Łesia Ukrainka. Pieśń lasu - 03

 

Czas jakiś patrzy zamyślony na ognisko, po czym wstaje, odchodzi dalej od ognia i przechadza się po polanie, cicho-cichusieńko, ledwie słyszalnie przygrywając na fujarce.

W lesie zmierzcha, jednakże mrok nie jest gęsty, lecz przejrzysty, jak to bywa przed wschodem księżyca. Wokół ogniska błyski światła i załamujące się cienie jak gdyby odprawiały fantastyczny taniec; bliżej ognia kwiaty to rozbłyskują barwami, to gasną w półmroku. Na skraju lasu pnie osik i brzóz bielą się tajemniczo. Niecierpliwie wzdycha wiatr wiosenny obiegając skraj lasu i rozwiewając gałązki brzozy płaczącej. Mgła nad jeziorem białymi fałami dociera do czarnych zarośli, sitowie szepce coś turzycy kryjąc się we mgle.

Z gęstwiny wybiega Mawka. Biegnie szybko, jakby uciekała: włosy ma wzburzone, ubiór rozchełstany. Przy­stanęła na polanie, oglądając się za siebie, tuli rękoma serce, znów rzuca się w stronę brzozy i jeszcze raz przy­staje.

 

MAWKA

Szczere dzięki, nocko - czarodziejko miła,

za to, żeś ty liczko moje zasłoniła!

A i wam, leśne zawiłe dróżki,

coście przywiodły mnie tu do brzózki!

Skryj mnie u siebie, siostrzyczko, w potrzebie!

 

Kryje się pod brzozą, obejmując jej pień.

 

ŁUKASZ

podchodzi do brzozy; szeptem

To ty, Mawko?

 

MAWKA

Ja.

 

ŁUKASZ

Biegłaś?

 

MAWKA

Niczym wiewiórka.

 

ŁUKASZ

Uciekałaś?

 

MAWKA

Tak.

 

 ŁUKASZ

Przed kim?

 

MAWKA

Przed takim, co jak sam ogień.

 

ŁUKASZ

Gdzież on jest?

 

MAWKA

Ćśś!...Bo znów przyleci.

 

Milczenie.

 

ŁUKASZ

Jak ty drżysz! Słyszę nieomal, jak brzoza

kurczy się w sobie i liśćmi szeleści.

 

MAWKA

odsuwa się od brzozy

Niedobrze! Nawet przytulić się boję,

 a ustać trudno.

 

ŁUKASZ

To przytul się do mnie,

sił dość – podtrzymam, i jeszcze obronię.

 

Mawka nachyla się ku niemu. Stoją we dwójkę. Świa­tło księżyca zaczyna przenikać las, ściele się na polanie i dociera pod brzozę. W lesie rozlega się śpiewanie sło­wików i wszystkie glosy nocy wiosennej. Wiatr wzdycha gwałtownie. Z promienistych oparów wychodzi Rusałka i cichcem podgląda młodą parę. Łukasz, przygarniając do siebie Mawkę, coraz bliżej nachyla twarz ku niej i wreszcie całuje.

 

MAWKA

krzyknęła z bólu szczęścia

Och!... Gwiazda w serce wpadła!

 

RUSAŁKA

Cha, cha, cha!

 

Ze śmiechem i pluskiem rzuca się do jeziora.

 

ŁUKASZ przestraszony

Co to takiego?

 

MAWKA

Nie bój się, Rusałka.

Nie ruszy nas, bo się przyjaźni ze mną.

Swawolna jest i pożartować lubi,

ale nie zważam na to... Już nie zważam

na nic na świecie...

 

ŁUKASZ

To i na mnie?

 

MAWKA

Nie.

Tyś sam świat dla mnie, milszy i piękniejszy

niż ten, co znałam dotąd, a i ten

wypiękniał, odkądeśmy się złączyli.

 

ŁUKASZ

Tośmy się już złączyli?

 

MAWKA

Czyż nie słyszysz, jak nam słowiki dzwonią pieśń wesela?

 

ŁUKASZ

Słyszę... Już nie szczebiocą jak zazwyczaj

i nie kląskają, ale wyśpiewują:

“Całuj ją! Całuj! Całuj!”

 

Całuje ją długim, tkliwym, drżącym pocałunkiem.

 

Zacałuję

ciebie na śmierć.

 

Zrywa się wichura i zamieć białego kwiecia krąży wokół polany.

 

MAWKA

Nie, śmierć mi nie sądzona…

a szkoda...

 

ŁUKASZ

Coś ty powiedziała? Nie chcę!

