Łesia Ukrainka. Pieśń lasu - 04

 

AKT II

 

Późnym latem. Na ciemnym zmatowiałym listowiu w le­sie gdzieniegdzie przebija jesienna pozłota. Jezioro zma­lało, poszerzyła się płycizna przy brzegu. Szuwary szelesz­czą sucho skąpym listowiem.

Na polanie już pobudowano chatę, zasadzono ogródek. Na jednym łanie wybujała pszenica, na drugim żyto. Po je­ziorze pływają gęsi. Na brzegu suszy się bielizna, po krza­kach sterczą garnki i dzbanki. Trawa na polanie skoszona do czysta, pod dębem ustawiono stóg. Po lesie zberkoczą kołatki – gdzieś pasie się bydło. Słychać w pobliżu fu­jarkę, która wygrywa jakąś dziarską taneczną nutę.

 

MATKA ŁUKASZA

wychodzi z domu i woła

Hop-hop, Łukaszu! Gdzieś ty?

 

ŁUKASZ

wychodzi z lasu z fujarką i rzeźbionym kijaszkiem w ręku

Tutaj, matuś.

 

MATKA

Abo nie dosyć tego wygrywania?

Wciąż gra i gra, a ty, roboto, stój!

 

ŁUKASZ

Czy jest robota jakaś?

 

MATKA

Jak to jaka?

A kto miał płot postawić przy oborze?

 

ŁUKASZ

Dobra już, dobra, niebawem postawię.

 

MATKA

A kiedy przyjdzie wreszcie to “niebawem”?

 Bo ty byś ino cały dzień się włóczył

Z napaścią tą, co niby śnieg na głowę...

 

ŁUKASZ

A któż się włóczy? Przecie bydło pasę

i Mawka mi pomaga.

 

MATKA

Dobryś sobie

z taką pomocą!

 

ŁUKASZ

Samiście gadali,

że kiedy ona patrzy krów, to lepiej

doją się...

 

MATKA

Zawszeć to wiedźmowskie plemię!

 

 ŁUKASZ

Już nie wiadomo, czym by wam dogodzić

A czy nam nie dźwigała drzewa, gdyśmy

stawiali chatę? A kto taki sadził

 z wami rozsadę, zasiewał poletko?

A jeszcze jak pod oknem umaiła

rabatki – to aż oczom spojrzeć lubo!

 

MATKA

Na co te kwiatki! Przecie tu w zagrodzie

dziewuchy żadnej nie ma na wydaniu...

A jemu kwiatki i śpiewanie w głowie!

 

Łukasz wzrusza ramionami zniecierpliwiony i zbiera się do wyjścia.

Dokąd to?

 

ŁUKASZ

Ano oborę ogrodzić!

 

Wychodzi za chatę, niebawem słychać postukiwanie sie­kiery.

 

Mawka wychodzi z lasu przepysznie ukwiecona, z roz­puszczonymi warkoczami.

 

MATKA

niechętnie

Czegóż to?

 

MAWKA

A gdzie Łukasz jest, cioteczko?

 

MATKA

Czemuż ty wiecznie za nim? Nie przystoi

 dziewczynie tak uganiać za chłopakiem.

 

MAWKA

Tego mi jeszcze nie powiedział nikt.

 

MATKA

Więc choćby raz posłuchać nie zawadzi.

 

Wpija wzrok w Mawkę.

 

Czemużeś wiecznie taka rozczochrana?

Czasu ci brak uczesać się jak ludzie,

 ino jak wiedźma jaka. Nie uchodzi.

I co za łachy wciąż na sobie nosisz?

Do pracy w tym wychodzić nieporęcznie.

Mam coś tam jeszcze po córce-nieboszczce,

pójdziesz się ubrać – tam na kołku wisi,

a to, jak chcesz, ułożysz sobie w skrzyni.

 

MAWKA

Dobrze już, mogę się też i przeodziać.

 

Wchodzi do chaty, z której wychodzi wujek Lew.

