Łesia Ukrainka. Pieśń lasu - 02

 

Na nutę “Wiośnianki” odezwie się kukułka, po niej sło­wik, zajaskrawi się dzika róża, zabieleje liść kaliny, głóg rumieni się wstydliwie, nawet czarna bezlistna tarnina osypie się drobnym kwieciem. Mawka, oczarowana, ko­łysze się z lekka, uśmiecha się, aż jakiś smutek łzami na­pełnił jej oczy. Spostrzegł to Łukasz i przestał grać.

 

ŁUKASZ

Cóż ty, dziewczyno, płaczesz?

 

MAWKA

Czy ja płaczę?

Przesuwa dłonią po oczach.

Czyżby... Skąd znowu! To rosa wieczorna.

Słońce zachodzi... Popatrz, już gęstnieje mgła nad jeziorem...

 

ŁUKASZ

Ii, toć jeszcze wcześnie!

 

MAWKA

A co – do końca dnia nie spieszno tobie?

 

Łukasz potrząsa głową, że nie.

 

MAWKA

Czemu?

 

ŁUKASZ

Bo dziadek do dom zawołają.

 

MAWKA

A ty chcesz zostać ze mną?

 

Łukasz kiwa głową twierdząco.

Patrzcie no go –

Ty też podobnie rozmawiasz jak jesion.

 

ŁUKASZ śmiejąc się

Pora nauczyć się po tutejszemu,

 bo lato przyjdzie tu spędzić.

 

MAWKA ucieszona

Naprawdę?

 

ŁUKASZ

Od jutra już budować się zaczniemy.

 

MAWKA

Klecicie szałas?

 

ŁUKASZ

Nie, musi komorę,

albo i całą chatę.

 

MAWKA

Wy - to niczym ptaki

krzątacie się, wijecie swoje gniazda,

by je opuścić.

 

ŁUKASZ

Nie, my budujemy

na całe życie.

 

MAWKA

Na całe? Mówiłeś,

że jeno lato przemieszkacie tutaj.

 

ŁUKASZ zmieszany

Nie wiem z pewnością... Wujek powiadają,

że mi tu spłacheć dadzą i zagrodę,

bo mnie ma jesień żenić zamiarują...

 

MAWKA spłoszona

Z kim?

 

ŁUKASZ

Nie wiem. Dziadek nie mówią na razie,

może nie zmówili narzeczonej.

 

MAWKA

A sam nie wypatrzyłeś sobie jakiej?

 

ŁUKASZ

Może wypatrzyłbym, ino...

 

MAWKA

Co?

 

ŁUKASZ

Nie szło...

Zagrywa z cicha na fujarce coś bardzo smętnego, po chwili opuszcza rękę z fujarką i zamyśla się.

 

MAWKA

po chwili milczenia

A czy na długo ludzie się kojarzą?

 

ŁUKASZ

Na całe życie!

 

MAWKA

To tak jak gołębie...

Czasem im zazdrościłam, że tak tkliwie

gruchają sobie... Ja bo nic tkliwego

nie znałam w życiu oprócz jednej brzozy,

dlatego też nazywam ją siostrzyczką;

lecz ona mi za bardzo smętna zda się,

 taka skulona, blada i markotna,

że często płaczę, kiedy spojrzę na nią.

Olchy nie lubię - taka nieużyta;

osika lęk wciąż jakiś we mnie budzi,

a sama też się boi - wiecznie drżąca;

dęby są zbyt dostojne. Dzika róża

zaczepna jest, nie lepszy głóg z tarniną.

Jesion zaś, klon i jawor nieprzystępne.

Kalina tak się szczyci swą urodą,

że wszystko jej na świecie obojętne.

Zeszłego lata i ja byłam taka,

ale mi przez to jakoś dziś nieswojo.

Jak zastanowić się, to jestem w lesie

całkiem samotna...

 

Pogrąża się w zadumie.

 

ŁUKASZ

A co wierzba twoja?

Przecieżeś ją mateczką swą nazwała.

