Błękitny zamek-3

Rozdział trzeci

 

Pierwsze objawy dziwnego zachowania się Valancy zauważono na srebrnym weselu stryja Herberta i ciotki Alberty. Nikt ze Stirlingów za nic w świecie nie powiedziałby wprost, że Valancy jest słaba na umyśle lub nawet, że nie wszystko z jej głową jest w porządku. Stwierdzenie stryja Bena, że „ona jest stuknięta, po prostu stuknięta”, uznano za zbyt dosadne i wybaczono mu wyłącznie ze względu na niewłaściwe zachowanie Valancy podczas wspomnianej uroczystości. Jednakże pani Fryderykowa i kuzynka Stickles już przed tym pamiętnym obiadem zauważyły parę niepokojących rzeczy. Wszystko oczywiście zaczęło się od różanego krzewu i od tej pory Valancy nigdy już nie była „całkiem jak należy”. Prawdopodobnie dlatego nie przejmowała się tym, że matka się do niej nie odzywa. Stanowczo odmówiła zażywania Gorzkiej Mikstury i Czerwonych Pigułek Redferna. Oświadczyła też stanowczo, że nie ma zamiaru dłużej odpowiadać na imię Doss. Kuzynce Stickles zaproponowała, by ta przestała wreszcie nosić broszkę z puklem włosów kuzyna Artemasa Sticklesa. Łóżko w swym pokoju przestawiła na przeciwną stronę. W niedzielne popołudnie trzy godziny czytała Czarodziejskie Skrzydła. Gdy kuzynka Stickles zwróciła jej uwagę, odparła obojętnie. — Och, zapomniałam, że to niedziela — i zaczęła czytać dalej.

Kuzynka Stickles widziała rzecz niesłychaną; przyłapała Valancy na zjeżdżaniu po poręczy schodów! Kuzynka nic o tym nie powiedziała pani Fryderykowej — biedna Amelia i bez tego ma dość kłopotów.

Z kamiennego milczenia wytrąciło panią Fryderykowa oświadczenie Valancy, że nie pójdzie więcej do anglikańskiego kościoła.

— Nie będziesz chodzić do kościoła?! Doss, ty chyba postradałaś…

— Och, do kościoła będę chodzić — odparła pogodnie Valancy — ale do prezbiteriańskiego. Do anglikańskiego nie.

To była poważna sprawa. Pani Fryderykowa przywołała na pomoc łzy, okazało się bowiem, że poza urażonego majestatu nie skutkuje. — Co masz przeciwko anglikańskiemu kościołowi — wyszlochała.

— Nic, poza tym, że właśnie tam musiałam zawsze chodzić.

— Czy to ładnie tak mówić do matki? Och, ileż prawdy jest w stwierdzeniu, że bardziej od węża zrani cię niewdzięczne dziecko!

— Czy to ładnie tak mówić do własnej córki? — odparła niewzruszona Valancy.

Tak więc po czymś takim zachowanie Valancy na srebrnym weselu nie było dla pani Fryderykowej i Christine Stickles taką niespodzianką jak dla innych. Obie panie miały wątpliwości, czy należy ją zabierać na uroczystość. Obawiały się jednak plotek i domysłów, gdyby tego nie zrobiły. Poza tym może zachowa się przyzwoicie i nikt nie zauważy, że coś jest z nią „nie tak”. Dzięki specjalnym staraniom Opatrzności, przez całe niedzielne przedpołudnie lało jak z cebra, dlatego Valancy nie spełniła straszliwej groźby i nie poszła do kościoła prezbiteriańskiego.

Nie odczułaby przykrości, gdyby pozostawiono ją w domu. Rodzinne uroczystości były bowiem przeraźliwie nudne. Lecz Stirlingowie świętowali każdą możliwą okazję — był to dawno ustalony zwyczaj. Nawet pani Fryderykowa wydawała obiad w rocznicę swego ślubu, a kuzynka Stickles zapraszała przyjaciół na kolację w dniu urodzin. Valancy nienawidziła tych okazji, bo z ich powodu musiały potem oszczędzać i tygodniami odmawiać sobie wszystkiego. Na srebrne wesele jednak chciała pójść. Gdyby się nie zjawiła, stryjowi Herbertowi byłoby przykro, a ona go lubiła. Poza tym chciała obejrzeć krewniaków z nowej perspektywy. Będzie to także znakomite miejsce, jeśli nadarzy się sposobność, do wygłoszenia deklaracji niepodległości.

