Łesia Ukrainka. Pieśń lasu - 05

 

Od strony jeziora zbliża się Matka, a za nią hoża młódka w czerwonej chustce ze szlaczkiem, w spódnicy bor­do, równo i drobno plisowanej, tak samo plisowany ma zielony fartuch z naszytymi na nim białymi, czerwonymi i żółtymi wstążkami, koszulę przetkaną gęsto czerwonym i niebieskim haftem, dzwoniący dukatami naszyjnik na białej, pulchnej szyi, przez co jej okrągła, zażywna postać wydaje się jeszcze pulchniejsza. Młódka idzie takim żwa­wym krokiem ze starka ledwie za nią nadąża.

 

MATKA

uprzejmie do młódki

Chodźcie, Kyłynko – tutaj koło brzozy

 znajdziecie ziółka świeże. Tutaj krwawnik.

Zamiarówaliście dzbanki wyparzyć?

A on do mleka w sam raz się nadaje.

 

KYŁYNA

Toż ani nie wiem, gdzie podziać to mleko!

Prędzej by jarmark - to nakupię naczyń.

Krowę z Turzyska mam, dobrego chowu,

nieboszczyk jeszcze sprawił, a doi się,

że Boże mój! To już się opędziłam

jakoś na polu, a teraz by w domu

warto posprzątać. Och, cioteczko, wdowa

ciągle się musi rozrywać na dwoje!...

 

ściąga usta ze smutkiem

MATKA

Toście, rybeńko, zakończyli żniwo?

Cóż, powiedziano, że jak ktoś robotny,

to się upora... A nasz zagon mały

i to Bóg nie poszczęścił...

 

KYŁYNA

spogląda na zagon, gdzie stoi Mawka

 A kto tam

u was żniwuje?

 

MATKA

To jedna sierotka...

 

szeptem

Takie to, Boże odpuść, niezdarzone...

 

KYŁYNA

 podchodzi z matką do Mawki

 

Witaj, dziewuszko! Jak tam idzie żniwo?

 

MATKA klasnęła w dłonie

O biedaż mnie! Jeszcze ani zaczęła!

Niedolo moja! Cóżeś ty robiła?

Niezguło! Obiboku ty! Próżniaczko!

 

MAWKA stłumionym głosem

W dłoń się zacięłam...

 

MATKA

A bo było przy czym!

 

KYŁYNA

Daj no tu sierp – to może ja spróbuję.

 

Mawka chowa sierp za plecami i spogląda wrogo na K y ł y n ę.

 

MATKA

Dawaj sierp, jak ci mówią! Nie twój przecie!

 

Wydziera sierp z rąk M a w c e i daje go K y ł y n i e, która rzuca się na żyto i tnie, jakby ogniem paliła, aż słoma chrzęści pod sierpem.

 

MATKA ucieszona

To mi robota!

 

KYŁYNA

nie odrywając się od zajęcia

Jeśliby mi ktoś

kręcił powrósła, tobym zżęła w mig

cały zagonek.

 

MATKA woła

Ano chodź, Łukaszu!

 

ŁUKASZ nadchodzi; do K y ł y n y

Boże dopomóż!

 

KYŁYNA

Dzięki.

 

MATKA

Ot, Łukaszu,

pomożesz tu sąsiadce wiązać snopy,

bo z tamtej “pomocnicy” już kaleka.

 

Łukasz bierze się do wiązania snopów.

Żniwujcie, dziatki, a ja pójdę sobie,

kisielu wam na obiad ugotuję.

 

Wchodzi do domu. Mawka odeszła w stronę brzozy, przytuliła się do niej

i poprzez zwisające gałęzie przypatruje się żeńcom. Kyłyna czas jakiś w dalszym ciągu żnie gorliwie, po czym wyprostowuje się, spogląda na pochylonego nad sno­pami Łukasza, uśmiecha się, trzema sążnistymi kro­kami przybiega doń i głośno klepie go po plecach.

 

KYŁYNA

No, żwawiej, chłopcze. Nic wlecz się jak ślimak!

A to ci flegma!

 

Śmieje się potoczyście.

 

ŁUKASZ

też się prostuje

A z ciebie gorączka!

I nie zaczynaj lepiej, bo dam radę!

