Łesia Ukrainka. Pieśń lasu - 07

 

Klęka i pije z wiadra. Po czym wstaje i patrzy przed siebie w zamyśleniu, nie ruszając się z miejsca.

 

KYŁYNA

O czym to myślisz?

 

ŁUKASZ

Ja? Tak… o czym? Nie wiem...

 

z wahaniem

Czasem nie było tu kogo?

 

KYŁYNA szorstko

A któż by

miał tu przychodzić?

 

ŁUKASZ

 patrząc w ziemię

Nie wiem...

 

KYŁYNA

ze złośliwym uśmiechem

Jak ty nie wiesz,

to może ja wiem coś!

 

ŁUKASZ

z obawą

Ty?

 

KYŁYNA

I nie dziwota!

 Ja nawet wiem, kogo się tu spodziewasz,

 ino że ba! – czekania twego szkoda!

A to, co było, w pień się obróciło...

 

ŁUKASZ

Co ty powiadasz?

 

KYŁYNA

To coś słyszał.

 

MATKA

Wybiega z chaty i rzuca się, by objąć Łukasza, który obojętnie przyjmuje to powitanie.

 

Synu!

Synku mój! Alem się nabiedowała

z tą wiedźmą!

 

ŁUKASZ zadrżał

Z jaką?

 

MATKA

wskazując Kyłynę.

 

Przecie z tą, nie z inną.

 

ŁUKASZ uśmiechając się drwiąco

I ona wiedźmą jest? Widać sądzone

było wam świekrą wiedźmowską pozostać.

A któż wam winien? Samiście jej chcieli.

 

MATKA

Gdybym wiedziała, że z niej będzie taki

kocmołuch i niedbaluch...

 

KYŁYNA

Ludzie złoci,

kto to powiada! Już sekutnic takich,

takich flejtuchów jak ty świat nie widział!

Udała ci się, Łukaszu, mateńka!

Żelazo nawet przegryzie!

 

ŁUKASZ

Jak widzę,

 to ty mocniejsza jesteś od żelaza.

 

KYŁYNA

Od ciebie człek doczeka się obrony!

Jaka mateczka, taki i synalek!

 Po kiego licha brałeś mnie?

By tutaj mną pomiatano?

 

MATKA do Łukasza

Czy ty jej nareszcie

 nie każesz stulić gęby? A bo to ja

dla niej tu jakieś popychadlo jestem?

 

ŁUKASZ

A dajcież wy mi święty spokój obie!

Chcecie, żebym nie z domu, lecz ze świata

precz sobie poszedł? Pójdę, jak Bóg miły!

 

KYŁYNA do matki

Co? Doczekałaś się?

 

MATKA

Żebyś od swego

syna tak samo!

 

Rozzłoszczona idzie do chaty, na progu spotyka się z sy­nem Kyłyny, który wybiega fujarką w ręku.

 

Zamknij no się, Złydniu!

 

Potrąca chłopca i wchodzi do chaty trzaskając drzwiami.

 

CHŁOPIEC

Przyszliście już, tatusiu?

 

ŁUKASZ

Już, mój synku.

 

Słowo “synku” wymawia z ironią.

 

KYŁYNA obrażona

No to mu powiedz, jak ma cię nazywać –

chyba nie wujkiem?

 

ŁUKASZ nieco zawstydzony

A bom co powiedział?

Chodź, chodź tu do mnie, mały, nie bójże się.

 

Głaszcze chłopca po jasnej główce.

 

To tyżeś sam fujarkę zrobił?

 

CHŁOPIEC

Sam,

ale nie umiem grać.. Jakbyście mogli!

 

Podaje Łukaszowi fujarkę.

 

 ŁUKASZ

Ej, chłopcze, moje granie już minęło!...

 

Zamyśla się ze smutkiem.

 

CHŁOPIEC pochlipując

I! Nie chce wam się! Wytłumacz mi, mamo,

czemu to tatko nic mi nie zagrają?

 

KYŁYNA

Co znowu! Jeszcze granie ci potrzebne!