 

MAWKA

Ach, wierzba? Cóż... zimować dobrze u niej,

lecz latem... taka sucha jest, jak widzisz,

wciąż skrzypi, wciąż mii zimę przypomina...

Nie, i tak jestem sama, samiuteńka...

 

ŁUKASZ

Przecie nie same drzewa rosną w lesie –

macie tam mocy różnych zatrzęsienie.

z lekką kpiną

Już nie wypłakuj się, bo coś tam wiemy

o waszych pląsach, psotach i swawoli!

 

MAWKA

Wszystko to jak ów nagły podmuch wiatru

który przybiegnie, zakrąży i rzuci.

To nie tak, jak jest u ludzi - na zawsze!

 

ŁUKASZ podchodząc bliżej

A ty byś chciała?

 

Nagle rozlega się głośne nawoływanie wujka Lwa.

 

GŁOS

Hej tam, hej - Łukaszu!

 Hop-hop! Gdzie jesteś?

 

ŁUKASZ

Idę, dziadku, idę!

 

GŁOS

Chodźże no prędzej!

 

ŁUKASZ

A to ci gorączka!

 

odkrzykuje

Już idę, idę!

 

Zbiera się do drogi.

 

MAWKA

A czy wrócisz?

 

ŁUKASZ

Nie wiem.

 

Odchodzi w zarośla na brzegu.

 

Z gęstwy lasu wybiega Pokuśnik – urodziwy chłopak w czerwonym stroju, z czerwonawą bujną czupryną roz­wianą jak wicher, czarnobrewy, z błyskiem w oku. Chce objąć Mawkę, która się wymyka.

 

MAWKA

Nie ruszaj mnie!

 

POKUŚNIK

Czemuż to niby?

 

MAWKA

Idź

popatrzeć, jak ruń w polu się zieleni...

 

POKUŚNIK

A cóż obchodzi mnie ta ruń?

 

MAWKA

Tam przecie

twoja Rusałka Polna w życie mieszka.

Wszak ona z bujnej, soczystej zieleni

wieniec dla ciebie wije nie na darmo.

 

POKUŚNIK

Już zapomniałem.

 

MAWKA

To i mnie zapomnij.

 

POKUŚNIK

Nie bocz się tak! Chodź, polecimy razem!

Zaniosę ciebie na skraj gór zielonych –

tak przecie świerki pragnęłaś zobaczyć.

 

MAWKA

A teraz nie chcę.

 

POKUŚNIK

Nie chcesz? Czemuż to?

 

MAWKA

Bo odechciało mi się.

 

POKUŚNIK

Dziw nad dziwy!

Z jakiej przyczyny?

 

MAWKA

Odeszła mnie chętka.

 

POKUŚNIK

uwija się wokół niej pokuśliwie

Lećmy, pędźmy w góry, gdzie moje siostrzyce,

panny gór i dolin, swobodne wietrznice

w korowodzie mknąc okrążą okolicę

niczym błyskawice!

Miejsce to znajdziemy, gdzie kwitną paprocie,

gwiazdkę ci zerwiemy z nieba w skier migocie

i na wiecznym śniegu wybielimy w locie

cudny welon dla cię!

By leśną na czoło ci włożyć koronę,

Królowej-Smoczycy zawładniemy tronem

dzierżąc w garści twierdze gór niezwyciężone!

Bądź mi ukochaną!

Co wieczór i rano

w klejnotów zawieję

ciebie przyodzieję,

wieńce będę pleść

do tańca wieść,

i na skrzydłach nieść

nad purpurę morza, w której szczodre słonko

 co wieczora chowa skarbów swoich moc,

potem jasnej gwieździe zajrzymy w okienko,

 gwiazdka-prządka srebrne poda nam włókienko,

byśmy nim dziergali aksamitną noc.

 Zaś o świcie, kiedy obłoków gromada

zabieleje w niebie niby owcze stada,

żeby chłodną wodę pić ze strugi cichej,

odpoczniemy słodko na kwietnym...

 

MAWKA

Poniechaj!

 

POKUŚNIK

Co za gniew w tym głosie - jaka sroga mina!

 

smętnie i kpiąco zarazem

Tak to się ubiegłe lato zapomina?

