Jana ze Wzgórza Latarni-9

XXXVI

Dotychczas pobyt Jany na Wzgórzu Latarni niczym się specjalnie nie odznaczył. Nawet kiedy boso wdrapała się na dach przybijać gonty, wywołało to jedynie lokalną sensację i tylko pani Snowbeamowa bardzo się zgorszyła. I znów powtórzyła, że to dziecko nie cofnie się przed niczym.

Aż tu nagle Jana znalazła się w nagłówkach gazet. Gazety Charlottetown przez dwa dni poświęcały jej całą pierwszą stronę, a nawet dzienniki Toronto zamieściły jej fotografię, a także fotografię lwa. Można sobie wyobrazić, co działo się na Wesołej. Babka przyjęła to bardzo źle.

— Zupełnie jakby chodziło o cyrkówkę — oświadczyła dodając, że tego właśnie należało oczekiwać.

Matka pomyślała, acz nie powiedziała tego głośno, że nikt nie mógł oczekiwać, iż Jana będzie spacerować po Wyspie Księcia Edwarda prowadząc za grzywę lwa.

Od paru dni plotkowano o lwie. Do Charlottetown przybył niewielki cyrk i utrzymywano, że z tego cyrku uciekł lew. Istotnie, ci, co poszli do cyrku, nie widzieli w nim żadnego lwa. Panowało wielkie podniecenie. Kiedyś już z cyrku uciekła małpa, ale lew?! Mówiono, że widziano go to tu, to tam, wymieniając odległe od siebie miejscowości, nikt jednak nie widział go na własne oczy. Twierdzono, że znikają prosięta i cielaki. I ponoć jakaś krótkowzroczna dama z Royalty poklepała go po łbie, mówiąc: „Dobry piesek”. Ale to była niepotwierdzona pogłoska. Ludzie z Royalty z oburzeniem przeczyli, żeby wałęsał się u nich jakiś lew. Takie plotki gotowe są odstraszyć turystów. — Ja to go na pewno nie zobaczę — westchnęła posępnie pani Luiza Lyons. — Człowiek jest przykuty do łóżka i omijają go wszystkie przyjemności. Pani Luiza od trzech lat była inwalidką, która bez pomocy nie mogła zrobić kroku, ale i tak wiedziała o wszystkim, co dzieje się w Zakątku i na Wybrzeżu Królowej, i w Górnej Przystani.

— Nie wierzę w tego lwa — oznajmiła Jana, która załatwiwszy w Zakątku sprawunki zajrzała do pani Lyons. Pani Lyons bardzo lubiła Janę, choć miała do niej o jedno żal. Oto nigdy nie udało się jej wyciągnąć z niej słówka na temat ojca, matki i panny Liii Morrow. A próbowała!

— Ta mała umie milczeć jak grób — skarżyła się pani Luiza.

— To skąd by się wzięła ta pogłoska? — spytała Jany.

— Większość osób uważa, że w tym cyrku nie było lwa albo zdechł, i właściciel cyrku wymyślił tę ucieczkę, żeby ci, co przychodzą go zobaczyć, nie byli wściekli.

— Ale przecież właściciel wyznaczył nagrodę za jego odnalezienie.

— Raptem dwadzieścia pięć dolarów. Gdyby lew istniał, wyznaczyliby większą nagrodę.

— Ale go widziano.

— Pewnie ktoś sobie tylko wyobraził, że widzi lwa.

— A ja sobie nawet nie mogę wyobrazić — jęczała pani Luiza. — I nie mogę udać, że sobie wyobraziłam. Nikt nie uwierzy, że lew wszedł po schodach do mojego pokoju. A gdybym go zobaczyła, to nareszcie moje nazwisko pojawiłoby się w gazecie. Nazwisko Marty Talling dwa razy w tym roku pojawiło się w gazecie. Niektórzy mają szczęście.

— Siostra Marty Talling zmarła w zeszłym tygodniu.

— Sama widzisz! — oświadczyła pani Luiza rozgoryczonym tonem. — Teraz Marta będzie mogła nosić żałobę. Nigdy nie miałam okazji chodzić w żałobie. W naszej rodzinie od trzech lat nikt nie umarł. A w czarnym było mi zawsze do twarzy. Tak, Jano, człowiek musi się pogodzić z własnym losem, zawsze to mówiłam. Dziękuję ci, że wpadłaś. Zawsze powtarzam Mattie: „Mów, co chcesz, ta Jana Stuart bardzo mi się podoba. To nie jej wina, że ma ojca dziwaka”. Jano, uważaj na zakręt schodów. Już od roku nie schodziłam na dół, ale na tym zakręcie ktoś na pewno skręci kark.

Zaraz następnego dnia Jana z Polly, Goncikiem, Karolką, Punchem, Min, Ding–Dongiem, Penny i Małym Jasiem wybrali się całą gromadą zbierać czarne jagody na uroczysku obok Górnej Przystani i wracali na skrót przez pastwiska. I w małym lasku, gdzie stała stara stodoła Marcina Robbina, spotkali się twarzą w twarz z lwem.

