Łesia Ukrainka. Pieśń lasu - 06

 

AKT III

 

Pochmurna, wietrzna noc jesienna. Ostatnie żółte prze­błyski poświaty miesięcznej gasną w gmatwaninie nagich konarów. Zawodzą puchacze, śmieją się sowy, zawzięcie kuwikają puszczyki. Nagłe wszystko zagłusza przeciągłe wycie wilka, które rozlega się coraz głośniej, głośniej i raptem się urywa. Nastaje cisza.

Budzi się chorowity świt późnej jesieni. Bezlistny las ledwie majaczy na popielatym tle nieba czarnym grzebie­niem, a z dołu po jego obrzeżach snuje się strzępiasta oćma. Zaczynają bieleć ściany Łukaszowej chaty, przy jed­nej z nich czernieje jakaś postać, skulona bezsilnie przy futrynie drzwi, z trudem można rozpoznać w niej Mawkę; jest w czarnym ubiorze, szarym nieprzejrzystym we­lonie, jedynie na jej piersi czerwieni się maty bukiecik kaliny.

Gdy już się rozwidni, na polanie rzuci się w oczy ogrom­ny pień tam, gdzie stał niegdyś stuletni dąb, a nie opodal jego widać niedawno usypany, jeszcze nie porośnięty tra­wą kopczyk mogilny.

Z lasu wychodzi Dziad Leśny w szarej siermiędze i czapie z wilczego futra.

 

DZIAD LEŚNY

 przyglądając się postaci skulonej pod chatą

To ty, córeńko?

 

MAWKA zbliża się nieco ku niemu

To ja.

 

DZIAD LEŚNY

Czyż wypuścił

cię z mocy swojej “Ten, co w skale mieszka”.

 

MAWKA

Tyś mnie występkiem swoim oswobodził.

 

DZIAD LEŚNY

Zali występkiem nazwiesz pomstę moją,

tę, którą wymierzyłem sprawiedliwie

wiarołomnemu twemu kochankowi?

Zali niesłuszne to, że sam doświadczył

rozpaczy samotnika nieczłowieczej

 błądząc po lesie w wilczym podobieństwie?

Ma swoje! Teraz zeń wilkołak dziki!

Niechaj skowyczy, lamentuje, wyje,

niechaj krwi ludzkiej żąda - nic ugasi udręki srogiej!

 

MAWKA

Próżna twa uciecha,

bo ocaliłam go. Znalazłam w sercu

zaklęcie czarodziejskie, co przywraca

opętanemu jego człowieczeństwo.

 

DZIAD LEŚNY

tupnął ze złości i z trzaskiem łamie swój kostur

Jużeś niegodna zwać się córką lasu!

bo nie ma w tobie nic leśnego ducha,

 jeno służebny, wsiowy!

MAWKA

Gdybyś wiedział,

gdybyś mógł wiedzieć, jak mi było strasznie…

Spałam kamiennym snem na dnie jaskini

głębokiej, czarnej, zimnej i wilgotnej,

kiedy skroś zapór kamiennych się przedarł

głos odmieniony i przeciągłe wycie

dzikim i smętnym echem się rozległo

na ciemnych martwych wodach i zbudziło

pośród skał miesiąc dawno zatracony...

Aż się ocknęłam! Płomieniem podziemnym

żal mój przepalił sklepienie jaskini,

i znów wyrwałam się na świat. A słowo

 ożyło na mych ustach odrętwiałych

 i uczyniłam cud... Pojęłam, że

nie dano mi osiągnąć zapomnienia.

 

DZIAD LEŚNY

Gdzież teraz jest? Czemu nie razem z tobą?

Zali niewdzięczność jego nie umiera

równie jak miłość twoja?

 

MAWKA

Och, mój dziadku!

Gdybyś to widział!... W ludzkiej już postaci

padł mi do nóg niczym podcięty jesion...

I z dołu ku mnie w górę uniósł wzrok

 taki zbolały, tęsknotą przejęty

 oraz żarliwą skruchą, bez, nadziei...

Jedynie człowiek patrzeć tak potrafi!...

Anim zdążyła słowo rzec, jak on

skoczył na równe nogi i przede mną

drżącymi zasłaniając się rękoma,

bez słowa w jar tarniną zarośnięty

pobiegł na oślep i tam z oczu znikł.

 

DZIAD LEŚNY

No i co teraz robić zamiarujesz?