 

KYŁYNA

rzuca sierp, bierze się pod boki

No no! Kto kogo - jeszcze zobaczymy!

 

Łukasz rzuca się ku niej, ta chwyta go za ręce, ,“mie­rzą się silami” oparci dłonią w dłoń; czas jakiś siły ich są równe, po czym K y ł y n a cofnęła się nieco, śmiejąc się gardłowo i strzelając oczyma. Łukasz, roznamiętniony, szeroko rozchyla jej ręce i chce ją pocałować, ale gdy usta jego stykają się z jej ustami, ta podstawia mu nogę i Łukasz się przewraca.

 

KYŁYNA

Stoi nad nim ze śmiechem.

I co? Kto komu radę dał nareszcie?

 

ŁUKASZ

 wstaje, ciężko dysząc

Podstawić to nie sztuka!

 

KYŁYNA

Czyżby tak?

 

Drzwi chaty skrzypnęły. Kyłyna znów ochoczo zabrała się do żniwa, a Łukasz do wiązania. Wkrótce ścier­nisko pociemniało i pokryło się snopami; kilka garstek żyta na rozłożonych powrósłach łeży jak pokonani, i jeszcze nie skrępowani jeńcy.

 

MATKA

od progu sieni

Chodźcie no, żeńcy, na obiad zapraszam.

 

KYŁYNA

Ja już gotowa jestem, ino Łukasz

coś nie wprawiony.

 

ŁUKASZ

Ja za małą chwilę.

 

MATKA

Kończ już, a wy tu przychodźcie, Kyłynko!

 

Kyłyna wchodzi do chaty. Drzwi zamknęły się za nią. Spod brzozy wychodzi Mawka.

 

ŁUKASZ

widząc ją speszył się trochę, ale odzyskuje pewność siebie

Ach, to ty? Dokończ jeszcze wiązać snopy,

 a ja już pójdę.

 

MAWKA

Wiązać nie poradzę.

 

ŁUKASZ

To po co przyszłaś tutaj się przyglądać,

skoro nie możesz pomóc nic?

 

Wiąże sam.

 

MAWKA

Łukaszu,

niech ta kobieta więcej nie przychodzi

tutaj. Nie lubię jej – podstępna taka

jak wydra.

 

ŁUKASZ

Przecie nie znasz jej ni trochę.

 

MAWKA

Ależ znam! Głos i śmiech jej usłyszałam.

 

ŁUKASZ

To jeszcze mało.

 

MAWKA

Nie - tego już dosyć. Drapieżna jak rysica.

 

ŁUKASZ

I co jeszcze?

 

MAWKA

Niech nie przychodzi do naszego lasu.

 

ŁUKASZ zesztywniał

A kim ty w lesie jesteś tu – królową,

że tak zarządzasz, kto doń chodzić może,

a kto nie?

 

MAWKA

posępnie, z pogróżką w głosie

W lesie są takie wykroty

 gałęźmi przysłonięte i chruśniakiem,

że nie zobaczy ich zwierz ani człowiek,

zanim nie wpadnie...

 

ŁUKASZ

I jeszcze powiadasz

o drapieżności, fałszu - szydło z worka!

Widać nie znałem dotąd twej natury.

 

MAWKA

A może nawet ja sama nie znałam...

 

ŁUKASZ

Posłuchaj zatem: skoro tu mam ciebie

 pytać, kto do mnie przychodzić ma prawo,

 a kto nie, to już ja sam z lasu raczej

z powrotem się do wioski, wyprowadzę.

Jakoś tam między ludźmi nie zaginę,

bo nic zamierzam siedzieć tu u ciebie

niby fis w paści.

 

MAWKA

Ja paści na ciebie

nie zastawiałam. Sam przyszedłeś tutaj.

 

ŁUKASZ

I sam też pójdę, jeśli ino zechcę

 i nikt mnie niczym tutaj nie przywiąże!

 

MAWKA

A czyż ja kiedy chciałam ciebie wiązać?

 

ŁUKASZ

Jak tak, to po co cała ta rozmowa?

 

Związał ostatni snop i nie patrząc na Mawkę poszedł do domu.

 

Mawka usiadła na miedzy nad ścierniskiem i pochyliła się w smętnej zadumie.