 Com ja wymówił?!

 

MAWKA

Jak byłoby dobrze –

umrzeć jak gwiazda spadająca...

 

ŁUKASZ

Dość!

mówi, tuląc ją

 

Nie chcę słów takich słyszeć! Nie mów nic!

Nic nie mów!... Albo lepiej powiedz mi coś!

Dziwną masz mowę, lecz mi jakoś dobrze,

kiedy jej słucham... Czemu nic nie mówisz?

Gniewasz się na mnie?

 

MAWKA

Nie, ja słucham cię,

twego kochania...

 

Obejmuje rękoma jego głowę, zwraca ją twarzą do księ­życa i bacznie wpatruje mu się w oczy.

 

ŁUKASZ

Czemuż tak? Strach bierze,

jak ty oczyma zaglądasz w głąb duszy...

ja tek nie mogę! Mów, zażartuj sobie,

pytaj mnie, mów, że kochasz, śmiej się do mnie...

 

MAWKA

Głos czysty masz niby strumyczek w lesie,

lecz wzrok nieprzenikniony.

 

ŁUKASZ

To miesiączek

słabo przyświeca.

 

MAWKA

 Może...

 

Nachyla głowę nad jego sercem i nieruchomieje.

ŁUKASZ

Co ci? Słabo?

 

 MAWKA

Ćśś... Niechaj mówi serce... Niewyraźnie

 coś wypowiada jak nocka wiosenna.

 

ŁUKASZ

Nie ma tam czego słuchać! Nie potrzeba!

 

 MAWKA

Nie trzeba, mówisz? To nie trzeba, miły!

Nie trzeba, łuby! Szczęście moje, nie chcę,

nie będę się wsłuchiwać, mój ty dobry,

pieścić cię będę, moje ukochanie!

Lubisz pieszczoty?

 

ŁUKASZ

Z nikim ani razu

się nie kochałem. Nie wiedziałem nawet,

ze taka słodycz w miłowaniu!

 

Mawka pieści go namiętnie, aż ten wola z bólu roz­koszy.

 

Mawko!

ty duszę wyjmiesz ze mnie!

 

MAWKA

Wyjmę, wyjmę!

Zabiorę sobie twoją śpiewną duszę,

a serce ci omotam zaklinaniem...

Całować będę twoje usta kształtne,

by zapałały,

by rumieniały

 jak dzikiej róży płateczki szkarłatne!

I wabić oczy, co modro się mienią,

niech jasno błyszczą,

niech się roziskrzą

podobne drogocennym kamieniom!

 

Raptem klasnęła w dłonie.

 

Ale czym oczy miłego przynęcę?

Wszak dotąd wianka nie uplotłam!

 

ŁUKASZ

Głupstwo!

Bez kwiatów jesteś ładna.

 

MAWKA

Nie, ja pragnę

dla ciebie tak kwiatami się ozdobić

niby królewna leśna.

 

Biegnie na drugi koniec polanki, w dali od jeziora, w stronę kwitnących krzewów.

ŁUKASZ

Czekaj chwilę!

Sam cię ukwiecę.

 

Idzie ku niej.

 

MAWKA ze smutkiem

Ale już nieładne

kwiatki po nocy... ugasły kolory...

 

ŁUKASZ

Popatrz, świetliki są w trawie, nazbieram,

będą świeciły się w twoich warkoczach,

 to będziesz niczym w wianku z gwiazd.

 

Wkłada jej kilka świetlików we włosy.

Daj, niechaj

przypatrzę ci się... Jaka żeś ty piękna!

 

Nie mogąc się pohamować ze szczęścia, porywa ją w obję­cia.

Jeszcze nazbierać muszę. I ubiorę

cię klejnotami niczym królewiankę!

 

Szuka w trawie świetlików pośród zarośli.

 

MAWKA

A ja kaliny kwitnącej nałamię,

 co nie śpi, bo ją słowik ze snu budzi.

 

Łamie białe od kwiecia gałęzie i przystraja się nimi.

 

RUSAŁKA

znów wyłania się z oparów; szepce, zwrócona w stronę sitowia

 

Dzieciątka - Niechrzczeńce,

zaświećcie kagańce!

 

W sitowiu zamigotały dwa błędne ogniki. Ukazują się Niechrzczeńce, w dłoniach mają kaganki, które mi­gocą, to jasno rozbłyskując, to całkiem gasnąc. Rusałka przygarnia je do siebie i szepce ukazując w dali bia­łą postać Łukasza, majaczącą w mroku między kępa­mi.