Stał sobie wśród złotych rózeg w cieniu świerków. Zatrzymali się jak wryci. Potem wrzasnęli jak jeden mąż — Jana też — upuścili wiaderka i pobiegli pędem do stodoły. Za nimi poczłapał lew. Znów zaczęli krzyczeć. Nie zdążyli zamknąć spaczonych wrót. Wspięli się po drabinie, która złamała się, gdy Mały Jaś właził po niej na belkę, na której już wszyscy siedzieli zbyt zziajani, by dalej krzyczeć.

Lew stał we wrotach w słońcu i wymachiwał ogonem. Jana przyszła do siebie i zauważyła, że lew jest chudy i wyleniały, ale i tak wyglądał dość imponująco i nie dało się zaprzeczyć, że jest lwem.

— On tu wchodzi — jęknął Ding–Dong.

— Czy lwy umieją się wdrapywać! — szepnęła Goncik.

— Ch–chyba nie — wyjąkała Polly szczękając zębami.

— Koty potrafią, a lew jest dużym kotem — oznajmił Punch.

— Nie rozmawiajcie — poprosiła Min — bo gotów się rozzłościć. Siedźmy cicho, to może sobie pójdzie.

Lew nie zamierzał odejść. Wszedł do stodoły, rozejrzał się i położył z miną lwa, który ma mnóstwo czasu.

— Wydaje się spokojny — szepnął Ding–Dong.

— Pewnie nie jest głodny — zauważył Mały Jaś.

— Nie gadajcie — błagała Min. — On wcale nie zwraca na nas uwagi — oświadczyła Jana. — Niepotrzebnieśmy uciekali. Nic by nam nie zrobił.

— Sama uciekałaś, aż dudniło — zauważył Penny Snowbeam. — Założę się, że też się trzęsłaś ze strachu.

— No jasne. To było takie nieoczekiwane. Mały Jasiu, przestań się trząść. Spadniesz z belki.

— B–boję się — wyznał bez wstydu Mały Jaś.

— A śmiałeś się ze mnie wczoraj wieczór, że boję się przejść koło pola kapusty — złośliwie zauważyła Karolka. — A teraz widzisz!

— Nie wymądrzaj się! Lew to nie kapusta — jęczał Mały Jaś.

— Oj, wy go w końcu rozgniewacie — zawodziła Min.

Lew nagle ziewnął. „On wygląda zupełnie jak ten poczciwy stary lew z czołówki filmowej” — pomyślała Jana. Przymknęła oczy.

— Czy ona się modli? — spytał szeptem Ding–Dong.

Jana zastanawiała się. Jeśli tato ma dostać na kolację swoje ulubione smażone kartofle, to ona za chwilę powinna być już w domu. I Mały Jaś był zupełnie zielony na twarzy. Gotów się pochorować. Uznała, że lew jest zmęczonym, nieszkodliwym starym zwierzakiem. Cyrkowcy twierdzili, że jest łagodny jak baranek. Jana otworzyła oczy.

— Zaprowadzę tego lwa do Zakątka i zamknę go w starej szopie Jerzego Tannera — oświadczyła. — Chyba że wszyscy razem wymkniemy się z tej stodoły i zamkniemy go tutaj.

— Jano… nie… nie możesz…

Lew parę razy uderzył ogonem o ziemię. Protesty umilkły.

— No to ruszam. Mówię wam, że on jest całkiem oswojony i nieszkodliwy. Ale siedźcie tu spokojnie, nim go nie wyprowadzę, i niech żadne z was nie waży się krzyknąć.

Patrzyli więc z wybałuszonymi oczyma i z zapartym tchem, jak Jana przesuwa się po belce w stronę ściany i potem złazi w dół. Podeszła do lwa i oświadczyła:

— Chodź.

I lew wstał.

W pięć minut później Jakub MacLean wyjrzał z kuźni i zobaczył Janę Stuart prowadzącą lwa za grzywę. Kiedy Jana i lew, którzy wydawali się bardzo zaprzyjaźnieni, znikli za rogiem kuźni, Jakub usiadł na kowadle i otarł pot z twarzy.

— Wiedziałem, że nie jestem całkiem zdrów na umyśle, ale żeby aż tak!

Juliusz Evans wyjrzał z okna sklepu i też nie uwierzył własnym oczom. To niemożliwe — to po prostu nie mogło się zdarzyć. Albo śpi, albo jest pijany, albo oszalał. Przecież kuzyn jego ojca spędził rok w szpitalu dla psychicznych. To może być rodzinne. Łatwiej było mu uwierzyć we własną chorobę niż w to, że widzi Janę Stuart prowadzącą lwa!

Mattie Lyons wbiegła do pokoju matki zawodząc głośno.

— Co się stało? — spytała Luiza. — Drzesz się jak opętana.

— Mamo, mamo, Jana Stuart prowadzi tu lwa.

Pani Luiza zerwała się z łóżka, podbiegła do okna i dojrzała jeszcze znikający ogon lwa.

— Muszę zobaczyć, co ta dziewczynka wymyśliła! — Zostawiła zrozpaczoną Mattie, która stojąc nad jej łóżkiem załamywała ręce, i zbiegła po niebezpiecznych schodach jak za swoich najlepszych czasów. Mieszkająca obok pani Parkerowa, która miała słabe serce, omal nie umarła z wrażenia widząc, jak pani Luiza hasa po jej ogrodzie.