 

WUJEK LEW

 wychodzi z chaty

Cóż cię takiego gnębi, siostrzenico?

 

MAWKA cicho, ze smutkiem

Przemija lato, wujku...

 

LEW

To dlatego

tak się turbujesz? A ja bym uważał,

że ci już wierzby na zimę nie potrza.

 

MAWKA

Gdzież mam się podziać?

 

LEW

Jeśli o mnie chodzi,

to z tobą w chacie ciasno by nie było...

Ino że siostra taką ma naturę,

że z nią się nie dogadasz. Próbowałem

i tak, i owak... Gdybym to ja sam

tu gospodarzył, tobym się nie pytał,

alem już oddał im ten grunt i chatę,

 to nie mam głosu tutaj. Sam odchodzę

na zimę do wsi, do swojej zagrody.

Gdybyś do wsi iść mogła na mieszkanie,

tobym cię przyjął.

 

MAWKA

Nie, na wieś nie mogę...

Tak tobym poszła. Wyście dobrzy, wujku.

 

LEW

Dziewuszko, dobry bywa chleb, nie człowiek.

Prawdę mówiący, tom polubił szczerze

naród wasz leśny. Gdy umierać będę,

wtedy do boru niczym zwierz powrócę,

tutaj pod dębem niechaj mnie pogrzebią...

Ej, mój dąbeczku, czy trwać będziesz jeszcze,

gdy moja siwa głowa się zachwieje?...

Gdzieżby! Nie takie jeszcze były dęby,

i też wycięto. Ty zieleń się jeszcze

bodaj do mrozów, druhu kędzierzawy,

a zasię... czy da Bóg doczekać wiosny?...

 

Stoi, smętnie schyliwszy się nad kosturem. Mawka po­mału wybiera przywiędłe kwiaty ze zżętego żyta i układa z nich bukiecik. Z chaty wychodzą matka, Kyłyna i Łukasz.

 

MATKA do Kyłyny

Czemu śpieszycie się? Posiedźcie jeszcze!

 

KYŁYNA

Nic, ja już pójdę sobie stąd, cioteczko.

Ma się pod wieczór, to już strach wędrować.

 

MATKA

Łukasz, odprowadź gościa.

 

ŁUKASZ

Mogę, z chęcią.

 

KYŁYNA spogląda nań

Może zajęty...

 

MATKA

Co tam za robota,

gdy słońce zajdzie? Idźże, idź, syneczku,

Kyłynkę do gościńca odprowadzisz.

W takim odludziu wieczorem nieswojo.

To taka młódka do rzeczy, przystojna,

jeszcze by napadł kto!

 

KYŁYNA

Ojej, cioteczko,

tera żeście mi napędzili strachu.

Łukaszu, chodźmy, dopóki nie zmierzcha,

bo i we dwójkę strach!..

 

ŁUKASZ

Ii tam, ja miałbym

lasu się bać! Co znowu! Pomaleńku!

 

MATKA

Mój chłopak to zuch i już co do tego,

moja Kyłynko, czci mu nie ujmujecie!

 

KYŁYNA

Nie, ja tak żartem...

 

spostrzega Lwa

 

Wujku Lwie, hop, hop!

Toście są w domu?

 

LEW

udaje, że nie dosłyszał

Hę? Bywajcie zdrowi!

 

Idzie sobie do lasu.

 

KYŁYNA

No to żegnajcie, bądźcie zdrowi, ciociu!

 

Chce pocałować starą w rękę, ta jej nie daje, ociera so­bie usta zapaską i trzykrotnie “ceremonialnie” całuje się z Kyłyną.

 

KYŁYNA na odchodnym

W zdrowiu ostańcie, o nas pamiętajcie!

 

MATKA

Weseli bądźcie i do nas zabłądźcie!

 

Wchodzi do chaty i zamyka drzwi za sobą.

 

Mawka wstaje i powolnym, jak gdyby znużonym kro­kiem idzie w stronę jeziora, siada na pochyłej wierzbie, kryje twarz w dłoniach i cicho płacze. Zaczyna padać drobny deszczyk, gęstą tkanką osnuwa polanę, chatę i las.

 

RUSAŁKA

przypływa do brzegu i przygląda się M a w c e ze zdzi­wieniem i ciekawością

Ty płaczesz, Mawko?