— Włóż brązową, jedwabną suknię — powiedziała pani Stirling. Zupełnie jakby miała co innego do wyboru! Valancy posiadała jedną jedyną odświętną sukienkę w tabaczkowo–brązowym kolorze, podarowaną przez ciotkę Isabel. Ciotka zdecydowała, że Valancy nie powinna nosić sukien w jasnych kolorach. Gdy była młoda, pozwalano jej ubierać się na biało, ale już od dłuższego czasu przestała to robić. Tak więc ubrała się w brązową suknię ze stojącym kołnierzykiem i długimi rękawami. Nigdy nie miała sukienki z dekoltem i krótkimi rękawami, choć było to modne i od dłuższego czasu noszone nawet w Deerwood. Nie ułożyła jednak włosów w wałek wokół głowy. Zwinęła tylko węzeł na karku i zasłoniła uszy. Uznała, że jej w tym bardziej do twarzy, choć węzeł był żałośnie malutki. Pani Fryderykowej fryzura się nie podobała, ale pomyślała, że tuż przed przyjęciem lepiej licha nie budzić. Było bardzo ważne, aby nie drażnić Valancy, dopóki uroczystość się nie skończy. Pierwszy raz w życiu pani Stirling wzięła pod uwagę nastrój i humory córki. No, ale przecież dotychczas Valancy nie była „dziwna”.

W drodze do stryja Herberta obie starsze panie szły przodem a za nimi dreptała skromnie Valancy. Minął je Ryczący Abel, jak zwykle wstawiony, choć nie „na rycząco”, a na tyle, by być wyjątkowo uprzejmym. Uniósł zniszczoną, kraciastą czapkę gestem monarchy witającego swych poddanych i złożył im niski, zamaszysty ukłon. Obie panie nie śmiały udać, że go wcale nie widzą, ponieważ tylko on w Deerwood potrafił dokonywać niektórych napraw domu. Dlatego nie należało go sobie zrażać. Odpowiedziały więc sztywnym i ledwo zauważalnym skinieniem głowy. Nie ulegało przecież wątpliwości, że Ryczący Abel powinien znać swoje miejsce.

Na szczęście nie zauważyły, na co pozwoliła sobie Valancy. Uśmiechnęła się pogodnie i pomachała Ablowi ręką. No a dlaczego by nie? Zawsze lubiła starego grzesznika. Był takim wesołym, malowniczym i niepoprawnym hultajem. Odbijał się od spłowiałej szacowności Deerwood i jego obyczajów jak czerwony sztandar rewolucji i protestu. Zaledwie kilka dni temu galopował późnym wieczorem przez miasteczko, przeklinając donośnym głosem i zacinając konia do wściekłej jazdy.

— Wrzeszczał i bluźnił jak zły duch — powiedziała nazajutrz przy śniadaniu z dreszczem obrzydzenia kuzynka Stickles.

— Nie pojmuję, dlaczego dotąd nie dosięgła tego człowieka kara boska — dodała z wyrzutem pani Fryderykowa. Pewnie myślała, że Opatrzność się zaniedbuje i wymaga łagodnego upomnienia.

— Któregoś ranka znajdą go martwego. Wpadnie pod końskie kopyta i zostanie stratowany na śmierć — oświadczyła pocieszająco kuzynka Stickles.

Vałancy milczała myśląc, że może te hałaśliwe wyskoki Ryczącego Abla były próbą protestu przeciwko ubóstwu, harówce nad siły i monotonii bytowania. Ona wyprawiała się w marzeniach do Błękitnego Zamku. Ryczący Abel był pozbawiony wyobraźni i jego ucieczki od rzeczywistości przybierały inne formy. Dlatego pomachała mu dzisiaj w nagłym poczuciu wspólnoty, a Ryczący Abel, nie aż tak pijany, by nie odczuć zdumienia, omal nie spadł z kozła.

Tymczasem doszły już do Mapie Avenue i do domu stryja Herberta, wielkiej, pretensjonalnej budowli ozdobionej mnóstwem wykuszowych okien i półokrągłych balkonów. Domu, który zawsze wyglądał jak głupi, dobrze prosperujący, zadowolony z siebie człowiek z brodawkami na twarzy.