 

MAWKA obojętnie

Zeszłoroczne lato dawno przeminęło!

Co wówczas śpiewało, to w zimie usnęło.

Wywietrzało z głowy!

 

POKUŚNIK napomykając

Wtedy - wśród dąbrowy?

 

MAWKA

Jagód szukałam, grzybów, idąc lasem...

 

POKUŚNIK

Moim tam śladem nie chodziłaś czasem?

 

MAWKA

Chmielu kędziorki zrywałam poza tym...

 

POKUŚNIK

Żeby mi były posłaniem puchatym?

 

MAWKA

Nie – by we włosy zaplatać je czarne!

 

POKUŚNIK

Myślałaś: może do serca przygarnę?

 

MAWKA

Nie – brzoza jeno tuliła mnie błogo.

 

POKUŚNIK

A przecie... wyznaj: kochałaś tam kogo?

 

MAWKA

Ha, ha, ha! Kto to wie?

Las może ci powie.

Ja pójdę pierwiosnki zaplatać we włosy...

 

Kieruje się do lasu.

 

POKUŚNIK

Uważaj - bo zimne wypłuczą je rosy!

 

MAWKA

Wiaterek powieje,

słoneczko przygrzeje,

rosy oschną łzy!

 

Znika w lesie.

 

POKUŚNIK

Zatrzymaj się krzynę,

bo bez ciebie ginę!

Gdzieżeś? Gdzieżeś ty?

 

Sam też biegnie do lasu. Chwilę jeszcze pomiędzy drze­wami miga jego czerwony strój i niczym echo rozlega się “Gdzieżeś ty...”

 

Las jeszcze mieni się czerwono w zachodzącym słońcu, po czym przygasa. Nad jeziorem gęstnieje biały opar.

 

Wujek Lew i Łukasz wychodzą na polanę.

 

LEW

burczy gniewnie

Przeklęty Wodnik! A bodajby usechł!

Ledwiem nałowił ryb i wypłynąłem

 łódeczką na kotlinę – chciałem bo

przeprawić się na drugi brzeg – a ten ci

jak swoim łapskiem w dno łodzi się wpije,

to ani rusz! O mało nie zatopił!

Lecz ja nie kiep, jakem mu w garść ucapił

 brodzisko, tom je jak kądziel namotał,

zza pasa kozik – i na miły Bóg –

ciachnąłbym! Ale ten nicpoń przeklęty

 jak bryknie – to dnem do góry łódeczkę!

Ledwiem się z duszą na brzeg wygramolił

i rybym stracił... A bodaj byś sczezł!

 

do Łukasza

 

Ty także czegoś się tu uczepiłeś –

 ja krzyczę, hukam, wołam – kamień w wodę.

Gdzieś się podziewał?

 

ŁUKASZ

Ano byłem tutaj,

fujarkę wycinałem.

 

LEW

Coś ty długo,

siostrzanie mój, wycinasz te fujarki!

 

ŁUKASZ niepewnie

A bo, wujaszku...

 

LEW

uśmiechnął się i złagodniał

Ty mi łgać się nie ucz,

boś jeszcze młody! Żal języka na to!

 Lepiej byś chrustu po lesie poszukał,

ognisko roznieć, to się choć wysuszę;

bo jakże iść do domu w takim stanie?

A nuż przydybie ta, zanim dojdziemy –

tfu, byle nie wymówić w złą godzinę,

 a potem duszę wytrząsać rozpocznie...

 

Łukasz idzie do lasu; słychać niebawem, jak chrzęści suchymi gałęźmi.

 

Wujek Lew siada pod dębem i próbuje skrzesać ognia, żeby zapalić fajkę.

A bo wykrzeszesz, człeku! Huba zmokła...

Krzesiwom zgubił... Aj, nie ma na ciebie

jasnej gorączki!... Może tam na dębie

świeża wyrosła?

 

Obmacuje dąb szukając huby. Z jeziora, z oparów wyła­nia się biała postać kobieca, bardziej przypominająca mglistą smugę niż człowieka; wyciągnięte do przodu dłu­gie białe ręce drapieżnie poruszają chudymi palcami, gdy się przybliża do wujka Lwa.