 

MAWKA

A tyś sama nigdy

łez nie roniła, Rusałeczko?

 

RUSAŁKA

Może...

jak ja przez chwilkę króciutką zapłaczę,

 to ktoś się wówczas śmieje aż do śmierci!

 

MAWKA

Rusałko! Widać nigdy nie kochałaś...

 

RUSAŁKA

Ja nie kochałam? To ty nie pamiętasz,

jakie naprawdę winno być kochanie!

Miłość - jak woda wszechogarniająca

 rwie, igra, pieści, wciąga i zatapia.

Gdzie pożar - kipi, a gdy ziąb napotka –

jak głaz zastyga. Oto moja miłość!

A w twojej duch słomiany tli jak gdyby

 w wątłym dzieciątku. Od wiatru się słania,

ściele pod nogi. Gdy na iskrę trafi,

spłonie bez walki i zostanie po niej

sczerniała sadza i szarość popiołu.

A gdy nią jak podrzutkiem pomiatają,

to leży niczym słoma i butwieje

 W zimnej kąpieli daremnego żalu,

 skruchy, co niby późny deszcz przychodzi.

 

MAWKA unosi głowę

Powiadasz - skruchy? A zapytaj brzozy,

zali żałuje w skrusze owych nocy,

gdy wiatr wiosenny jej długie warkocze

 rozplatał?

 

RUSAŁKA

To dlaczego się tak smuci?

 

MAWKA

Ze nie sądzone jej ukochanego

na wieki związać długimi witkami.

 

RUSAŁKA

Czemuż?

 

MAWKA

Bo miły ów to wiatr wiosenny.

 

RUSAŁKA

Dlaczego więc takiego pokochała?

 

MAWKA

Bo taki lekka był ów wiatr wiosenny,

śpiewając - listki z pączków jej rozwijał,

miłując - wianek jej rozwiewał bujny

i pieszcząc rosą skraplał jej warkocze,

 innego by pokochać nie zdołała.

 

RUSAŁKA

To teraz niechaj żałobę obłóczy

do samej ziemi, bo wiatru ogarnąć

nie zdoła nigdy więcej - już uleciał.

 

Cicho, bez pluśnięcia, odpływa od brzegu i znika w jezio­rze. Mawka znów się skuliła, jej długie czarne warko­cze opadły aż do ziemi. Zrywa się wiatr i pędzi szare chmury, a z nimi wraz czar­ne klucze ptaków odlatujących na wyraj. Pod wpływem gwałtowniejszego podmuchu wiatru rozpraszają się desz­czowe chmury i widać las - już w jaskrawym stroju jesiennym na ciemnogranatowym tle przedwieczornego nieba.

 

MAWKA

Tak... już uleciał...

 

Z gęstwiny wychodzi Dziad Leśny w długiej opończy koloru starego złota obramowanej u dołu ciemnoczerwoną materią, czapę ma oplecioną gałązką dojrzałego chmielu.

 

DZIAD LEŚNY

Córuś, córuś moja,

jak ciężko pokutujesz za tę zdradę!...

 

MAWKA unosi głowę

Zalim zdradziła kogo?

 

DZIAD LEŚNY

Siebie samą,

boś porzuciła strzeliste wierzchołki,

i zeszłaś w dół wąskimi ścieżynami.

Do kogoś ty podobna? Do najmitki,

do wyrobnicy, co bolesnym trudem

na kromkę szczęścia chciała zapracować

i nie zdołała, zaś ostatek wstydu

żebraczką zostać jeszcze nie pozwala.

Pamiętasz, jaka byłaś, owej nocy,

kiedy rozkwitło miłowanie twoje:

niczym królewna lasu byłaś wtedy

w gwiaździstym wianku na czarnych warkoczach.

Wtedy stęsknione wyciągało dłonie

do ciebie szczęście, dary ci przynosząc!

 

MAWKA

Cóż pozostało mi, gdy wszystkie gwiazdy

pogasły w moim wianku i w mym sercu?

 

DZIAD LEŚNY

Jeszcze nie wszystkie wianki twe powiędły.

 Popatrz - nie widzisz, jakie tutaj święto?