Pani Luiza zdążyła zobaczyć, jak Jana prowadzi lwa przez pastwisko pana Tannera w stronę jego szopy. Stanęła i wpatrywała się, jak Jana otwiera wrota, zapędza lwa do środka i zamyka wrota na skobel. Po czym usiadła na grządce rabarbaru i Mattie musiała wezwać sąsiadów, by odnieśli ją do łóżka.

Wracając do domu Jana wstąpiła do sklepu i poprosiła bladego z przerażenia Juliusza Evansa, który wciąż stał oparty o ladę, by zadzwonił do Charlottetown i zawiadomił cyrk, że lew jest do odebrania w stodole pana Tannera. Tatę zastała w kuchni, wyglądał jakoś kiepsko.

— Jano, masz przed sobą ruinę człowieka — powiedział zdławionym głosem.

— Tato, co ci się stało?

— Co się stało, powiada spokojnie! Nie wiesz i mam nadzieję, że nigdy się nie dowiesz, co przeżywa człowiek, który rozmawiając o skandalicznie niskich cenach jajek z panią Dawidową Gardiner wyjrzał przypadkowo przez okno i zobaczył, jak jego córka — jego jedyna córka — kroczy beztrosko, prowadząc lwa. Człowiek myśli, że nagle oszalał, zastanawia się, co naprawdę było w szklaneczce wina porzeczkowego, którym poczęstowała go pani Gardiner. Biedna pani Dawidowa! Skarżyła się, że na ten widok wywróciły jej się wnętrzności. Może jej to przejdzie, ale nigdy już nie będzie tą samą kobietą.

— To był tylko oswojony stary lew — oświadczyła niecierpliwie Jana. — Nie rozumiem, dlaczego wszyscy robią o to tyle hałasu.

— Jano, moja najmilejsza Jano, zlituj się nad nerwami twego biednego ojca i nigdy więcej nie spaceruj po okolicy z lwami, nawet gdyby były najbardziej oswojone.

— Przecież na pewno nie zdarzy się już taka okazja — odparła rozsądnie Jana.

— To prawda — zgodził się tato udając ulgę. — Rzeczywiście, nie wejdzie ci to w przyzwyczajenie. Ale pamiętaj, Jano, jeśli kiedyś strzeli ci do głowy, żeby sprowadzić do domu ulubionego ichtiozaura, uprzedź mnie. Nie jestem już taki młody.

Jana nie rozumiała, czemu tyle się o tym mówi. Bynajmniej niej uważała się za bohaterkę.

— Z początku się go przeraziłam — zwierzyła się Kubusiom. — Ale przestałam się bać, kiedy ziewnął.

— Teraz będziesz na nas patrzyć z góry — zauważyła smętnie i Karolka, gdy zdjęcie Jany ukazało się w gazetach. Sfotografowano osobno Janę, osobno szopę i osobno lwa. Wszyscy, którzy widzieli Janę z lwem, stali się ważnymi osobistościami. Pani Luiza była wniebowzięta.

Jej zdjęcie również zamieszczono w gazecie, nie zapomniano także o grządce rabarbaru.

— Teraz mogę umrzeć i umrę szczęśliwa. Nie zniosłabym, gdyby ukazało się zdjęcie pani Parkerowej, a moje nie. W ogóle nie rozumiem, czemu ją sfotografowano. Widziała tylko mnie, a nie ciebie i lwa. No cóż, są ludzie, którzy wszędzie potrafią się wepchnąć.

Jana przeszła do historii Wybrzeża Królowej jako dziewczynka, która uważa za coś naturalnego małą przechadzkę w towarzystwie lwów.

— Ta mała nie wie, co to strach — powtarzał Milowy Krok przechwalając się na lewo i na prawo przyjaźnią z Jana.

— Od pierwszej chwili wiedziałem, że ona jest nieprzeciętna — wtórował mu Wuj Nagrobek.

Pani Snowbeamowa przypominała wszystkim, że zawsze twierdziła, iż to dziecko nie cofnie się przed niczym. A Ding–Dong i Punch Garland będą sobie na starość przypominali: „Pamiętasz, jak razem z Jana Stuart zapędziliśmy tego lwa do szopy Tannerow?”

 

 

 

XXXVII

Pod koniec sierpnia nadszedł poplamiony łzami list od Finki i Jana spędziła bezsenną noc. Finka pisała, że nieodwołalnie czeka ją sierociniec. „Panna West w październiku sprzedaje swój pensjonat — pisała Finka. — Płaczę i płaczę. Nie chcę iść do sierocińca. Mam tylko Ciebie i więcej Cię nie zobaczę. Jano, wiesz, to wszystko jest niesprawiedliwe, nie panna West, ale życie…

Jana też uważała, że życie nie jest sprawiedliwe. Wiedziała, że gdy zniknie Finka, życie na Wesołej stanie się jeszcze smutniejsze. Ale ważniejsza była rozpacz Finki i choć Jana podejrzewała, że Fince będzie pewnie lżej w sierocińcu niż w pensjonacie, gdzie była bezpłatną zaharowaną sługą, w pełni podzielała jej zmartwienie. Była tak przygnębiona, że zauważył to Milowy Krok, gdy przyniósł jej z przystani świeże makrele.