 

MAWKA

Nie wiem... Ja teraz błądzę niby cień

wokół tej chaty i sił mi nie staje,

by ją porzucić... Czuje serce moje,

że on tu wróci...

 

Dziad Leśny w milczeniu kiwa głową frasobliwie.

Mawka znów kuli się pod ścianą.

 

DZIAD LEŚNY

Dziecino nieboga,

czemu odeszłaś od nas w mroczne strony?

Czyż pośród bliskich nie ma odpocznienia?

Spójrz, tutaj wierzba twoja na cię czeka,

i już posłanie dawno zgotowała,

smutno jej, że nie wiada gdzie się tułasz.

Idź już odpocząć.

 

MAWKA

Nie potrafię, dziadku.

 

Dziad Leśny, westchnąwszy głośno, z wolna wyrusza do lasu. Z lasu dobiega zajadłe dudnienie kopyt, jakby ktoś co sił popędzał konia, po czym się urywa.

 

KUSY

Wybiega zza domu, zacierając ręce i staje na widok Mawki.

 

Tyżeś to, Mawko?

 

MAWKA

Co cię tu przywiodło?

 

KUSY

Konia za grzywę do stajni przywlokłem.

Ponosił mnie niezgorzej na ostatek,

nikogo więcej nosić już nie będzie!

 

MAWKA

O ty bezecny! Las okryłeś hańbą!

Tak z wujkiem Lwem umowy dotrzymałeś?

 

KUSY

Umowa nasza z nim razem umarła.

 

MAWKA

Co? Umarł wujcio Lew?

 

KUSY

Otóż mogiłka.

Pod dębem pogrzebali, a przy pniaku

na wieki spocząć staremu sądzono.

 

MAWKA

Obaj polegli... Miał jednak przeczucie,

 że ma następny rok nie przezimuje...

 

Podchodzi do kopczyka.

O, jakże serce opłakuje ciebie,

 jedyny przyjacielu! Gdybym miała

łzy, co ożywią, zrosiłabym ziemię,

barwinek hodowała nieśmiertelny


na tej mogiłce. Alem dziś uboga

i żal mój pada niby zeschły liść...

 

KUSY

Żal nie przystoi mi, a jednak muszę

przyświadczyć, że starego szkoda nieco,

bo jakoś z nami umiał dojść do ładu.

Nawet czarnego capa utrzymywał

przy swoich koniach, bym miał na czym jeździć.

Ja na swym capie mknę jak błyskawica,

a konie żują swój obrok bezpiecznie.

Te baby zaś ni trochę nie umieją

z nami się zżyć - na rzeź sprzedały capa,

ścięły dąb stary. Zerwały umowę.

Tom się wywdzięczył i najlepsze konie

na śmierć zajeździł; kupią - znów zajeżdżę.

Wiedźmę, co pępki diablętom wiązała,

też uprosiłam, ażeby im krowy

zepsuła co do jednej. Niechaj wiedzą!

Stóg na dobitkę Wodnik im zamoczył,

Niechrzczeńce pognoiły w kopkach żyto.

Dotąd je gnębi przepaśnica za to,

że konopiami brukały jezioro.

Już w lesie teraz dobra nie użyją!

Ino im Złydni krążą wokół chaty.

 

ZŁUDNI

 

Małe zamorzone stworki, w łachmanach, z wyrazem wiecz­nego głodu na twarzy, wychynęły zza rogu chaty.

 

To my! Kto nas wspomina?

 

MAWKA

Zasłania im sobą drogę do drzwi

 

Umykajcie!

Nikt was nie wołał!

 

JEDEN ZŁYDZIEŃ

Słowo wyrzeczone

już się nie wróci.

 

ZŁYDNI oblegają próg

Ino by co prędzej

drzwi nam otwarto - bo jesteśmy głodne!

 

MAWKA

Nie puszczę was tam!

 

ZŁYDNI

No to jeść nam dawaj.

 

MAWKA ze strachem

Ja nic mam nic.


 

ZŁYDNI

To daj nam tę kalinę,

którą na sercu swoim nosisz! Daj!

 

MAWKA

To moja krew!

 

ZŁYDNI

Nie szkodzi! Krew lubimy.

 

Jeden Złydzień rzuca się jej na piersi i wysysa ka­linę, inne szarpią go, żeby również skosztować, gryzą się między sobą i warczą jak, psy.

 

KUSY

Ej, Złydni, dajcie spokój - to nie człowiek!