 

Przypatrzcie się temu, co tam się błąka

 jak tatko wasz, ten, który was porzucił

i doprowadził do zguby mateńkę.

On nie powinien żyć.

 

I NIECHRZCZENIEC

Więc utop go!

 

RUSAŁKA

Ja nie śmiem. Dziadek leśny mi zabronił.

 

II NIECHRZCZENIEC

A myśmy mali, to nie poradzimy.

I malutcy,

i leciutcy,

w ręku ogieńki jaśniutkie,

wy jak łasice cichutkie –

tatarakiem suńcie wraz,

by nie słyszał Leśny was,

bo jak ściśnie,

ognik błyśnie –

 i już zgasł.

Błyskawicami przelećcie,

ścieżką wiedźcie,

w kępie się rozjarzcie blisko,

zaprowadźcie w trzęsawisko,

 gdzie podąży,

wnet się grąży

na dno bagna moja zdobycz…

Dalej - to już wiem, co robić!

No! Mig - mig!

 

NIECHRZCZEŃCE wyruszając, jeden do drugiego

Ty z tej, ja z tamtej strony,

spotkamy się u toni!

 

RUSAŁKA z uciechą

Poszły już.

 

Podbiega do bagniska i chlapie wodą za siebie. Zza kę­py wyskakuje Ku s y, młodziutki diabelski panicz.

 

Kusy, Kusy,

proszę o całusy!

 

Swawolnym ruchem wyciąga do niego rękę, Kusy ca­łuje.

 

KUSY

Za cóż to, kochanko?

 

RUSAŁKA

A ja ci śniadanko

przygotuję, byłeś nie przegapił sprawy.

 

Wskazuje z dala na Łukasza.

 

No cóż? Nie smakują ci takie potrawy?

 

KUSY

machnąwszy ręką

Dopóki nie w bagnie,

ino gardło pragnie!

 

RUSAŁKA

Będzie twój, nie kłamię!

Radość sprawisz swojej kobicie i mamie!

 

Kusy daje susa za kępę i znika. Rusałka w sitowiu wodzi oczyma za N i e c h r z c z e ń c a m i, które migocą w biegu, jarzą się, błyskają, snują się, przebiegają.

 

ŁUKASZ

szukając świetlików spostrzega błędne ognie

Jak piękne te świetliki! Latające!

Jeszczem nic widział takich! Ależ wielkie!

Muszę je złapać!

 

Ugania się to za jednym, to za drugim, niepostrzeżenie wciągają go w trzęsawisko.

 

MAWKA

Nie goń ich, miły!

Kochany, nie łap ich! To są Niechrzczeńce!

Nie wiada gdzie zaciągną!

 

Łukasz nie słyszy, roznamiętniony pogonią, i odbiega daleko precz od Mawki.

 

ŁUKASZ nagle zakrzyczał

Boże! Ginę!

Do bagna wpadłem. Ojej, wsysa! Wciąga!

 

Na krzyk jego przybiega Mawka, jednakże nie może się doń dostać, bo ugrzązł z dala od stałego brzegu. Rzuca mu koniec swojego pasa, przytrzymując drugi.

 

MAWKA

Chwytaj!

 

pas nie dosięga ręki Łukasza

 

ŁUKASZ

Oj, nie dosięga! Co to będzie?

 

MAWKA

rzuca się ku wierzbie, która stoi pochylona nad trzęsa­wiskiem

 

Wierzbo, matusiu rodzona, poratuj!

 

Prędko jak wiewiórka pnie się na wierzbę, zsuwa się po najdalszej gałęzi, rzuca znów pasek, który tym razem do­sięga - Łukasz chwyta za koniec, Mawka przyciąga go do siebie, po czym podaje rękę i pomaga mu wspiąć się na wierzbę.

Rusałka w sitowiu wydaje głuchy jęk rozczarowania i znika za mgłą. Niechrzczeńce też znikają.

 

WUJEK LEW budząc się od zgiełku

Ha!... Co takiego? Znowu jakaś mara?

Tfu, zgiń, przepadnij!

Rozgląda się.

Hop, hop, Łukasz! Gdzieś ty?

 

ŁUKASZ

Tu, wujku, jestem!

 

LEW

Co ty tu wyprawiasz?

Na wierzbę wlazł, i to z dziewuchą!

 

Łukasz schodzi z wierzby, Mawka tam pozostaje.

 

ŁUKASZ

Wujku!

Jużem się tu pogrążył w trzęsawisku,

bom wleciał w oko, ale ona mnie

wskazuje Mawkę

 

poratowała jakoś.