— Będziesz miała jutro na obiad.

— Jutro jest czwartek, więc jemy wołowinę z kapustą — oświadczyła zgorszonym tonem Jana. — Ale dziękuję ci. Na piątek będą jak znalazł.

— Jakoś masz kwaśną minę, panno pogromczyni lwów. Jana zwierzyła mu się:

— Nie masz pojęcia, ile ta biedna Finka musiała się już w życiu nacierpieć.

Milowy Krok pokiwał głową.

— Wiem. Kazano jej harować, nie dawano chwili spokoju i nikt nigdy nie powiedział jej dobrego słowa. Biedna mała.

— Ma tylko mnie. A jak będzie w sierocińcu, przestanie mnie widywać.

— No tak — Milowy Krok poskrobał się w głowę. — Musimy coś wymyślić, Jano, musimy coś wymyślić. Ruszmy mózgownicą!

Jana myślała i myślała, a Milowemu Krokowi przyszedł do głowy pewien pomysł.

Następnego dnia przyszedł i powiedział:

— Szkoda, że Finka nie nada się pewnie pannom Titus. Już od roku powtarzają, że chciałyby zaadoptować dziecko, ale nie mogą się zdecydować jakie. Justyna chciałaby dziewczynkę, a Wioletta chłopca, obie co prawda wolałyby bliźniaki bez względu na ich płeć. Ale o bliźniaki trudno, więc zrezygnowały z tego pomysłu. Wioletta chce wziąć ciemną dziewczynkę z czarnymi oczami, a Justyna jasną z niebieskimi. Wioletta chciałaby dziesięcioletnią, a Justyna siedmioletnią. Ile lat ma Finka?

— Tyle co ja, dwanaście.

Milowy Krok zasępił się.

— Nie wiem. Chyba za stara dla nich. Ale co szkodzi spróbować? Nigdy nie da się przewidzieć, co one zrobią.

— Pójdę dziś do nich zaraz po kolacji — postanowiła Jana.

Była tak podekscytowana, że posoliła mus z jabłek i nikt nie mógł go wziąć do ust. I zaraz po zmywaniu — tego wieczoru dość pobieżnym — Jana wybiegła z domu.

Nad przystanią pięknie zachodziło słońce, a policzki Jany zaróżowiły się od pięknych pocałunków wiatru. Weszła w wąską, pachnącą alejkę prowadzącą do domu panien Titus rosnące tu drzewa zdawały się pragnąć dotknąć każdego, kto tędy przechodził. Duże gościnne stare domostwo przesiąkło słońcem stu lat. Panny Titus siedziały w kuchni przed ogniem na kominku. Justyna robiła na drutach, a Wioletta krajała ciągutki, przepisu na te ciągutki nie chciały zdradzić mimo wielu próśb Jany.

— Chodź, kochanie. Jak miło, że wpadłaś — powiedziała serdecznie Justyna, choć z niejaką obawą spojrzała na drzwi, niepewna, czy za Jana nie pojawi się lew. — Tak dziś chłodno, że zdecydowałyśmy rozpalić ogień. Siadaj. Wioletto, poczęstuj Janę ciągutkami. Jakże ona urosła!

— I wyładniała — dorzuciła Wioletta. — Ma śliczne oczy, prawda siostrzyczko?

Panny Titus zwykły — było to dosyć dziwne — mówić o Janie tak, jakby jej nie było. Janie to nie przeszkadzało, choć uwagi były czasem niezbyt pochlebne.

— Jak wiesz, ja wolę niebieskie oczy — odparła Justyna. — Ale Jana ma piękne włosy.

— Jak na mój gust trochę za jasne. Zawsze zachwycałam się czarnymi włosami.

— W gruncie rzeczy naprawdę piękne włosy powinny być złociste — zaprzeczyła Justyna.

— I ma zbyt wystające kości policzkowe. Ale śliczne wysokie podbicie stóp.

— Strasznie jest opalona — westchnęła Wioletta. — Słyszałam, że to modne. Kiedy my byłyśmy młode, dbałyśmy o cerę. Pamiętam, że matka, ilekroć wychodziłyśmy z domu, kazała nam wkładać kapelusze od słońca — różowe prześliczne kapelusiki.

— Różowe! Wcale nie różowe, tylko niebieskie — zaprotestowała Justyna.

— Różowe — powtórzyła stanowczo Wioletta.

— Błękitne — równie stanowczo zaprzeczyła Justyna.

Przez dziesięć minut spierały się o kolor kapelusików. Kiedy sprzeczka zaczęła przechodzić w kłótnię, Jana wtrąciła się oznajmiając, że za dwa tygodnie ma się odbyć ślub Mirandy Garland. Panny Titus tak się podekscytowały, że zapomniały o kapelusikach.

— Za dwa tygodnie? Tak nagle? Wiem, że ma wyjść za Neda Mitchella. Słyszałam o zaręczynach — one też wydawały mi się przedwczesne, chodzili z sobą raptem sześć miesięcy, ale nie przypuszczałam, że tak zaraz mają się pobrać — zauważyła krytycznie Wioletta.

— Pewnie Miranda się boi, żeby nie zwabiła go jakaś szczuplejsza dziewczyna.