 

 ŁUKASZ

Daj no fujarkę.

 

Bierze fujarkę.

 

Niezła. Uliniłeś

z wierzby?

 

CHŁOPIEC

A jakże, tej co tutaj rośnie.

 

ŁUKASZ

Jakoś jej dotąd nie zauważyłem.

 

do Kyłyny

Tyś zasadziła?

A bo kto to sadził?

Pręt jakiś sterczał, to i wyrósł sobie.

Tu jak na wodzie rośnie - deszczu tyle!

 

CHŁOPIEC marudząc

Dlaczego tatko nie gra?

 

ŁUKASZ w zamyśleniu

Zagrać może?...

 

Zaczyna grać najpierw cichutko, później coraz głośniej, z wolna przechodzi na nutę owej “Wiośnianki”, którą nie­gdyś grał Mawce. Brzmienie fujarki zaczyna przema­wiać słowami.

 

Jak słodko wygrywa,

przenika do żywa

 niby nożem piersi białe,

serce z nich wyrywa!

 

ŁUKASZ upuszczając z rąk fujarkę

O! Cóż to za fujarka? Czary! Czary!

 

Chłopiec przestraszywszy się krzyku uciekł do chaty.

 

Co to za wierzba? Gadaj, czarownico!

 

Chwyta Kyłynę za ramię.

 

KYŁYNA

A ty się odczep! Skąd mam niby wiedzieć?

Ja się nie kumam jak twoja rodzina

z hałastrą leśną! Jak chcesz, to ją zetnij,

 a bo ja bronię? Naści tu siekierę.

 

Podaje mu z sionki siekierę.

 

ŁUKASZ

Wziął siekierę, podszedł do wierzby, uderzył raz w pień, który zadrżał i zaszeleścił suchym listowiem. Zamachnął się raz jeszcze i opadły mu ręce.

 

Nie, nie podniosę ręki, nie dam rady...

Coś mnie za serce ściska...

 

KYŁYNA

Daj, ja zetnę!

 

Wyrywa Łukaszowi siekierę i z rozmachem zamierza się na wierzbę. W tym momencie z nieba jak ognisty wąż-meteor zlatuje Pokuśnik i obejmuje wierzbę.

 

POKUŚNIK

Ja cię, umiłowana, oswobodzę!

 

Wierzba nagle bucha płomieniem. Ogień, dosięgnąwszy wierzchołka, przerzuca się na chatę, zajęła się słomiana strzecha i pożar wnet ogarnia domostwo. Matka Łu­kasza i dzieci Kyłyny wybiegają z domu krzy­cząc: “Pali się! Pali się! Ratujcie! Pożar!” Matka z Kyłyną miotają się, wyciągając z ognia, co tylko da się ocalić, i na tobołkach i workach wynoszą skulone Złydni, które później kryją się w tych workach. Dzie­ci biegają z cebrzykami po wodę, zalewają ogień, który jednak rozpala się coraz bardziej.

 

MATKA

do Łukasza

Czemu się gapisz? Ratuj swoje dobro!

 

ŁUKASZ

wpatrując się w krokiew oplecioną językami ognia niczym kwieciem

Dobro? A może tam i licho spłonie?

 

Krokiew rozpada się z łoskotem, słup iskier bucha wy­soko w górę, pułap wali się i całe domostwo obraca się w ognisko. Nadchodzi ciężka biała chmura i śnieg zaczy­na padać. Wkrótce przez białą oponę śniegu nie widać już nikogo, jedynie mieniąca się purpurowa plama doga­sa i gdy śnieg się przerzedza, widać czarne zgliszcza, któ­re dymią i syczą z wilgoci. Nie widać już Matki Łu­kasza i dzieci Kyłyny oraz tobołków z mieniem. Poprzez śnieg majaczy nie dopalona stodoła, wóz i nieco sprzętów gospodarskich.

 

KYŁYNA

Z ostatnim węzełkiem w ręku, szarpie Łukasza za rękaw

Łukasz!... Co tobie? Niczym skamieniały.

