko, drodzy przyjaciele, ilu mieszkańców ma Rzym i ile jest w mieście chrześcijańskich świątyń? Rachunek nietrudny. Iluż więc Kwirytom poręczył nabożny i ludzki król życie i zdrowie?... Ilu? Ilu?! Ilu?! — ciebie pytam, kapłanie Chrystusa!

Szept modłów zamarł na pobladłych nagle wargach. Wszystkie spojrzenia obróciły się ku staremu prezbiterowi. On zaś wyciągnął prawicę i groźnie potrząsając nią w kierunku miasta, zawołał jakby w natchnieniu:

— Ilu?... Choćby ani jednemu nawet!... Dawno już czas... Wybiła wreszcie twoja godzina, miasto przeklęte, jaskinio grzechu, rozpusty i pychy... Biada ci, Babilonie!... Biada ci, Sodomo! Chwała niech będzie Panu w niebiesiech! Sprawiedliwy jest gniew Pański!... Za mało Wizygotów... za mało miecza i ognia!... O pioruny... o siarkę z niebios... o deszcze ognisty prosimy Cię, Panie!...

Umilkł słysząc ciężko. Głośniej, trwożniej uderzyły wszystkie serca. Nawet retor przestał się śmiać. Głos jego z cienkiego, wysokiego, obłąkanego niemal stał się spokojny, niski, śpiewny, gdy zaczął mówić wolno, melodyjnie a żałobnie, jakby »Tristia« skandował:

— Dopóki nasi piękni, biali bogowie władali światem i Miastem ze szczytu Olimpu, z wysokości ołtarzy, z kodeksów poetów — żaden wróg nie ośmielił się przekroczyć świętych granic Romy, żaden zuchwalec nie zamarzył o targnięciu się na majestat głowy i serca świata. Ale otoście strącili naszych bogów, wprowadzili na ołtarze Krzyż i Nazareńczyka, i co się dzieje?... Mówicie, że Chrystus to dobroć najwyższa... że najmędrszy jest i wszechmogący... Niechże więc ratuje Romę! Niech wypędzi barbarzyńców! Niech oszczędzi swym wyznawcom pohańbienia, bólu i śmierci... Niech...

Zagłuszył go krzyk prezbitera, ostry, przenikliwy:

— Niech niszczy... niech pali... niech traci... Biada ci, serce i głowo bałwochwalstwa! Biada ci, gniazdo wilczycy, jak ona wściekłe, chutliwe i wszeteczne!...

I znowu odezwały się trąby. Coraz to głośniejsze, coraz bliższe... Cała przestrzeń od starego muru Serwiusza i Porta Collina pokryła się nagle niezliczoną ilością ciężko ładownych wozów. Wozy, pełne złota, srebra, pięknych naczyń, kunsztownych sprzętów, zatarasowały wyjście na drogi Salariańską i Nomentańską.

Radością i smutkiem zarazem uderzyły serca zakładników. Wizygoci opuszczali złupiony, shańbiony Rzym, bezkarnie unosząc na podeszwach święty proch ulic i forów Wiecznego Miasta. A wraz z nimi na dalszą, zdawałoby się nigdy nie mającą już się skończyć wędrówkę, ruszać musieli zakładnicy. W niejednym oku zalśniła łza: nie zgadniesz, łza ulgi czy żalu.

Jeszcze głośniej uderzyły w niebo dźwięki trąb. Od świątyni Fortuny skręcał na Via Salaria orszak królewski. Aecjusz z daleka poznał białego konia i wyniosłą postać najzuchwalszego z zuchwałych, Alaryka Balta. O parę kroków przed koniem królewskim szła ledwie powłócząc nogami młoda kobieta, śmiertelnie blada, ale wyniosła i spokojna. Wargi miała mocno zaciśnięte, oczy utkwione w gładko ciosane kamienie ulicy. Aecjusz od razu zrozumiał wszystko. Tak samo przed czterema wiekami wchodziła do miasta Tusnelda w triumfie Germanika. Tylko Tusnelda miała oczy niebieskie — natomiast czarne, lekko wypukłe i nieco za okrągłe są oczy wychodzącej z miasta w triumfie barbarzyńcy Galii Placydii, córki wielkiego Teodozjusza Augusta. Tuż obok Aecjusza rozległo się głośne szlochanie. Odwrócił się: retor i prezbiter płakali, oparci o siebie głowami. Aecjusz nie płakał.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.