— Przyspieszyli datę ślubu, żebym mogła być druhną — wyjaśniła z dumą Jana.

— Przecież ona ma zaledwie siedemnaście lat — powiedziała Wioletta.

— Dziewiętnaście, siostrzyczko — powiedziała Justyna.

— Siedemnaście!

— Dziewiętnaście!

Jana przerwała te wymianę zdań, która znów trwałaby co najmniej dziesięć minut, oświadczając, że Miranda ma lat osiemnaście.

— Cóż, nie tak trudno jest wyjść za mąż — stwierdziła Justyna. — W obecnych czasach trudniej jest wytrwać w małżeństwie.

Jana drgnęła. Wiedziała, że Justyna nie zamierzała zrobić jej przykrości. Ale przecież jej rodzice nie wytrwali w małżeństwie.

— I tak Wyspa Księcia Edwarda pod tym względem może świecić przykładem — oznajmiła Wioletta. — Tylko dwa rozwody od czasu Konfederacji, a to już sześćdziesiąt pięć lat.

— Tylko dla prawdziwe rozwody — przyznała Justyna. — Ale co najmniej pół tuzina tych lipnych rozwodów w Stanach. I mówią, że znów zapowiada się taki rozwód.

Wioletta ostrzegawczo spojrzała na Justynę, ale Jana tego na szczęście nie zauważyła, bo zakłóciłoby to jej spokój ducha. Za to doszła do wniosku, że nie może dłużej czekać na okazję, gdyż ta może się nie pojawić, i musi wprost wyjawić powód swojej wizyty.

— Słyszałam, że panie chcą zaadoptować dziecko? — spytała nie owijając rzeczy w bawełnę.

Siostry znów wymieniły spojrzenia.

— Zastanawiamy się nad tym już od paru lat — przyznała Justyna.

— W końcu obie zgodziłyśmy się wziąć dziewczynkę — westchnęła Wioletta. — Ja wolałabym chłopca, ale Justyna zwróciła mi uwagę, że żadna z nas nie wie, jak ubrać chłopca. I zabawniej będzie ubierać dziewczynkę.

— Małą siedmioletnią dziewczynkę z błękitnymi oczami i jasnymi loczkami — sprecyzowała stanowczo Justyna.

— Dziesięcioletnią dziewczynkę z kruczymi włosami i czarnymi oczami — równie stanowczo oświadczyła Wioletta. — Ja, siostrzyczko, ustąpiłam ci w sprawie płci, ty powinnaś więc ustąpić mi w sprawie wieku i wyglądu.

— Co do wieku możemy dyskutować, ale o wyglądzie — nie.

— Mam dla pań najodpowiedniejszą dziewczynkę — zebrała się na odwagę Jana. — To moja przyjaciółka z Toronto, Finka Turner. Jestem pewna, że ją panie pokochają. Czy mogę paniom o niej opowiedzieć?

I Jana opowiedziała. Nie pominęła niczego, co przemawiałoby na korzyść Finki. A potem zamilkła. Jana zawsze wiedziała, kiedy należy zamilknąć.

Panny Titus także milczały. Justyna robiła na drutach, a Wioletta skończywszy krajać ciągutki zabrała się do szydełkowania. Od czasu do czasu spoglądały na siebie i znów opuszczały wzrok. Ogień przyjaźnie trzeszczał.

— Czy ona jest ładna? — spytała w końcu Justyna. — Nie chciałybyśmy wziąć brzydkiego dziecka.

— Kiedy dorośnie, będzie bardzo przystojna — poważnie odpowiedziała Jana. — Ma prześliczne oczy. Ale jest strasznie chuda i nie ma ani jednej przyzwoitej sukienki.

— Czy nie jest rozhukana? — spytała Wioletta. — Nie lubię rozhukanych dziewczyn.

— Nie, wręcz przeciwnie — uspokoiła ją Jana, ale okazało się, że był to błąd, bo Justyna oświadczyła, że ona lubi dziewczynki z ikrą.

— Chyba nie będzie chciała nosić spodni? — spytała Wioletta.

— Teraz mnóstwo dziewczynek nosi spodnie.

— Jestem pewna, że Finka nie włoży nic, co się paniom nie spodoba — odparła Jana.

— Ostatecznie niechby dziewczęta nosiły spodnie, byleby nie mówiły o nich portki — dorzuciła Justyna. — I nie ma mowy o pidżamach. Nigdy nie zgodzę się na pidżamę.

— Oczywiście, nie ma mowy o pidżamach — zawtórowała Wioletta.

— A co będzie, jeśli ją sprowadzimy i nie uda nam się jej pokochać?

— Finki nie można nie pokochać — zawołała porywczo Jana. — Jest urocza.

— Ona chyba… — zawahała się Justyna — chyba nie narazimy się… mam nadzieję, że nie groziłoby nam robactwo?

— Z całą pewnością — odpowiedziała zgorszona Jana. — Przecież ona mieszka na Wesołej. — Po raz pierwszy w życiu Jana wystąpiła w obronie ulicy Wesołej. Ostatecznie także ulicy Wesołej należało oddać sprawiedliwość. A Jana była pewna, że na Wesołej nie mogło być insektów.