— Taki dom — powiedziała uroczyście Valancy — to bluźnierstwo. Pani Fryderykowa była wstrząśnięta do głębi. — Co ona mówi? Czy to profanacja? — Zdjęła kapelusz drżącymi rękami i zrobiła nieśmiałą próbę uniknięcia katastrofy. Zatrzymała Valancy na podeście i poprosiła:

— Czy zechcesz pamiętać o tym, że jesteś damą?

— Och, gdybym miała najmniejszą nadzieję, że zdołam zapomnieć — odparła znużona Valancy.

Pani Fryderykowa uznała, że na to sobie od niebios nie zasłużyła…

 

* * *

 

— Pobłogosław Panie te dary i przyjmij nasze za nie podziękowanie — powiedział głośno i prędko stryj Herbert.

Ciotka Wellington skrzywiła się. Zawsze uważała modlitwy stryja Herberta za zbyt krótkie i mało poważne. Modlitwa ma być modlitwą, powinna trwać przynajmniej trzy minuty i być odmówiona tonem pośrednim między jękiem i monotonnym pieniem. Teraz, w niemym proteście, dłużej niż inni trzymała głowę pochyloną nad stołem. Kiedy wreszcie wyprostowała się, spostrzegła, że Valancy patrzy na nią badawczo. Później ciotka Wellington stanowczo twierdziła, że już w owym momencie wiedziała, że „z dziewczyną dzieje się coś złego. — Te jej niesamowite skośne oczy… dawno powinniśmy wiedzieć, że z takimi oczami człowiek nie może być zupełnie normalny”. Pojawił się w nich jakiś błysk rozbawienia, zupełnie jakby Valancy kpiła sobie z niej. Było to nieprawdopodobne i ciotka Wellington przestała o tym myśleć.

Valancy bawiła się wybornie. Dotychczas rodzinne spotkania nie sprawiały jej żadnej przyjemności, bo w obowiązkach towarzyskich wypełniała tylko puste miejsce. Klan uważał ją za osobę nieciekawą i nudną. Nie umiała prowadzić lekkiej konwersacji i podczas rodzinnych uroczystości uciekała myślami do Błękitnego Zamku. Roztargniony i nieobecny wyraz twarzy umacniał przekonanie o jej tępocie i ograniczoności.

— Ona nie ma żadnych talentów towarzyskich — orzekła raz na zawsze ciotka Wellington. Nikt z nich nie wyobrażał sobie, że Valancy zachowuje się w ten sposób, bo się po prostu boi swych krewnych. Teraz jednak już nie czuła lęku. Jej dusza została uwolniona z więzów, a ona sama była przygotowana do przemowy, gdy tylko nadarzy się okazja. Tymczasem zaś pozwalała swobodnie szybować swoim myślom. Przeżyła moment szczególny, gdy stryj Herbert kroił indyka, bowiem dzisiaj zwrócił na nią uwagę! Będąc mężczyzną, nie wiedział, co zrobiła z włosami, ale pomyślał ze zdziwieniem, że mała Doss wcale nie jest taka brzydka i… położył na jej talerzu dodatkowy płat indyczej piersi.

— Jakie ziele najbardziej szkodzi damskiej urodzie? — zapytał stryj Beniamin, usiłując ożywić trochę nastrój.

Stałym obowiązkiem Valancy było zadanie pytania: „a co”. Tym razem milczała. Nikt inny też nie zapytał i stryj, po chwili wyczekiwania musiał odpowiedzieć: „tymianek”. Czuł jednak, że dowcip „padł”. Spojrzał z wyrzutem na Valancy, która dotąd nigdy nie zawiodła, lecz ona zdawała się go nawet nie zauważać. Wodziła wzrokiem wokół stołu, badając uważnie każdego z obecnych. Oto ludzie, przed którymi zawsze czuła respekt i których się bała. Dziś widziała ich inaczej, jakby po raz pierwszy.

Solidnie zbudowana, wyniosła i gadatliwa ciotka Mildred, mająca się za najbardziej bystrą kobietę w klanie. Swego męża uważała prawie za anioła, a dzieci uznawała za cudowne.Czyż to nie jej syn Howard miał wszystkie ząbki przed dwunastym miesiącem życia? Czy to nie ona potrafiła dawać najlepsze przepisy na wszystko — od przyrządzania grzybów do chwytania węży? Boże, cóż z niej za straszliwa nudziara! Jakie ma brzydkie pieprzyki na twarzy!