 

MATKA

Podziękowałaby choć!

 

LEW

Co ty, siostro,

pomstujesz raz po raz na tę dziewczynę?

Albo to ona ci w czym zawiniła?

 

MATKA

Ty byś, brateńku, lepiej się nie wtrącał,

 jak nikt cię nie zaczepia! Ty byś jeszcze

sprowadził tutaj wszystkie wiedźmy z lasu.

 

LEW

Jakby do rzeczy było to gadanie,

tobym posłuchał, ale jak mi prawią

o “wiedźmach z lasu” – gdzież tam znaleźć wiedźmy?

Wiedźmy po wsiach mieszkają...

 

MATKA

To już ty

wyznasz się na tym... Co mi tam, przywabiaj

hałastrę leśną, to się kiedyś jeszcze

dopytasz licha!

 

LEW

To się i dopytam. W lesie hałastry żadnej nie ma, siostro,

za to są skarby wszelkie...

 

MATKA drwiąco

I co jeszcze?

 

LEW

A z takich dziewuch wyrastają ludzie!

 

MATKA

Jacy tam ludzie? Upiłeś się chyba!

 

LEW

Co ty wiesz? Dziad nasz nieboszczyk powiadał,

 że trzeba ino znać pomocne słowo,

bo w taką leśną dziewkę może wstąpić

dusza nie insza od tej, co w nas siedzi.

 

MATKA

A gdzież się wtedy z niej ulotni duch

wiedźmowski?

 

LEW

A ty jedno i to samo?

 Lepiej się wezmę za robotę jaką,

 zamiast mleć po próżnicy!

 

MATKA

Idź!

a bo ci bronię?

 

Lew wychodzi za chatę, gniewnie potrząsając głową.

 

Mawka wychodzi z chaty po przebraniu się: ma na so­bie koszulę z cienkiego perkalu, ciasno skrojoną i połata­ną na ramionach, wąską spódniczynę z drukowanej tkani­ny, włosy gładko zaczesane w dwa warkocze i owinięte wokół głowy.

 

MAWKA

Ja już się przebrałam.

 

MATKA

Tak to już co inszego. Ja już pójdę,

za ten czas to się obrządzę z kurami.

Już do konopi chciałam iść, a tutaj,

jak widać, wciąż robota nie skończona,

 a ty coś do niej niezbyt...

 

MAWKA

Ale skąd!

Jak tylko umiem, chętnie dopomogę.

 

MATKA

Otóż to właśnie, że niezbyt potrafisz,

z plewieniem to u ciebie byle jako,

jak siano dźwigać – rozbolała głowa...

Skoro i żąć tak będziesz...

 

MAWKA spłoszona

Jak to? Żąć?

Chcecie, ażebym żęła dziś?

 

MATKA

A niby

dlaczego nie? Czy mamy jakie święto?

 

Bierze zza drzwi w sionce sierp i podaje go Mawce

 

Masz tutaj sierp - popróbuj. Jak obrządzę,

to cię zastąpię.

 

Wychodzi za chatę biorąc z sieni rzeszoto z ziarnem. Nie­bawem słychać, jak woła: “Cipuchny! Cipuchny! Cip cip cip! Cip cip cip! Cip cip!...”

 Łukasz wychodzi z siekierą i podchodzi do młodego grabu, chcąc go ściąć.

 

MAWKA

Nie ruszaj, kochany,

przecie jest mokry, jak widzisz.

 

ŁUKASZ

Daj spokój!

Czasu nie starczy!

 

Mawka spogląda mu w oczy ze smutkiem.

 

No to daj mi suche...

 

MAWKA

spiesznie wywleka z lasu spore suche drzewo

Znajdę ci jeszcze – a dużo potrzeba?

 

 ŁUKASZ

A co? Tą jedną żerdzią mam ogrodzić?

 

MAWKA

Jakoś i ty zrobiłeś się niechętny.

 

ŁUKASZ

Bo matuś głowę suszą mi przez ciebie!...