 

 

LEW

A cóż to za mara?

Wiem przecie. Dobrze, żem ujrzał zawczasu.

 

Opamiętawszy się wyjmuje z torby jakieś korzonki i zioła i wyciąga naprzeciw Marze, jakby zasłaniając się przed nią. Tamta cofa się nieco. On zaś zamawia dobit­nie, przyśpieszając coraz bardziej zaklęcie.

 

 

Sycząca pannico

Przepaśnico-Trzęsawico!

Idź sobie na kępy, na błotne ostępy,

gdzie ludzie nie chodzą, gdzie kury nie piją,

gdzie mój głos nie dotrze.

A tu nie masz chodzić,

białego ciała wędzić,

w żółtą kość nie wnikać,

czarnej krwi nie spijać,

 żywota nie skracać.

Oto piołun – naści,

skończ swoje napaści!

 

Mara cofa się w stronę jeziora i roztapia we mgle.

Nadchodzi Łukasz z naręczem chrustu, zrzuca przed wujkiem, wyjmuje z zanadrza krzesiwo i hubkę, i roz­nieca ogień.

 

ŁUKASZ

Grzejcie się, wujku.

 

LEW

Dzięki ci, siostrzanie,

że tak staremu wujkowi dogadzasz.

 

Rozpala fajkę od ognia.

To co inszego.

 

Układa się na trawie za ogniskiem, podłożywszy torbę pod głowę, pyka z fajki i mruży oczy patrząc w ogień.

 

ŁUKASZ

Może byście, wujku,

wspomnieli bajkę jakąś.

 

LEW

Patrzcie go!

Mały się zrobił!... A jakiej byś chciał?

 O Ochu-Dziwotworze? O Trzem-synu?

 

ŁUKASZ

Słyszałem o nich. Insze potraficie,

co ich nikt nie potrafi.

 

LEW po namyśle

No to słuchaj:

opowiem ci o Fali-królewiance.

 

Zaczyna spokojnym, śpiewnym, miarowym głosem.

 

Byłaby chata ciepła

 i ludziska dobrzy,

gadalibyśmy gadkę

i bajkę bajali

do samego świtu...

Za ciemnymi borami,

za głębokimi morzami,

za wysokimi górami

jest dziwny-przedziwny kraj,

gdzie króluje Uraj.

A w onym kraju słońce nie zachodzi,

miesiączek równo świeci,

a jasne gwiazdy po polu chodzą,

korowody wodzą.

A ta najpiękniejsza gwiazda miała syna,

 Białego Palanina,

co miał liczko białe

i obejście miłe,

złoty mu włos na wietrze wieje,

a srebrny oręż w ręku jaśnieje...

 

ŁUKASZ

Mieliście o królewiance...

 

LEW

Zaczekaj!

A jak Palanin Biały jął do lat dochodzić,

takie mu myśli jęły w głowie brodzić,

o życiu swoim zaczął rozważać:

 “Nade wszystkich, powiada, urodą się sławię,

a jaszczem doli swojej nie odnalazł prawie.

Ty mi, Gwiazdo-matko, poradź,

 jak się mam o nią postarać:

czy między bojarstwem,

przesławnym rycerstwem,

z książęcego rodu

czy też prostego ludu?

Boć jeno jaka carówna

byłaby mi równa...”

 

Ogarnia go senność.

Poszedł zatem nad morze modrzejące

i rozłożył na brzegu naszyjnik perłowy...

 

ŁUKASZ

Coś pominęliście, wujku, po drodze.

 

LEW

Czyżby?... Ty ino nie przerywaj gadki!

…A tu na morzu fala z przeciwka nadbiega,

a z onej fali wyleciały konie

jak żar czerwone

 i do kolasy kraśnej zaprzężone...

A w tej kolasie...

 

Ucicha, zmorzony snem.

 

ŁUKASZ

A któż był w tej kolasie? Królewianka?

 

LEW przez sen

Co? Jaka królewianka?...

 

ŁUKASZ

Jużeście zasnęli!

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.