Kuzynka Gladys wiecznie wychwalająca syna, który zmarł we wczesnej młodości i zawsze skłócona z tym, który żyje. Cierpi na zapalenie nerwu czy coś, co ona tak nazywa. Dolegliwość przenosi się z jednej części ciała na drugą. Jest to bardzo wygodne, bo gdy ma iść tam, dokąd nie chce, zapalenie umieszcza się w nogach. Gdy potrzebny jest wysiłek umysłowy, lokuje się w głowie. — Ale z ciebie stara blagierka! — pomyślała kpiąco Valancy.

Ciotka Isabel. Valancy policzyła jej podbródki. Ciotka jest głównym krytykiem w ich klanie. Zawsze stara się komuś przygadać. Nie tylko Valancy czuje przed nią obawę. Wszyscy wiedzą, że ma jadowity język.

— Zastanawiam się, jakby wyglądała twoja twarz, gdybyś się uśmiechnęła — rozważała bez emocji Valancy.

Cioteczna kuzynka Sarah Taylor, osoba o dużych, jasnych i pozbawionych wyrazu oczach, znana przede wszystkim z umiejętności przygotowywania marynat. Tak pełna lęku by nie powiedzieć czegoś niewłaściwego, że nigdy nie powiedziała nic wartego wysłuchania. Tak dobrze ułożona i cnotliwa, że rumieni się na widok reklamy gorsetów, a na statuetkę Wenus z Milo nałożyła specjalną sukienkę.

Droga kuzynka Georgiana. Nie taka znowu zła, ale nudna i zrzędna. Zawsze wygląda tak, jakby ją dopiero co wykrochmalono i wyprasowano. Wiecznie pełna obawy, żeby się nie odprężyć. Jedno, co naprawdę lubi, to pogrzeby. No bo z nieboszczykami nic już nie może się wydarzyć. Lecz tam, gdzie jest życie, jest zawsze strach.

Stryj James. Przystojny, z ustami ściśniętymi sarkastycznym uśmiechem i przyprószonymi siwizną bakami. Jego ulubioną rozrywką jest pisanie do Christian Times listów, atakujących modernizm we wszystkich przejawach. Valancy zawsze ciekawiło, czy we śnie jest równie uroczysty jak w dzień. Nic dziwnego, że jego żona umarła tak młodo. Valancy ją pamiętała — była ładna, delikatna i wrażliwa. Stryj James odmawiał jej wszystkiego, czego pragnęła i obsypywał rzeczami, których nie chciała. Zabił ją — najzupełniej legalnie. Zmarła stłamszona i zagłodzona.

Stryj Beniamin. Posapujący, wąsaty, z wielkimi workami pod oczyma patrzącymi na wszystko bez krzty szacunku.

Stryj Wellington. Długa, blada twarz, rzadkie, jasnożółte włosy — „jeden z jasnowłosych Stirlingów” — chuda, przygarbiona sylwetka, niezwykle wysokie czoło z brzydkimi zmarszczkami i oczy „inteligentne jak u ryby” — pomyślała Valancy. — Wygląda jak karykatura samego siebie.

Ciotka Wellington. Ma na imię Mary, ale nazywają ją po mężu dla odróżnienia od stryjecznej babki. Masywna i dostojna dama. Wspaniale ułożone szpakowate włosy. Bogata i modna suknia. Kazała sobie usunąć pieprzyki, co ciotka Mildred uznała za złośliwe sprzeciwianie się woli bożej.

Stryj Herbert ze sztywnymi, siwymi włosami. Ciotka Alberta nieprzyjemnie krzywiąca usta w rozmowie. Cieszy się reputacją hojnej, bo zawsze oddaje rzeczy, których nie potrzebuje. Nad nimi Valancy się nie znęcała, bo ich lubiła, nawet jeśli byli, jak to określł John Milton, „dobrodusznymi głupcami”.

A potem spojrzała przez stół na Olivię, którą zawsze, odkąd sięgała pamięcią, stawiano jej za wzór urody, zachowania i powodzenia. — Dlaczego nie trzymasz się tak jak Olivia, Doss? Dlaczego nie mówisz tak wdzięcznie jak Olivia, Doss? Dlaczego nie starasz się, Doss?