— Nawet gdyby… gdyby… to przecież istnieją gęste grzebienie — bohatersko zauważyła Wioletta.

Justyna ściągnęła brwi.

— W naszej rodzinie, Wioletto, nigdy nie zachodziła potrzeba uciekania się do takich środków.

Znów zabrały się do swoich robótek, od czasu do czasu wymieniając spojrzenia. Wreszcie Justyna oświadczyła stanowczo:

— Nie.

— Nie — powtórzyła Wioletta.

— Jest za ciemna — powiedziała Justyna.

— Jest za stara — powiedziała Wioletta.

— No, skoro doszłyśmy do porozumienia, to może Jana skosztuje teraz kremu, który dziś ubiłam — zaproponowała Justyna.

Mimo pysznego kremu i wielkiego pęku bratków, który wręczyła jej Wioletta, Jana wracała do domu z ciężkim sercem. Zdziwiła się, kiedy Milowy Krok okazał zadowolenie.

— Jak by ci powiedziały, że ją wezmą, to jutro przysłałyby liścik, że zmieniły zdanie. A teraz mamy szansę.

Ale i tak Jana była zaskoczona, kiedy następnego dnia otrzymała od panien Titus kartkę, że po namyśle postanowiły zaadoptować Finkę i proszą, by wpadła, bo chcą się z nią naradzić nad konkretnym załatwieniem sprawy.

— Doszłyśmy do wniosku, że nie jest za duża — oświadczyła Wioletta.

— Ani za ciemna — wtórowała jej Justyna.

— Wiem, że panie ją pokochają — szepnęła uszczęśliwiona Jana.

— Postaramy się być dla niej najlepszymi i najczulszymi rodzicami — powiedziała Justyna. — Oczywiście, będzie się musiała uczyć gry na fortepianie. Jano, czy ona jest muzykalna?

— Bardzo — odpowiedziała Jana pamiętając, jak Finka próbowała dotknąć klawiszy pianina w pensjonacie.

— Na Gwiazdkę dostanie pełne pończochy prezentów! — cieszyła się Wioletta.

— Musimy kupić krowę — zapowiedziała Justyna. — Co wieczór przed snem będzie piła kubek ciepłego mleka.

— Umeblujemy dla niej ten wychodzący na południe pokoik — planowała Wioletta. — Myślę, siostrzyczko, że spodoba się jej bladoniebieski dywan.

— Tylko żeby ona nie liczyła, że znajdzie tu blichtr nowoczesności — zatroszczyła się Justyna. — Nie zapomnimy jednak, że młodość szuka rozrywek i towarzystwa.

— Miło będzie robić dla niej na drutach sweterki — cieszyła się Wioletta.

— Musimy wyciągnąć z kufra te drewniane kaczuszki, które wuj wystrugał nam, gdy byłyśmy małe — przypomniała sobie Justyna.

— Jak to będzie wspaniale mieć kogoś młodziutkiego, kogo będziemy mogły kochać — rozmarzyła się Wioletta. — Szkoda tylko, że nie ma siostry bliźniaczki.

— Po dojrzałym zastanowieniu doszłam do wniosku i pewna jestem, że się ze mną zgodzisz — oświadczyła Justyna — że mądrzej będzie zobaczyć, czy damy sobie radę z jednym dzieckiem, nim pomyślimy o parce.

— Czy pozwolą jej panie mieć kota? — spytała Jana. — Finka uwielbia koty.

— Chyba nic nie będziemy miały przeciwko kotu, o ile będzie to kot, kawaler.

Po naradzie zdecydowano, że Jana wróciwszy do Toronto znajdzie kogoś, kto mógłby przywieźć Finkę, i Justyna uroczyście wręczyła Janie okrągłą sumkę na koszty podróży Finki i jej podróżnej garderoby.

— Zaraz napiszę do panny West, ale poproszę ją, żeby do mojego powrotu nic nie mówiła Fince. Sama chcę jej powiedzieć i zobaczyć, jak na mnie spojrzy!

— Jesteśmy ci bardzo wdzięczne, Jano — oświadczyła Justyna. — Spełniłaś marzenie naszego życia.

 

 

 

XXXVIII

— Gdybyż tylko lato mogło trwać dłużej — westchnęła Jana.

Ale to było niemożliwe. Nadszedł wrzesień i wkrótce znów będzie musiała stać się Wiktorią. Przedtem jednak należało wydać za mąż Mirandę Kubusiównę. Jana tak była zajęta pomaganiem Kubusiom w przygotowaniach do ślubu i wesela, że wpadała na Wzgórze Latarni tylko po to, by zrobić tacie coś do zjedzenia. A jako druhna miała wreszcie okazję włożyć tę śliczną kupioną przez matkę sukienkę z różowej organdyny. Ale zaraz po weselu musiała znów pożegnać się ze Wzgórzem Latarni, pożegnać się ze Srebrną Zatoką, ze stawem i z leśną ścieżką Dużych Donaldów — niestety lasek ten miano wyciąć i zaorać. Żegnała się ze swoim ogrodem, z wiatrem, który śpiewał wśród gałęzi świerków, i z mewami, które szybowały nad przystanią. Żegnała Bąbla i Szczęściarza, i Piotrka Pierwszego, i Srebrnika. I musiała pożegnać tatę. Ale choć bardzo jej było smutno, nie była to już przeraźliwa rozpacz sprzed roku. Wiedziała, że na pewno wróci. Cieszyła się, iż zobaczy matkę, myśl o Świętej Agacie nie była wcale przykra, z góry rozkoszowała się radością Finki, a w dodatku tato odwoził ją aż do Montrealu.