 

LEW

Czemuż ty obijasz się tu niczym jaka zmora?

 Toż ciemna noc!

 

ŁUKASZ

Łapałem w garść świetliki...

 

urywa

 

 LEW

dostrzega świetliki na Mawce

Ba! Jakbyś tak powiedział, tobym wiedział!

Teraz już widzę sam, czyja to sprawka.

 

MAWKA

Przecie uratowałam go, wujaszku.

 

LEW

Ciewy – “wujaszku”. Ładna siostrzenica!

A kto go skusił, żeby lazł w pułapkę?

 

Trzęsie głową z wyrzutem.

 

Ech, leśne plemię! Taka zacność wasza!...

No, niech no trafię na Leśnego Dziada,

to już nie wyrwie się – w dębowy pniak

wszczepię brodzisko jego jak pomiotło,

to będzie widział! Patrzcie go, podsyła

swoje dziewuchy, a sam niby nic!

 

MAWKA

prędko zbiega z wierzby

Nie, on nie winien! Niech królowa żmij

pokarze mnie, jeżeli to nieprawda!

 I ja niewinna jestem!

 

LEW

Teraz wierzę,

bo wiem, że to przysięga u was mocna.

 

ŁUKASZ

Ona uratowała minie, wujaszku,

 bo bez niej zginąłbym, na miły Bóg!

 

LEW

Ano, dziewuszko, choć ty nie masz duszy,

za to masz dobre serce. Daruj,

 żem zburczał ciebie w gorącości.

 

do Łukasza

 

Czemuś

za świetlikami pędził na bagnisko?

A bo to one w kępach się gromadzą?

 

ŁUKASZ

To były jakieś takie latające!

 

LEW

Ha! Toć je przecie znam! To są Niechrzczeńce!

Czekajcie ino, to jutro sprowadzę

pieski-wilczarze, wtedy zobaczymy,

kto tu zaskomli!

 

GŁOSIKI NIECHRZCZEŃCÓW

odzywają się żałośliwe, przypominając kumkanie żab

Nie, nie, dziaduniu!

 Myśmy nie chcieli,

myśmy w topieli

jagódki rwali.

Byśmy wiedzieli,

że ktoś tu gości,

byśmy siedzieli

na głębokości...

 Ach, mamo, strach!

 Już my we łzach!

 

LEW

Cie ich, jak spłoszyło się niewierne plemię,

pomiot wiedźmowski! A już niech tam z nimi,

ja dojdę, kto tu winien, kto nie winien.

 

do Łukasza

A co, czy nie czas do domu, siostrzanku?

Chodźmy pomału.

 

do Mawki

Bądź zdrowa, dziewczyno!

 

MAWKA

A jutro czy przyjdziecie? To pokażę,

gdzie tu jest dobre drzewo na budowę.

 

LEW

Widzę, żeś wypytała się o wszystko!

Bystra! Cóż, przyjdź, ja z wami oswojony,

to i wam z nami oswoić się trzeba.

Idziemy. Bywaj!

 

Wyrusza.

 

MAWKA

bardziej do Łukasza niż do Lwa

Ja będę czekała!

 

Łukasz pozostaje za wujem, ściska w milczeniu ręce Mawki, całuje ją bezgłośnie i doganiając wuja idzie z nim do lasu.

 

MAWKA

Obyś ty, nocko, co prędzej zbiegła!

Wybacz mi, kochana! Anim spostrzegła,

by który dzionek, gdy nie brak słońca,

był jak ty - szczęśliwa i jaśniejąca!

Czemuż cię, brzozo, smutek okrywa?

Spójrz na mnie, siostrzyczko, jakam szczęśliwa!

Nie roń, wierzbino, łez w wodę ciemną,

mój miły, mateczko, zostanie ze mną!...

Ojcze rodzony, ciemniuśki borze,

daleko do ranka jeszcze być może?

Nocka króciuśka - długa rozłąka...

Szczęście mi sądzone - a nuż udręka?

 

Księżyc kryje się za ciemną ścianą lasu, na polanę spłynę­ła ciemność, czarna jak aksamit. Już nic nie widać, jedy­nie z dołu tli zarzewie pozostawione po ognisku, a po wianku ze świetlików można odgadnąć, którędy przechodzi Mawka pomiędzy drzewami: wianek ów jaśnieje to ni­czym cały gwiazdozbiór, to pojedynczymi iskierkami, wre­szcie i jego okryła ciemność. Głęboka cisza jak o półno­cy, jedynie czasem w lesie słychać leciutki szmer, jak gdy­by westchnienie przez sen.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.