Maria Dąbrowska. Przyjaźń_2

Karolowi odjęło mowę. Patrzył ze zgrozą na tego, kto go tak niecnie, a prostodusznie posądzał. Ów zaś zdawał się widzieć uczucia, które wzbudził, ale jak gdyby im nie wierząc, dokończył z łagodnością:

– Bo jakby ci było strach, to ja bym tutaj przyszedł. Ja bym tu siedział na ganku albo gdzie chcesz, chociażby całą noc.

Karol był zdziwiony. Zdziwiony i rozgniewany. Krzyknął:

– Co ty! Co ty! Jak ty możesz! Jak śmiesz! – i nie znajdując nic bardziej obelżywego w swym sercu, zaczął patrzeć na chorą nogę chłopca, śmiejąc się z całej siły.

Urocza twarz nieznajomego zrobiła się szara, jakby ją chmury zaległy. Wstał i w milczeniu odchodził w stronę wsi.

Karol zapomniał się do ostateczności.

– I dlaczego mówisz mi “ty”?! — wołał za odchodzącym. — Wszyscy mówią mi “panicz”. Widziałem cię wczoraj na drodze! Ledwo łazisz, to czego się włóczysz!

Chłopiec się nie obejrzał.

Za to stało się tak, jakby wszystkie krzaki, drzewa, kamienie obejrzały się na dzikie słowa Karola. Słowa te zagrzęzły w jego uchu i słyszał je już ciągle. Nie mógł się od nich uwolnić. Przyrosły do niego tak, jak czerwone pantofelki do nóg tańczącej dziewczynki z bajki Andersena. A po niejakim czasie zaczęło się dziać coś jeszcze gorszego. Wszystko znikało po kolei sprzed oczu Karola, wszystko traciło właściwą sobie postać, przeistaczając się w to nieprzyjemne zdarzenie z chłopcem ze wsi.

Nim słońce zaszło, wszystko dokoła chromało, wszystko miało twarze mieniące się jak niebo,
wszystko krzyczało:

– Dlaczego mówisz mi “ty”?!

Ach, gdybyż można było tę całą sprawę wycofać z życia, wydrzeć jak kartkę z zeszytu. Albo gdyby się okazało, że w tę obrzydłą złość wpadł jakiś inny chłopiec, a Karol wytłukł go za to. Lecz tak nie było i co się stało, to się już nie odstanie. Słowa te wrzeszczał on, Karol...

Dobrze, ależ czyż nie było wcale przyczyny, żeby się rozezłościć, a może nawet i naśmiać? Patrzajcie! Chromy i ledwo żywy przychodzi i ofiarowuje mu swoją pomoc.

Tak, tak! Ale być mocnym jak koń i ofiarować komu swą pomoc — cóż to, na Boga, za sztuka? Być takim jak ten ze wsi i uczynić to — oto coś, co nie każdy potrafi. Można, ma się rozumieć, udać zucha – ale to się natychmiast widzi. Nie, tu nie było udania i nie ma się co w tak nędzny sposób pocieszać.

Przyszedł tutaj prawdziwy mężczyzna i mówił wiarygodnymi słowami. Można się niekiedy pomylić i wziąć kłamliwe słowa za rzetelne, ale gdy się rozlegną słowa prawdziwe i wiarygodne — nikt się nie zmyli i każdy powie prędzej albo też później: “To były słowa prawdziwe”.

Czyż Karol nie marzył zawsze a zawsze o takim przyjacielu, który może być sobie daleko — ale nie trzeba wcale, abyśmy go wołali, kiedy nam smutno. Gdy serce nasze zadrży — on to usłyszy, nadejdzie i położy na nim swą dłoń. Taki się właśnie zjawił — i został odtrącony.

Jakiż ból żarzył się w sercu Karola, gdy noc nadeszła i otoczyła go sześcioma czarnymi pokojami. Wszystkie pociechy stały się nieuchwytne, niedoścignione, wszystkie sprawy obracały się w niewiele warty popiół. Trwoga o mamę, żniwa, dom, gospodarstwo — wszystko to stało się niczym. Ważne i piekące boleśnie było to, że odtrącił kogoś, z kim był powinien zawrzeć wieczystą przyjaźń.

– No dobrze, ale cóż to za: powinien?

Nie! Żadne takie pytania i bunty nie pomogą. Powinien — takie ma przeświadczenie.

Zdawało mu się, że nie będzie mógł spać, że się będzie tak całą noc zadręczał myślami bardzo gorzkimi. Lecz nie — usnął niespodziewanie wtedy, kiedy zdawało mu się, że jest najbardziej trzeźwy. Sen był mocny, ale nie bardzo długi. Karol zbudził się jeszcze jakby wśród nocy i zaraz usiadł na łóżku. Nie obudził się smutny. Przeciwnie. Był cały przeniknięty niezrozumiałą radością. Był tak wesoły, jak gdyby złotolite Boże Narodzenie rozpościerało się nad światem.