Ciotka Irena pojawiła się na Wzgórzu Latarni w przeddzień wyjazdu Jany i wyraźnie chciała jej coś powiedzieć, ale nie znajdowała odpowiednich słów. Wyjeżdżając wzięła Janę za rękę i spojrzała na nią wymownym wzrokiem.

— Złotko, jeśli przed przyszłą wiosną dojdą cię nowiny…

— Jakie nowiny? — spytała Jana ze zwykłą sobie bezpośredniością, która ciotce Irenie tak bardzo działała na nerwy.

— Och, nigdy nie wiadomo, co się zdarzy. Kto wie, mogą nastąpić zmiany…

Jana przez chwilę poczuła się nieswojo, ale zaraz wzruszyła ramionami. Ciotka Irena stale próbowała dać coś do zrozumienia, coś insynuowała. Jana nauczyła się nie przejmować jej słowami.

— Nie udało mi się dotrzeć do tego dziecka — zwierzała się ciotka Irena przyjaciółce. — Trzyma się ode mnie z dala. Wszyscy Kennedy to twardzi, trudni ludzie. Spójrz na jej matkę — na oko sama słodycz. A naprawdę twarda jak kamień. Zrujnowała życie mojego brata i, o ile wiem, robiła, co mogła, żeby nastawić przeciwko niemu jego córkę.

— Teraz jednak Jana wydaje się bardzo przywiązana do ojca — zauważyła przyjaciółka.

— Niewątpliwie, niewątpliwie — jeżeli w ogóle jest w stanie się do kogoś przywiązać. Ale Andrzej jest bardzo samotnym człowiekiem. I pewnie nim zostanie. Choć ostatnio zastanawiałam się, czy…

— Czy on w końcu nie zdecyduje się na rozwód w Stanach i nie ożeni z Lilą Morrow — dokończyła przyjaciółka, która nauczyła się odczytywać niedomówienia Ireny.

Ciotka Irena zrobiła zgorszoną minę.

— Nie, nie chciałam nic takiego powiedzieć. Nic mi o tym nie wiadomo. Ale na pewno powinien się był ożenić nie z Robin Kennedy, tylko z Lilą. Mają z sobą tyle wspólnego. I choć nie pochwalam rozwodów to… bywają okoliczności kiedy…

Jana odbyła z tatą cudowną podróż do Montrealu.

— Jak miło pomyśleć, że staliśmy się o godzinę młodsi — zauważył tato, cofając w Campbelltown wskazówki zegarka. — Przez całą drogę bawił ją podobnymi uwagami.

Na dworcu w Montrealu Jana przytuliła się do niego.

— Tato! Tato! Ale wiosną znów tu przyjadę.

— Na pewno — odpowiedział tato. Potem dorzucił: — Jano, masz tu trochę gotówki. Pewnie na Wesołej nie dostajesz dużego kieszonkowego?

— Wcale nie dostaję. Ale, tato, czy ciebie na to stać? — Jana przyglądała się banknotom.

— Pięćdziesiąt dolarów. To mnóstwo pieniędzy.

— Miałem dobry rok, Jano. Redaktorzy byli dla mnie życzliwi. I w twojej obecności dużo więcej piszę. Znów w ciągu ostatniego roku odżyły moje ambicje.

Jana, która nagrodę za znalezienie lwa wydała na prezenty dla domu i na przyjęcia dla zaprzyjaźnionej dzieciarni, schowała pienią do torebki, wiedząc, że przydadzą się na Gwiazdkę.

— Życie, bądź dla niej łaskawe! I niech nigdy nie opuści jej miłość — szepnął Andrzej Stuart patrząc na odjeżdżający do Toronto pociąg.

Okazało się, że babka odnowiła i urządziła pokój Jany. Kiedy Jana weszła, zobaczyła srebrny dywan, migocące zasłony, pokryte kretonem krzesła, kremowe meble, różową jedwabną kapę na łóżko. Zniknęła stara skóra niedźwiedzia — jedyna rzecz, którą Jana naprawdę lubiła. I znikła kołyska babki. Zamiast wielkiego lustra wisiało niewielkie, okrągłe i pozbawione ram.

— Jak ci się podoba? — spytała babka.

Jana przypomniała sobie swój pokoik na Wzgórzu Latarni, podłogę z desek, dywanik z owczej skóry i białe drewniane łóżko okryte narzutą zszywaną ze ścinków.

— Bardzo tu ładnie, babciu. Bardzo babci dziękuję.

— Na szczęście nie oczekiwałam entuzjazmu — zauważyła babka.