Kniaź-jesion szubą złotą się ogarnął,

 a dzika róża wdziała bicz korali.

Niewinna biel zmieniła się w purpurę

na tej kalinie, z której rwałaś kwiaty,

gdzie słowik wyśpiewywał pieśń weselną,

 i stara wierzba, nawet brzoza smętna

na powitanie jesieni się stroją

w złotogłów i karmazyn. Ty jedynie

swoich żebraczych łachów nie chcesz zrzucić,

niebaczna na to, że piękno zgryzocie

miejsca przed sobą dawać nie powinno.

 

MAWKA wstaje gwałtownie

To daj mi, dziadku, te odświętne szaty!

Niech znów królewną leśną się okażę

 i szczęście kornie padnie mi do stóp

błagając mnie o laskę!

 

DZIAD LEŚNY

Córko, dawno

przygotowano dla królewny stroje,

lecz ona, by zachciankom swym dogodzić,

dla żartu za żebraczkę się przebrała.

 

Rozchyla swą opończę i wydobywa do tej chwili ukrywa­ną pod nią wspaniale bramowaną zlotem purpurę kró­lewską i srebrzysty welon; narzuca je na łachmany M a w k i; Mawka podchodzi do kaliny, spiesznie ułamuje z niej czerwone kiście, plecie wianek, rozpuszcza warkocze, uwieńcza włosy i skłania się przed D z i a d e m L e ś n y m, który narzuca jej srebrzysty welon na głowę.

 

DZIAD LEŚNY

Teraz nie muszę lękać się o ciebie.

 

Skinął jej głową majestatycznie, żwawym krokiem wcho­dzi w gęstwinę i znika.

 

Z lasu wybiega Pokuśnik.

 

MAWKA

Ty znowu?

 

Już gotowa uciec.

 

POKUŚNIK lekceważąco

Bać się nie masz czego. Chciałem

spotkać Rusałkę, tę, co mieszka w życie,

ale zasnęła już, jak widzę. Szkoda...

Ty za to zmizerniałaś.

 

MAWKA dumnie

Zdaje ci się!

 

POKUŚNIK

Mówisz, że zdaje mi się? Daj popatrzeć.

 

Podchodzi do niej, Mawka się cofa.

 

Czemuś taka płochliwa? Wiem, że jesteś

 dawno po słowie - ani dotknę ciebie.

 

MAWKA

Precz! Nie drwij ze mnie.

 

POKUŚNIK

Daruj mi, jeżelim

uchybił ci niechcący... Słuchaj, Mawko,

to pobratymstwo zawrzyjmy.

 

MAWKA

Ja z tobą?

 

POKUŚNIK

Czemuż by nie? Toć przecie mamy jesień,

widzisz, że nawet słońce mniej przygrzewa

i w nas ostygła krew. Wszak my oboje

 byli smy kiedyś przyjaciółmi, później

bawiliśmy się czy kochali - nie wiem,

teraz braterstwa pora. Daj mi rękę.

 

Mawka z pewnym wahaniem podaje mu rękę.

 

Pozwól mi złożyć pocałunek bratni

na bladym twoim liczku.

 

Mawka odsuwa się, on jednak ją całuje.

 

Co za kwiaty

od razu na twych policzkach rozkwitły –

jesienne, powściągliwe, bez zapachu...

 

Trzymając ją wciąż za ręce, oziera się po polanie.

 

Spójrz, jak tam ulatuje babie lato,

jak krąży i unosi się na wietrze...

Tak ty i ja...

 

Nagle porywa ją w taniec.

 

Nad żółty łan

weźmy się, wznieśmy się

 w powietrzny tan!

Do gwiazd przeczystych,

 iskier złocistych,

jasnych i kraśnych płomieni strzelistych,

tego, co świeci,

tego, co leci,

 tego, co życie i wieczny ruch nieci!

 Ja mogę mknąć,

płonąć i niknąć,

kochana moja, ty iskrą mi bądź!

 

Coraz szybciej wirują w tańcu. Srebrzysty welon M a w k i wzbił się w górę niczym błyszcząca żmijka, rozplecione czarne warkocze splątały się z ognistymi kędziorami Pokuśnika.

 

MAWKA

Dość już... Nie szalej...