Dopiero po chwili przypomniał sobie wszystko — i serce w nim boleśnie zatętniało.

Zauważył teraz, że na dworze robiło się już szaro — ale to go nie uratowało. Popadł w coraz to większą, nieutuloną żałość. Był przekonany, że jego zmartwienie jest ostateczne, że nie spotka go już nigdy nic dobrego, nic wesołego. Chciał wobec tego położyć się na nowo i jeszcze sobie pospać. Lecz zamiast to uczynić, wyskoczył równymi nogami z łóżka i zaczął się pospiesznie ubierać.

Uczynił to pod wpływem nierozsądnej myśli, że może ów chromy chłopiec mimo wszystko spełnił to, co w tak niezdarzony sposób mu proponował — może jest gdzie w pobliżu? Czyżby, nie daj Boże, siedział na ganku?

Szukając butów, Karol wstydził się już cokolwiek tych niedorzecznych przypuszczeń. Butów nie było. Mateusz musiał je zabrać do czyszczenia. Karol po cichu minął wszystkie pokoje. Były surowe i ciemne, poprzekreślane pręgami świtu srebrzącego szpary okiennic. Uchylił drzwi do stancji Mateusza. Tu okiennica nie była wcale zamknięta. Między pobladłymi ścianami na wąskim łóżku leżał tak samo pobladły, mocno śpiący Mateusz. Pokój nie wyglądał wcale na pokój w znajomym domu. Zdawało się, że Mateusz śpi niezmiernie daleko stąd i że śni mu się służba w tutejszym dworze. Twarz jego miała wyraz cierpki i niepocieszony.

Karol wziął buty jak najbardziej cichaczem, a gdy powracał do siebie, przypuszczenie co do obecności nieznajomego na ganku uważał za śmieszną brednię. A jednak ręce mu drżały, kiedy otwierał drzwi do sieni. Taki właśnie jest człowiek. Nie wierzy oczywistej prawdzie i szczęściu, a potem wierzy głupiemu przywidzeniu, któremu najprostszy zdrowy rozum zaprzecza.

Ma się rozumieć, że na dworze nie było wcale nikogo. Nikogo, a nawet jakby nic. Nie było jeszcze światła dnia i nie było już także cieniów nocy. Wszędzie rozciągała się mizerna, odpychająca płowość. Pomimo to Karol pochodził tu i tam. Postał koło
jaśminu, a potem koło kamienia, na którym siedział wczoraj ów nie poznany przyjaciel. Przypomniał sobie, jak brzmi głos tego chłopca. Brzmi on przyjemnie i świetliście. Słuchając go słyszy się bezpieczeństwo i siłę.

Przez czas kiedy Karol chodził i myślał, niebo stało się nieco bardziej wyraźne. Zaczęło się wyściełać czymś łagodnie rumianym i czymś jasnawoniebieskim. Daleko, może w lesie, a potem coraz bliżej, w ogrodzie, zaczęły gwizdać kosy. Wzrastanie blasku i powstawanie dnia uspokoiło Karola. Pogoda jest na świecie, a zatem naprzód! Minąwszy ogród, skręcił na różowiejącą drogę wiodącą w stronę lasu.

Kiedy stamtąd powracał, zachciało mu się jeść i poszedł na truskawki. Były oroszone i zimne jeszcze z nocy. Lecz najeść można się było nimi wcale dobrze wśród tej samotnej ciszy, w której wszystkie liście wyglądały jak liście opuncji na wyspie Robinsona. Stojąc w truskawkach, Karol usłyszał w okolicy podwórza jak gdyby głuchy kaszel. Ruszył ku tamtej stronie. Tak, to fornal Jurczyk zaprzęgał konie do wozu i jeden z koni pokaszliwał.

– Co byście zrobili — spytał go Karol — gdybyście mieli chorą nogę? Przychodzicie do nas z czym jakim dobrym, a tatuś na was krzyczy?

Jurczyk wstrzymał rękę z półszorkiem i popatrzył uważnie.

– Że co? — zapytał.

– Nic. Śniło mi się, że mi wóz przejechał obie nogi — zakończył spiesznie Karol.

– Niech ręka boska broni. Oby nie mój.

– Nie, nie wasz. O, nie wasz — zaśmiał się Karol.

– Co to panicz tak rano wstał? Czy to panicz pojedzie?

– Tak, naturalnie.

Pojechali. Przez drogę Karol powtórzył kilka razy, a nawet zanucił: — Panicz — panicz, panicz — nicz...