Po wyjściu babki Jana odwróciła się od tych wszystkich wspaniałości i podeszła do okna. Tylko gwiazdy należały do jej domu. Czy tato na nie patrzy? Ach nie, przecież jeszcze nie wrócił na Wzgórze Latarni. Ale na pewno świecą tam na swych zwykłych miejscach. Gwiazda Polarna nad Wieżą Strażniczą, a Orion nad wzgórzem Dużego Donalda. Jana doszła do wniosku, że nigdy już nie będzie się obawiała babki.

— Jano! — zawołała Finka. — Och, Jano!

— U panien Titus będzie ci bardzo dobrze. Są nieco staroświeckie ale miłe i mają prześliczny ogród. Nie będziesz już musiała wtykać do ziemi zwiędłych kwiatów, żeby sobie zrobić klomb. I zobaczysz coś, czego ja nigdy nie widziałam — kwitnienie wiśni w ich słynnej alejce.

— To chyba piękny sen — szepnęła Finka. — Ale tak mi smutno rozstać się z tobą.

— Za to w lecie będziemy razem. Nauczę cię pływać. Przyjaciółka matki, pani Newton zabierze cię do Sackville, a tam przyjedzie po ciebie panna Justyna Titus. I matka kupi ci sukienki.

— Czuję się, jakbym już szła do nieba — westchnęła Finka.

Janie bardzo brakowało Finki, ale i tak miała wypełnione życie. Polubiła Świętą Agatę. Polubiła także Phyllis, a ciotka Sylwia oznajmiła, że nigdy nie widziała, by jakieś dziecko tak szybko wyrobiło się towarzysko. Wuj William nie mógł już jej wprawić w zakłopotanie wypytując o stolice. Wuj William doszedł do wniosku, że Jana jest kimś, a Jana ze zdziwieniem stwierdziła, że polubiła także i jego. A jeśli chodzi o babkę — Marynia oświadczyła Franciszkowi, że miło spojrzeć, jak panienka Wiktoria stawia czoło starszej pani.

— Może to niedobre słowa. Ale starsza pani nie może już jej zaleźć za skórę. I jest wściekła. Widziałam, jak zbladła z gniewu, kiedy powiedziała coś naprawdę zjadliwego, a panienka tym swoim uprzejmym tonem dała do zrozumienia, że guzik ją obchodzi, co mówi rodzina Kennedych.

— Żeby to panienka Robin mogła się tego nauczyć.

Marynia pokręciła głową.

— Na to już za późno. Matka zbyt długo wodziła ją za nos. Raz tylko ośmieliła się sprzeciwić i, jak to mówią, gorzko tego pożałowała. A w ogóle panienka Wiktoria jest ulepiona z innej gliny.

Któregoś listopadowego wieczoru matka znów wybrała się do swej przyjaciółki w alei Nadbrzeżnych Ogrodów i zabrała ze sobą Janę. Jana ucieszyła się, że będzie miała okazję zobaczyć swój dom. Czy został sprzedany? Trudno w to było uwierzyć, ale nie. Jana poczuła ulgę. Tak się bała. Nie mogła tego zrozumieć, wydawało jej się, że każdemu musi się on spodobać. Nie wiedziała, że przedsiębiorca budowlany uważa, że popełnił błąd budując tu niedużą willę. Ci, którzy mogli pozwolić sobie na zamieszkanie w alei Nadbrzeżnych Ogrodów, szukali dużych domów.

Ale choć to można nazwać niekonsekwencją, Janie było jednocześnie przykro, że dom stoi samotnie, nieogrzany i nie oświetlony. Bała się dla niego nadchodzącej zimy. Usiadła na schodkach i patrzyła na jasne okna alei, chciałaby, żeby i jej dom radował się światłem. Z góry jednak nienawidziła człowieka, który ten dom kupi.

— To byłoby nie w porządku — powiedziała głośno. — Nikt nie pokocha tego domu tak jak ja. On naprawdę należy do mnie.

Na tydzień przed Bożym Narodzeniem Jana kupiła odpowiednie ingrediencje i upiekła w kuchni keks. I zaraz wysłała go tacie. Nie prosiła nikogo o pozwolenie. Marynia nie wygadała się i babka się o tym nie dowiedziała. Ale Jana tak czy owak byłaby ten keks wysłała. Tego roku dzień Bożego Narodzenia przyniósł Janie niespodziankę. Zaraz po śniadaniu Franciszek zaanonsował, że do panienki jest zamiejscowy telefon. Zdziwiona Jana wyszła do hallu. Kto to może być? Podniosła słuchawkę.

— Wzgórze Latarni do Nieprzeciętnej Jany! Wesołych świąt i dzięki za keks — usłyszała głos taty tak wyraźnie, jakby był w tym samym pokoju.

— Tato! — szepnęła Jana. — Gdzie jesteś?

— Tu, na Wzgórzu Latarni. To mój prezent dla ciebie, Jano. Trzy minuty z odległości tysiąca mil.

Nigdy chyba jeszcze dwóm osobom nie udało się aż tak wykorzystać marnych trzech minut. Jana wróciła do jadalni z rozpalonymi policzkami i błyszczącymi oczyma.

— Wiktorio, kto to do ciebie dzwonił? — spytała babka.

— Tato.

Matka wydała zdławiony okrzyk. Babka zaatakowała ją z wściekłością.

— Może uważasz, że powinien zadzwonić do ciebie?

— Powinien — powiedziała Jana.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.