Bodaj tobołki pomógłbyś mi nosić.

 

ŁUKASZ

Powynosiłyście już nawet Złydni.

 

KYŁYNA

Ugryź się w język! Co takiego gadasz?

 

ŁUKASZ

śmieje się cichym, dziwnym śmiechem

Widzę to, czego nie widzisz, kobito... Teraz zmądrzałem...

 

KYŁYNA przestraszona

Co ty mi takiego

 powiadasz, mężu... Ja boję się ciebie!

 

ŁUKASZ

Czego się boisz? Głupca się nie bałaś,

a boisz się mądrego?

 

KYŁYNA

Mój Łukaszku,

idziemy do wsi.

 

ŁUKASZ

A ja tam nie pójdę.

Nie wyjdę z lasu. Pozostanę w lesie.

 

KYŁYNA

A co tu będziesz robić?

 

ŁUKASZ

A bo trzeba

wciąż robić coś?

 

KYŁYNA

Jakże my żyć będziemy?

 

ŁUKASZ

A czy żyć trzeba?

 

KYŁYNA

Na miły Bóg, mężu,

w głowie ci pomieszało się albo co.

Musi cię tak z przestrachu ozionęło,

pójdziemy do wsi, znającą zawołam,

 niechaj odczyni przestrach!

 

Ciągnie go za rękę.

 

ŁUKASZ

patrzy na nią z beztroskim uśmiechem

A kto tutaj

pilnować będzie owych niedogarków?

 

Wskazuje wóz i graty.

 

KYŁYNA

Z gospodarskim przejęciem

Oj, prawda, prawda, jeszcze to rozkradną!

Ino dowiedzą się o pogorzeli,

Wnet ze wsi całej zbiegną się ludziska.

To już tu chyba zaczekaj, Łukaszku,

a ja pobiegnę, koni gdzieś poproszę,

boć nasze w stajni żywcem się upiekły!

Zbierzemy to na wóz i zawieziemy

gdzieś do krewniaków twych, może przygarną...

Oj, bieda! Trzeba się ratować jakoś...

 

Ostatnich słów domawia już biegnąc do lasu. Łukasz odprowadza ją beztroskim śmiechem. Wkrótce już jej nie widać.

 

Od strony lasu zbliża się jakaś wysoka postać kobieca w białej koszuli do stóp i w białej chuście zawiązanej wedle dawnego zwyczaju. Idzie chwiejąc się, jak gdyby się uginała pod wiatrem, chwilami przystaje i schyla nisko, jak gdyby czegoś szukała. Gdy już podeszła bliżej i za­trzymała się przy krzakach jeżyn rosnących nie opodal zgliszczy, prostuje się i wówczas widać jej zmizerniałą twarz podobną do twarzy Łukasza.

 

ŁUKASZ

Ktoś ty jest? Czego szukasz?

 

ZJAWA

Zagubiona twa dola,

na manowce mnie zwiodła

bezrozumna swawola.

Teraz tułam się ino

borem, lasem, niziną,

zaglądam pod śnieżek, wypatruję ścieżek

hen, do raju, co minął.

Oj, już dawno tę ścieżkę

 białe zamiotły śniegi...

Jużem na tych manowcach

zagubiona na wieki!...

 

ŁUKASZ

Ułamże, moja Dolo,

ożyny gałązeczkę,

po śniegu ją prowadź, żeby utorować

bodaj małą ścieżeczkę!

 

DOLA

Kiedyś tutaj na wiosnę

borem-lasem chodziłam

i przy ścieżkach dla znaku

cudo-kwiaty sadziłam.

Podeptały kwiat-cudo

bez uwagi twe nogi,

 wśród ciernia i bagien nie ostał ślad żaden,

którędy dojść do drogi.

 

ŁUKASZ

A ty śnieg, moja Dolo,

ręką bodaj odgarnij,

czy nie znajdziesz pod śniegiem

cudo-kwiatu wśród darni.

 

DOLA

Tak mi ręce skostniały,

że już palcem nie ruszę...

 i łzę ronię rzewną, bo wiem już na pewno,

że i tak zginąć muszę.