Przywieźli zielonkę dla koni i złożyli ją koło stajni. Zanim skończyli, Karol powiedział: — A śniadanie? — rzucił widły i odszedł. Nie poszedł jednak na śniadanie.

Zielonka, pole, śniadanie, cóż to za głupstwa wierutne! W którejś chacie we wsi mieszka chłopiec, który chroma na nogę. Ciekawa rzecz, w którejż to on też mieszka? Pójdziemy i poszukamy.

Idąc drogą przez wieś, Karol uporczywie przypatrywał się chatom. Zdawało mu się, że w każdym obejściu kłębi się mnóstwo chłopców o łaskawym wejrzeniu i promienistej twarzy.

Tymczasem naprawdę wieś była prawie pusta, gdyż wszyscy wyszli do sianokosów. Gdzieniegdzie gdakały kury.

Karol postanowił zawrócić, wiedziony obawą, że minął dom, w którym mieszkała rodzina nieznajomego chłopca. Przypomniał sobie, że widział go dawniej parę razy na drodze, nie tu, ale na początku wsi. Tu, dalej, mieszkali gospodarze, których znał.

Więc wrócił.

Wtedy właśnie sprzed domu, do którego nie doszedł, rozległ się głos wołający:

– Dzień dobry, proszę pana!

Karol się obejrzał.

Chromy chłopiec stał z grabiami w ręku przy płocie.

Był blisko, ale Karol zmęczył się zanim do niego podszedł.

– Jakie “proszę pana”, co za “proszę pana” — mówił zdyszany. — Niech pan mówi mi “ty”.

– Nie pan, tylko Stefan, Stefan Jasnota.

– I nie proszę pana, tylko Karol.

Roześmieli się. Karol jednym skokiem przesadził płot i wnet zawstydził się swej zręczności. Zarazem stanął cały jak w ogniu na myśl, że Stefan całą tę przyjaźń źle zrozumie. Będzie myślał, że to jest za jego nogę i w ogóle za to, co było wczoraj. Tymczasem nie. Było to dla niego samego, dla Stefana. Lecz jakże to wyrazić? Nawet mówić o tym niezręcznie. Coś przecie należało powiedzieć. Tedy zapytał:

– Dokąd idziesz z tymi grabiami? — I pochwycił ręką za grabie.

– Do siana. Trzeba je poroztrząsać, żeby schło.

– No dobrze, to ja z tobą.

Stefan łatwo się na to zgodził.

– To poczekaj. Przyniosę tobie grabie — i pokuśtykał do domu, a Karolowi zdawało się, że idzie on jak tancerz. Czyżby to jego uśmiech czynił w nim wszystko porywającym i zgrabnym?

Na małej łączce pod lasem byli sami.

– Mamy łąkę w trzech miejscach — objaśnił Stefan. — Tata z mamą są na tej, co nad rzeką.

– A dzieci? — zaciekawił się Karol. — Mówiłeś, że was jest tyle?

– Mówiłem? Kiedy ja to mówiłem? — Stefan spojrzał ukosem na Karola i zaczerwienił się.

– Masz dobrą pamięć — dodał.

– Dzieci są z krowami i gęsiami na pastwisku — objaśnił w końcu, nie ustając ani na chwilę grabić.

Karol zobaczył na jego czole krople potu.

Chciał powiedzieć: Odpocznij, ja zrobię za ciebie i za siebie — ale bał się urazić. I przeciwnie, powiedział:

– No, kto pierwszy swój rządek poroztrząsa.

– Ha — odparł Stefan i prześcignął Karola. Pomimo chorej nogi był piekielnie zręczny. Zdawało się nawet, że ta noga podwaja jego siły. Lecz na jego czole świeciło coraz więcej kropel potu.

– Jak ty to potrafisz! — wykrzyknął Karol patrząc na to zroszone czoło.

– Jestem zwyczajny od takiego — rzekł Stefan i pokazał ręką, od jakiego jest zwyczajny pracować.

– A po drugie — dodał — ja jestem okropnie uradowany, że znowu żyję, że znowu mogę robić. Jakie przez to siły we mnie wstępują, to ty nawet pojęcia nie masz.

– A co tobie... tobie było? — odważył się Karol zapytać.

Stefan spojrzał na niebo.

– Już blisko południe. Trzeba iść naszykować picie dla świń i bydła. Ale kiedy, jak będzie czas, to ja tobie opowiem rozmaite rzeczy.

Mimo to, przeszedłszy parę kroków, zatrzymał się koło miejsca obrośniętego cierniem i nie kiedyś potem, ale tu zaraz rozpoczął opowiadać.

– Tak — powiedział. — Już Pan Bóg to mnie ciężko doświadczył.

– Ba — rzekł na to Karol, któremu to uroczyste oznajmienie wydało się mało przekonywające.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.