 

POKUŚNIK

Zapamiętalej

miła, bez przerwy w uścisku mym krąż!

Szczęście to zdrada,

więc bądź mu rada,

tym pożądańsze, że zmienia się wciąż!

 

Taniec staje się obłędny.

 

Rwijmy się,

wzbijmy się,

wichrem spowijmy się!

W wieczną

Słoneczną

 biegnijmy krainę!

 

MAWKA

Dość... Błagam, puść mnie... Omdlewam już... ginę.

 

Głowa jej osuwa mu się na ramię, ręce opadają, wlecze

ją w taniec zemdloną.

Nagłe spod ziemi wyłania się mroczna, zwalista, straszna

Zjawa.

 

ZJAWA

Oddaj, co moje. Puść ją.

 

POKUŚNIK

Zatrzymał się, wypuszcza z rąk Mawkę, która bezwład­nie osuwa się na trawę.

Ktoś ty taki?

 

ZJAWA

Zali mnie nie znasz? –

 “Ten, co w skale mieszka”.

 

Pokuśnik, zadygotał, jednym susem rzucił się do tylu i znikł w lesie. Mawka ocknęła się, uniosła się nieco, otwarła oczy szeroko i z przerażeniem spogląda na Z j a w ę, która wyciąga ku niej ręce.

 

MAWKA

Nie chcę,

Nie chcę do ciebie iść! Ja jeszcze żyję!

 

“TEN, CO W SKALE MIESZKA”

Ja zaprowadzę cię w daleki kraj,

nieznany kraj, gdzie ciche, ciemne wody

spokojnie śnią jak oczy za mgłą śmierci,

nad nimi piętrzą się milczące skały

jak nieme świadki spraw, co przemijały.

Spokojnie tam: z drzew żadne ani ziół

nie zaszeleści, rojeń nie przywieje,

 zwodniczych rojeń, by sen zamącały,

 i żaden wiatr tam nie przyniesie pieśni

o niedościgłej swobodzie; nie płonie

ogień trawiący; ostre błyskawice

o skały łamią się i nie zdołają

wedrzeć się w zamek ciemności i ciszy.

Zabiorę ciebie, bo tam przynależysz:

 bledniesz przy ogniu, od ruchu omdlewasz,

szczęście dla ciebie cieniem, tyś nieżywa.

 

MAWKA wstaje

Nie, żywa jestem! I żyć będę wiecznie!

Bo w sercu noszę coś, co nic umiera.

 

ZJAWA

Skąd niby o tym wiesz?

 

MAWKA

Stąd, że udrękę

 swoją miłuję i darzę ją życiem.

Gdybym na chwilę bodaj zapragnęła

zapomnieć o niej, odeszłabym z tobą,

ale mnie żadna na tym świecie siła

nie skusi, bym pragnęła zapomnienia.

 

W lesie zachrzęściły ludzkie kroki.

 

Nadchodzi, ten, który mi zadał mękę!

Giń, Maro! Zbliża się moja nadzieja!

 

“Ten, co w skale mieszka” cofa się w ciemny gąszcz i tam się przyczaja. Z lasu wychodzi Łukasz. Mawka idzie mu naprzeciw. Twarz jej odcina się śmiertelną bladością od jaskrawego ubioru, gasnąca na­dzieja rozszerzyła jej wielkie ciemne oczy, ruchy ma rap­towne i zamierające w bezsile, jak gdyby coś się w niej załamywało.

 

ŁUKASZ ujrzawszy ją

 

Jakaś ty straszna! Czego chcesz ode mnie?

 

Śpieszy do chaty, kolące do drzwi, matka otwiera mu nie wychodząc. Łukasz do matki na progu.

 

Szykujcie, mamo, dla starostów bochen,

jutro wyprawiam swatów do Kyłyny!

 

Wchodzi do chaty. Drzwi się zamykają.

 

“Ten, co w skale mieszka” wychodzi i zbliża się do M a w k i.

 

MAWKA zdziera z siebie purpurę

Zabierz mnie! Pragnę jeno zapomnienia!

 

“Ten, co w skale mieszka” dotyka M a w k i, któ­ra krzyknęła i opadła mu na ręce, on zaś narzuca na nią swą czarną opończę. Oboje zapadają się pod ziemię.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.