 

Złydni wstrzymały się, klapią zębami i jazgocą z gło­du.

 

ZŁYDNI do Kusego

To daj nam jeść, bo ciebie także zjemy.

 

Rzucają się na Kusego, który odskakuje.

 

KUSY

No no, wolnego!

 

ZŁYDNI

Jeść! jesteśmy głodne!

 

KUSY

Czekajcie chwilę, baby wnet obudzę,

jadło będziecie mieć, a ja zabawę.

 

Bierze pecynę ziemi, rzuca w okno i wybija szybkę.

 

GŁOS MATKI ŁUKASZA w chacie

Oj! Co takiego? Znowu moc nieczysta!

 

KUSY

do Złudni szeptem

Widzicie? już ocknęła się, niebawem

przywoła was. A teraz siedźcie cicho,

bo stara zaklnie was tak, że się w ziemię

pozapadacie - ona to potrafi.

 

Z ł y d n i skuliły się pod progiem ciemną gromadką. Z chaty słychać przez wybitą szybę krzątaninę wstającej matki, później glos jej, a wreszcie K y ł y n y.


 

GŁOS MATKI

Już rozwidniło się, a ta śpi dalej.

Kyłyno! Hej, Kyłyno! Ta ma spanie!

Bodaj na wiek zasnęła... Wstawaj! Wstawaj

Bodaj byś już nie wstała!

 

GŁOS KYŁYNY zaspany

Czego tam?

 

MATKA zgryźliwie

Czas by już ci wydoić tamtą krówkę

z Turzyska, dojną, rasowego chowu,

co ją nieboszczyk jeszcze twój kupował.

 

KYŁYNA

już oprzytomniawszy

Wydoję tę, którą zastałam tutaj

 i jak nastrzykam trzy kropelki mleka,

funt masła wyjdzie.

 

MATKA

Zawdy się odszczeka!

 A któż jest winien, że nam brak nabiału?

Ino nieszczęście z taką gospodynią!

To ci synowa! Skąd się taka wzięła

na nasze głowy?

 

KYŁYNA

A bo kto wam kazał

 słać do mnie swatów? Mieliście pod ręką

 jakiegoś kocmołucha - trzeba było

przyjąć go, wyszorować jak należy,

synową mielibyście wedle gustu.

 

MATKA

A co powiadasz - nie? Toć miałabym!

A Łukasz kiep zamienił ją na ciebie,

bo to posłuszne tafcie było, dobre,

że choć do rany przyłóż... Kocmołuchem

przezywasz ją, a sama mimo to

sukienkę jej zieloną przerobiłaś

i nosisz dotąd - i nie wstyd ci jakoś!

 

KYŁYNA

A bo to człowiek coś nowego włoży!...

Chłopa gdzieś cały czas zaraza nosi,

a ty się męcz ze świekrą uprzykrzoną,

ni wdowa, ni mężatka - groch przy drodze!

 

MATKA

Bo jaki chłop wytrzymać mógłby z tobą?


Worku bez dna! Co było, to zeżarłaś

ze swymi dzieciskami - ino siedzą,

bodaj was samych Złydni ogarnęły!

 

KYŁYNA

Niechaj ogarną tego, co je wzywa!

 

Z tymi słowy otwiera drzwi chaty. Kusy umyka w bagnisko; Złydni zrywają się i wbiegają do sieni. K y ł y n a z wiadrem w ręku żwawo pomyka do leśnego strumienia, z łoskotem nabiera wody do wiadra i powra­ca już nieco wolniejszym krokiem. Spostrzega M a w k ę, która stoi pod ścianą bez siły, z twarzą osłoniętą szarym welonem.

 

KYŁYNA

przystaje i stawia wiadro na ziemi

Kto to?... Posłuchaj, tyś może pijana albo

zamarzłaś?

 

Trzęsie Mawkę za ramię.

 

MAWKA

Z wysiłkiem, jakby przemagając śmiertelne znużenie

 

Senność mną owłada...

To sen zimowy...

 

KYŁYNA

odsłania jej twarz i poznaje

Czemu tu przychodzisz?

Nie zapłacono ci jeszcze za pracę?

 

MAWKA jak wyżej

Nikt mi i za nic zapłacić nie może.

 

KYŁYNA

Kogo tu szukasz? Jego nic zastaniesz.

Wiem, że do niego przyszłaś! Powiedz prawdę

to twój kochanek?