 

MAWKA

Czego jej trzeba? I czego chce od nas?

 

ŁUKASZ

Toć synem jestem dla niej...

 

MAWKA

I co z tego?

 

ŁUKASZ

Wiesz, im nie widzi się taka synowa.

Oni leśnego rodu nie kochają...

i ty z nich świekrę niedobrą mieć będziesz!

 

MAWKA

W lesie nijakie świekry nie mieszkają.

Na co te wszystkie świekry i synowe –

nie pojmę zgoła!

 

ŁUKASZ

Synową mieć muszą,

bo im wyręki potrza – już są starzy.

A obcej wciąż zapędzać do roboty

nie godzi się... Najmitki to nie córki...

Prawda, że ty wszystkiego nie zrozumiesz...

Po to, by pojąć wszystkie ludzkie troski,

nie starczy ino w lesie przemieszkiwać.

 

MAWKA

szczerze

Tylko opowiedz mi, a ja zrozumiem,

bo przecie kocham ciebie... Zrozumiałam

wszystkie twe pieśni grane na fujarce.

 

ŁUKASZ

Pieśni! Toć nie za wiele w nich nauki.

 

MAWKA

O, nie lekceważ kwiatu swojej duszy –

z niego wyrosło nasze miłowanie!

A kwiat to bardziej niż paproć zaklęty –

bo skarby tworzy, nie odkrywa jeno.

Jak gdyby drugie serce mi przybyło,

kiedy ujrzałam go. W godzinie onej

zajaśniał dziw ognisty...

 

Nagle urywa.

Ty się śmiejesz?

 

ŁUKASZ

Go począć, kiedy na śmiech się zebrało...

Ubrała się na pole, a wygłasza

orację niby od wielkiego święta!

 

Śmieje się.

 

MAWKA targa na sobie ubranie

Spalę to wszystko!

 

ŁUKASZ

Ino graj w to mamie!

 

MAWKA

A co mi to, jeżeli w tym odzieniu

zmieniłam się dla ciebie!

 

ŁUKASZ

Masz ci los!

Teraz to już wymówki się rozpoczną...

 

MAWKA

Nie, miły, ja wymawiać ci nie będę,

jeno mi żal, że ci się nie udaje


samemu sobie dorównywać życiem.

 

ŁUKASZ

Jakoś ja nie rozumiem twojej mowy.

 

MAWKA

Ja, wystaw sobie, kocham cię najbardziej

za to, czego sam w sobie nie rozumiesz,

choć właśnie o tym śpiewa twoja dusza

głosem fujarki wyraźnie i szczerze...

 

ŁUKASZ

Cóż to takiego?

 

MAWKA

Coś piękniejsze jeszcze

od twej urody, miły mój chłopaku,

lecz ja wysłowić tego nie potrafię...

 

Chwilę trwa bez słowa, wpatrzona weń miłośnie i ze smutkiem.

 

Daj parę nutek posłyszeć, kochany,

niechże fujarka biedy zaczaruje!

 

ŁUKASZ

Ech, nie mam ci ja dziś na granie czasu!

 

MAWKA

Przytul mnie bodaj, żebym zapomniała

tej rozmowie.

 

ŁUKASZ

Ćśś! Matuś posłyszą!

tak cię bez ustanku przezywają

napaścią...

 

MAWKA wybuchnęła

Tak! Kto nie rósł między wami,

ten was nie pojmie! Cóż to niby znaczy,

że “napastuję”? To, że kocham ciebie?

Że pierwsza rzekłam? A bo to wstyd jaki

że serce mam nieskąpe, które skarbów

swych nie ukrywa, lecz ukochanego

obdarowało nimi jak najhojniej,

nie czekające, aż zastaw otrzyma?

 

ŁUKASZ

Ale z nadzieją, że mu się odwdzięczę.

 

MAWKA

I znowu dziwne, niepojęte słowo –

“odwdzięczę się”... Przecie mi dałeś dary,

jakie zechciałeś, i moje też były –

bez miarki i rachuby...