 

Westchnąwszy, rusza dalej.

 

ŁUKASZ wyciągając ku niej ręce

Powiedz mi, udziel rady,

jak bez doli żyć teraz!

 

DOLA

wskazuje mu ziemię pod nogami

 Jak ucięta gałązka,

którą wiatr poniewiera!

 

Idzie, garbiąc się, i znika w śniegach.

 

Łukasz schyla się nad miejscem, które wskazała mu Dola, znajduje fujarkę wierzbową, którą był rzucił, bierze ją do ręki i idzie po białej polanie w stronę brzo­zy. Siada pod zwisającymi gałęźmi ubielonymi śniegiem i obraca w rękach fujarkę, chwilami uśmiechając się jak

dziecko.

Lekka, biała, przejrzysta zjawa, twarzą przypominająca Mawkę, wyłania się zza brzozy i pochyla nad Łuka­szem.

 

POSTAĆ MAWKI

Grajże mii, graj, daj mówić sercu memu!

Ono jedynie ze mnie pozostało.

 

ŁUKASZ

To ty?... Przychodzisz jako upiorzyca,

żeby pić ze mnie krew? Napij się! Napij!

 

Odsłania pierś.

 

Nasyć się moją krwią! Tak, to się godzi,

bo ja cię zatraciłem...

 

MAWKA

Nie, mój miły,

dałeś mi duszę, tak jak ostry nóż

użycza głosu niemej witce wierzby.

 

ŁUKASZ

Dałam ci duszę? A wyzułem z ciała!

Bo cóż zostało z ciebie? Mara! Cień!

 

Patrzy na nią z niewysłowioną tęsknotą.

 

MAWKA

Nie troskaj się o ciało!

Jasnym płomieniem zabłysło, co tak

 jak dobre wino palący ma smak,

 iskrą swobodną pod niebo wzleciało.

Popiół mój lekki jak puch

 z ziemią i wodą się zjedna od nowa

i znów zeń witka wyrośnie wierzbowa,

bowiem ze śmiercią nie kończy się ruch.

Iść będą młodzi i starzy,

smutny i wesół, i bogacz, i dziad

radość i smutek niosący przez świat,

 z nimi ma dusza wierzbowa pogwarzy.

Wtedy usłyszą mój głos

 w szeleście liści i muzyce muszej,

w tęskliwej nucie fujarki pastuszej,

w witkach roniących na ziemię łzy ros.

Wyśpiewam im na przemiany

 wszystkie twe piosnki i każdą z twych nut

jakie w tym lesie grywałeś mi wprzód

goniąc rój marzeń wiośniany...

Błagam cię, graj, ukochany!

 

Łukasz zaczyna grać. Z początku granie jego zawodzi smętnie niczym wiatr zimowy, niby żal za czymś utraco­nym i niezapomnianym, ale rychło przemożny śpiew mi­łości przygłusza tęsknotę. Podobnie jak odmienia się mu­zyka, również, odmienia się zima dookoła: brzoza szeleści kędzierzawymi liśćmi, wiosenne odgłosy rozlegają się w rozkwitłym lesie, mroczny dzień zimowy zmienia się w jasną, miesięczną noc wiosenną. Mawka rozbłyska na­gle dawną urodą w wieńcu z gwiazd. Łukasz zrywa się ku niej z okrzykiem radości.

Wiatr strąca z drzew białe kwiecie. Kwiecie pada, pada i przysłania parę kochanków, po czym przechodzi w gęstą śnieżycę. Gdy już ucichła nieco, widać znów zimowy kraj­obraz. Z gałęźmi drzew pokrytymi ciężko nawisłym śnie­giem. Łukasz siedzi sam, oparty o brzozę, z fujarką w ręku, oczy ma przymknięte, na ustach zastygł mu uśmiech szczęścia. Siedzi w bezruchu. Śnieg czapą okrył mu gło­wę, zaprószył całego i pada, pada bez końca...

 

25 VII 1911

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.