 

MAWKA

jak wyżej

Był kiedyś ranek

jasny, radosny, w rumieńcach zórz...

i umarł już...

 

KYŁYNA

Tyś oszalała!

 

MAWKA jak wyżej

A jam patrzała,

jak w niebie chmurka snuje się biała,

błąka się smętnie, gubi w zenicie...


Gdzież błyskawica w błękicie?

 

KYŁYNA

 szarpie ją za rękę

Nie zwódź mnie! Odejdź! Dlaczego tu stoisz?

 

MAWKA

przytomniej, cofając się ode drzwi

Patrzę, jak wam się tu żyje szczęśliwie.

 

KYŁYNA

Bodajbyś stała tak w wiecznym podziwie!

 

Mawka zmienia się nagle w wierzbę o zeschłych liściach i plączących witkach.

 

KYŁYNA

ochłonąwszy ze zdumienia, z pogróżką w glosie

A tom w godzinę dobrą wymówiła.

No no, postoisz mi teraz niedługo!...

 

CHŁOPIEC

wybiega z chaty; do Kyłyny

 

Mamo, gdzie jesteś? Bo nam jeść się chce,

a babka nic nie dają!

 

KYŁYNA

Odczep że się!

 

szeptem, nachylając się nad nim

 

Tam w piecu dla was pieróg mam schowany,

jak babka pójdą do spiżarki - zjedzcie.

 

CHŁOPIEC

To marna suchą wierzbę posadziła?

I na co to?

 

KYŁYNA

Wszystkiego jesteś ciekaw?

 

CHŁOPIEC

Gwizdawkę sobie wytnę z niej!

 

KYŁYNA

Wycinaj!

 

Chłopiec wycina pręt z wierzby i wraca do chaty. Z lasu wychodzi Łukasz, wychudły, z długimi włosa­mi, bez siermięgi i czapki.

 

KYŁYNA

 

widząc go wydaje okrzyk radości, ale w tejże chwili ra­dość jej tłumi uraza

 

Toć jesteś! Gdzie cię tyli czas nosiło

po świecie?

 

ŁUKASZ

Lepiej nie pytaj...

 

KYŁYNA

Nic pytaj...

Włóczył, obijał się, diabli go wiedzą,

po jakich kątach, a teraz – “nie pytaj”!

Ani nie muszę cię pytać, kochasiu...

Jest gdzieś na świecie owa karczma, w której

zawieruszyły się czapka z siermięgą?

 

ŁUKASZ

Nie byłem w karczmie...

 

KYŁYNA

Kto głupi, uwierzy!

 

Lamentuje.

 

Oj, pogrążyłam głowę swą na wieki

z tym pijanicą!

 

ŁUKASZ

Cicho bądź! Nie skamlaj!

 

Kyłyna milknie, patrząc nań z przestrachem.

 

Pozwól, że teraz ja ciebie zapytam –

gdzie dąb wujkowy, co pniak po nim sterczy?

 

KYŁYNA

stropiona zrazu, ale rychło się opamięta

 

A bośmy mieli tu handlować głodem?

Trafił się kupiec, to kupił i tyle.

Wielkie mi rzeczy - dąb!

 

ŁUKASZ

Wujek Lew przecie

 przysiągł, że jego nie zetnie.

 

KYŁYNA

Na świecie

wujka Lwa nie ma, to cóż po przysiędze?

Ty ani ja żeśmy nie przysięgali,

ja bym i cały las chętnie sprzedała

albo wycięła - mielibyśmy grunt

 jak ludzie, nie te diabelskie wydmuchy.

Toć tu wieczorem strach wyściubić nosa!

I co za korzyść dla nas z tego lasu?

Jak wilkołaki po nim się błąkamy,

aż wreszcie wyć zaczniemy wilczym głosem!

 

ŁUKASZ

Cicho bądź! Zamilcz w tej chwili!

 

W głosie jego słychać nieprzytomny strach.

 

Powiadasz?

sprzedać las... wyciąć... a wtedy nie będzie

tak... jakeś to mówiła?

 

KYŁYNA

Co mówiłam niby?

Że jak wilk...

 

ŁUKASZ zatyka jej usta

Nie mów!

 

KYŁYNA

uwolniwszy się od niego

Toż ty bój się Boga!

Piłeś czyś zgłupiał, czy ktoś zauroczył?

Chodźże do domu.

 

ŁUKASZ

Zaraz... zaraz przyjdę...

ino... niech ino wody się napiję.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.