Mój ojciec_3

KRZYWDA WYRZĄDZONA

Myślałam nieraz o tym Wrotkowie. I dopiero na krótko przed wojną udało mi się wybrać do Lubli­na, aby zobaczyć miejsce, gdzie stał ostatni dom dziadków Nałkowskich.

Wiedziałam od ojca, że z okien domu widać było w dolinie rozległe łąki. Ich środkiem płynęła „rze­ka rodzinna”, Bystrzyca, a widnokrąg zamykały dalekie lasy.

Już w wagonie, gdy przebywszy most nad By­strzycą zbliżaliśmy się do Lublina, ktoś pokazał mi z okna miejsce zielone i rozległe.

— O, tu jest Wrotków — powiedział — a tam dalej Zemborzyce.

W pokoju hotelowym w Lublinie pisałam pod datą 6. V. 1937 roku:

„Dzień wczorajszy, pogodny i majowy, rozpoczęłam około południa wyprawą do Wrotkowa. Jecha­łam sama drogą wzdłuż kolejowego toru. Odległość wydała mi się większa niż przez okno wagonu.

Z drogi idącej od miasta wzdłuż toru skręciłam na lewo. Wiejska ulica prowadzi przez długą wieś, rozciągniętą wzdłuż krawędzi zbocza. Chaty — podobne do domków, często murowane, niskie kamie­niczki drobnych mieszczan i rzemieślników — po­mieszane, poprzeplatane z sadami i ogródkami wyznaczają tę dawną wiejską ulicę.

Miejsce układa się powoli według ram wyzna­czonych tamtymi wspomnieniami. Oto brzeg wy­żyny dość stromy, oto w dole łąki rozległe i dnem doliny płynąca rzeka. Za rzeką znowu wzgórza, niezbyt dalekie i zielone, w drzewach — chały Rur, Majdanu i dalej w lewo — Zemborzyc.

Pachnie kwitnąca tu wszędzie tarnina południowym migdałowym zapachem.

Znajduję sobie starą kobietę. Ma siedemdziesiąt lat. Pamięta dawne czasy. Owszem, powie mi, co wie. Teraz dworu już nie ma, grunty rozkupili lu­dzie z miasta. Ale kiedy była dzieckiem, stał tu je­szcze ten dwór na miejscu, dotąd zwącym się Szlachetczyzna. Teraz rośnie tam jeszcze jedna tylko stara lipa. Było więcej, ale już za jej pamięci wymarzły.

Wchodzę za staruszką do zwykłej chaty. We­wnątrz jest kredens, jadalny stół, firanki w oknach, obrazy na ścianach, dzieci na podłodze. Jest też otomana. Na otomanie siedzi siostrzenica staruszki i gotowa jest oprowadzić mnie po okolicy.

Idziemy w stronę tych Zemborzyc. Mijamy wiel­ki młyn, schodzimy nisko nad rzekę, od tamtych czasów ocierającą się swą wodą wciąż o te same brzegi, wodą płynącą bez przerwy w tę samą stronę.

Jest temu lat chyba z siedemdziesiąt jak Michał Nałkowski z żoną Celiną z Rudnickich i synem Wacławem odeszli stąd na zawsze, przenosząc się do Lublina. Ale nie widzę tego, nie umiem w to uwierzyć. I dlatego tak szukam miejsca, tak szukam śladów, by sobie w tym dopomóc. So­bie — czy im, którzy w tej zmienionej, cząstkowej postaci wrócili tu oto po latach — mną.

Tuż koło toru pewno zaczynała się ta „kolonia”. Wysoka krawędź wyżyny – w pamięci ojca ustron­na i wiejska, teraz usiana mnóstwem budynków — niewątpliwie zmieniona jest do niepoznania. Ale u stóp wzgórza pasą się i teraz wśród łąk krowy i konie, a dnem doliny płynie jak niegdyś ojca „rze­ka rodzinna”.

Nad wodą jest zielono, maj. Wierzby słoneczne stoją jeszcze bez konturów, białe tarniny pachną, w wodzie niebieskiej brodzą dzieci. Wielkie gęsi białe z żółtymi puchatymi pisklętami, zarozumiałymi i złe, wyszczypują młodziutką trawę.

Dalej już nie idziemy. Gdzieś tu była granica. Jest upał, od którego się omdlewa. Wracamy brzegiem, uroda towarzyszy tej rzece nieustannie. Wchodzimy znowu zboczem na górę. Miejsce jest na pewno to samo i z niego widok ten sam. Łąka w dole, rzeka, w oddali pod niebem wzgórza zielone. Napatrzyłam się do woli tego miejsca. O każdym domu myślę, że stoi na śladach tamtego, którym w przeciwieństwie do „prostej chałupy” w Wierzchowiskach „miał aż pięć pokoi”. W każdej ruderze podejrzewam ten „budynek dla czeladzi — bez podłóg i okien”. Ale którą z tych dróg pod górę wracały konie z pastwiska, którą ścieżką dwoje małych dzieci niosło ciężką konewkę wody, tego nie wiem. Wiem tylko, że w obrębie widzianego dziś przeze mnie odbywało się tamto dzieciństwo zachwytów i udręczenia, urabiał się tamten charakter gorzkiej, pokrzywdzonej dumy, rodziła tamta myśl.

Wracając przypomniałam sobie, że ojciec jeszcze raz mówił o tych dzieciach z Wrotkowa, kiedy byłam już starsza i mogłam zrozumieć. Wówczas dopiero dowiedziałam się, jak było naprawdę.

Gdy dzieci, przydźwigawszy konewką, stały w połowie wzgórza wypoczywając, Wacław zeszedł do nich i konewkę pełną wody kopnięciem nogi przewrócił.

Dzieci nie powiedziały nic, tylko patrzyły w milczeniu na wodę spływającą po ścieżce. Wacław odszedł stamtąd, też nic nie powiedziawszy.

— Nie wiem, dlaczego to zrobiłem — mówił teraz ze wstydem. — Była to duża krzywda, bo przeszły już pod górę najcięższą część drogi. Gdy się obejrzałem, były znowu na dole, szły łąką. Schodziły z pustą konewką na powrót do rzeki.

Może się nawet nie poskarżyły w domu, bo nikt stamtąd nie przyszedł się o ich krzywdę upomnieć. Z tego domu dla czeladzi, w którym „nie było po­dłóg ani okien”.

W tym zdarzeniu zdaje się brać początek pojęcie o krzywdzie cudzej. I inne stąd ujrzenie świata, w którym ta krzywda zachodzi. Bezkarnie bowiem wylawszy dzieciom przydźwiganą pod górę wodę Wacław wziął udział w tym, przeciw czemu walka miała stać się głównym zadaniem jego życia.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.