 

ŁUKASZ

To i dobrze,

że nikt nikomu nie pozostał dłużny.

 Sama tak przecie mówiłaś – pamiętaj.

 

MAWKA

Czemuż to właśnie mam pamiętać o tym?

 

MATKA

wychodzi zza chaty

To ty tak żniesz? A ty tak płotek stawiasz?

 

Łukasz pośpiesznie powlókł drzewo za chatę.

 

Jak nie masz chęci żyta żąć, dziewczyno,

to nie przymuszam. Ja już jakoś sama

 dam radę, a jesienią zobaczymy,

Bóg da, synową znajdę do pomocy.

Już się tam jedna wdówka dosyć żwawa

dopytywała o nas przez sąsiadów,

tom jej odrzekła, że skoro mój Łukasz

nie będzie przeciw... No, daj już, kochana,

 ten sierp, bo w domu innego nie mamy.

 

MAWKA

Ja będę żąć. Wy idźcie do konopi.

 

Matka idzie przez polanę ku jezioru i kryje się za si­towiem. Mawka robi zamach sierpem i schyla się nad żytem, z którego nagle wylania się Rusałka Polna;

jej zielony strój prześwieca miejscami przez płaszcz złotych włosów, okrywający całą jej drobną postać; na głowie ma modry wianek z bławatków, we włosy wplątały się różowawe kwiaty kąkolu, rumianek, brzózka.

 

RUSAŁKA POLNA

Z błaganiem rzuca się ku Mawce

 

Nie rusz mnie, siostrzyczko!

Oszczędź wdzięczne me liczko!

 

MAWKA

Muszę.

 

RUSAŁKA POLNA

Potargano moje szatki,

Zabrano mi wszystkie kwiatki,

wszystkie kwiatki - jasne słonka

powyrywano z zagonka!

Jarzył się czerwony mak,

teraz czarny po nim znak,

 jakby własną krwią się zbroczył

i bezsilnie w bruzdę stoczył...

 

MAWKA

Siostrzyczko, muszę! Twoja uroda

 o wiośnie wskrześnie bujna i młoda,

a kiedy moje szczęście zmarnieje,

 już nie zadnieje!

 

RUSAŁKA POLNA

zatamuje ręce i chwieje się z rozpaczy jak kłos na wietrze

 

O, warkoczu mój złocisty,

co go sroga ręka potnie,

 stroju mój weselny, czysty,

co go zniszczą bezpowrotnie!...

 

MAWKA

Długiego życia nie dano twej krasie,

na to wyrosła, by lec w swoim czasie.

Nic nie poradzę i darmo mnie proś,

nie ja, to inny przybędzie tu ktoś.

 

RUSAŁKA POLNA

Popatrz, siostrzyczko, jak mieni się fala

z krańca po kraniec,

pozwól nam pląsać radosny ów taniec,

dopóki lato pozwala,

dopóki ciężki nie wylegnie kłos,

niechaj na razie ominie nas los!

Chwilkę! Chwileczkę! Jedno mgnienie, droga!

Zanim się ugnie ma piękność uboga,

 skarbów swych nie utrzyma...

Siostro! Nie bądź jak zima

nieubłagana w swoim pochodzie!

 

MAWKA

Dałabym żyć wszystkiemu na swobodzie,

lecz dla mnie już skończyła się swoboda.

 

RUSAŁKA POLNA

 

szepce pochylając się nad ramieniem Mawki

 

Zali nie trafia się w polu przygoda,

że ostrze sierpa zrani kogoś w rękę?

Siostrzyczko! Spójrz na mą udrękę!

 Uroń krwi kroplę, a moja uroda

przetrwa - czyż trud to dla ciebie za duży?

 

MAWKA

 

Zacina się w rękę, krew obryzguje złote warkocze Rusał­ki Polnej

 

Masz, siostro, niech ci służy!

 

Rusałka Polna w podzięce skłania się nisko przed M a w k ą i znika w życie.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.