Skośne oczy Valancy utraciły kpiący wyraz, stały się smutne i zamyślone. OIivii nie można było lekceważyć ani ignorować. Nie można też zaprzeczyć, że jest urodziwa i zręczna, choć czasem niezbyt inteligentna.

Może miała trochę za duże usta, może częściej i chętniej niż należało demonstrowała w uśmiechu zdrowe, białe i równe zęby. Ale ogólnie rzecz biorąc, w całej rozciągłości potwierdzała lakoniczną konkluzję stryja Beniamina — „niezwykła, wspaniała dziewczyna”. Tak, z tym Valancy całkowicie się zgadzała.

Bujne, brązowozłote włosy wymyślnie ułożone i podtrzymywane lśniącą przepaską; wielkie, błyszczące, błękitne oczy ocienione gęstymi jedwabistymi rzęsami; twarz o różanej cerze i alabastrowo biała szyja; wielkie, perłowe kolczyki w uszach i niebieskawo połyskujący brylant na smukłym palcu. Piękne ramiona prześwitujące przez zielony szyfon i koronki. Nagle Valancy poczuła zadowolenie, że jej własne chude ramiona są dokładnie osłonięte brązowym jedwabiem, ale zaraz podjęła dalsze wyliczanie cnót i wdzięków Olivii.

Wysoka, pewna siebie. Oczywiście są i dołeczki na policzkach i brodzie. — Kobieta z dołeczkami zawsze osiąga to, co chce — pomyślała w przystępie goryczy i pretensji do losu, który odmówił jej choćby jednego dołka. Olivia była od niej rok młodsza, ale ktoś obcy mógłby pomyśleć, że jest między nimi przynajmniej dziesięć lat różnicy. Olivii nikt nie przepowiadał staropanieństwa. Już jako podlotek była otoczona tłumem adoratorów i tak zostało do dziś. Mając lat osiemnaście, po ukończeniu college’u w Havergall zaręczyła się z Willim Desmondem, młodym prawnikiem. Ale Will Desmond zmarł i Olivia przez dwa lata — jak należało — nosiła po nim żałobę. W wieku dwudziestu trzech lat zakochała się w Donaldzie Jacksonie, ale rodzicom kandydat na męża nie przypadł do gustu, więc w końcu posłusznie zeń zrezygnowała. Nikt ze Stirlingów — bez względu na to, co mogli opowiadać obcy — nie napomknąłby, że sam Donald ochłódł w miłosnych zapałach. Jakby tam jednak było, trzecia matrymonialna próba Olivii spotkała się z powszechną aprobatą. Inteligentny, przystojny Cecil Price pochodził „z tych Price’ów z Port Lawrence”. Olivia była z nim zaręczona od trzech lat. Cecil właśnie skończył studia inżynieryjne i ślub miał się odbyć, jak tylko podpisze korzystny kontrakt.

Kufer z wyprawą Olivii kipiał mnóstwem wytwornych rzeczy. Ona sama zaś któregoś dnia zwierzyła się Valancy, jaka będzie jej ślubna suknia. Jedwab w kolorze kości słoniowej ozdobiony koronką, biały tren na podszewce z seledynowej żorżety, welon z brukselskich koronek pozostający w rodzinie od dziesięcioleci. Valancy wiedziała również, choć o tym Olivia nie wspomniała, że druhny już były wybrane, a jej nie ma wśród nich.

Choć mogło to wydawać się dziwne, lecz Valancy zawsze była powiernicą sekretów Olivii. Pewnie dlatego, że nie mogła jej zanudzać własnymi zwierzeniami. Olivia opowiadała jej ze szczegółami o swych sprawach sercowych od czasów, gdy w szkole mali chłopcy „prześladowali” ją — jak mówiła — miłosnymi listami i Valancy nie mogła pocieszać się, że opowieści te są zmyślone. Olivia wszystko to naprawdę przeżywała. Oprócz trzech szczęśliwców, wielu mężczyzn szalało za nią bez nadziei na wzajemność.

— Nie wiem, co ci biedni głupcy widzą we mnie, że robią z siebie podwójnych głupców — mawiała Olivia. Valancy przeważnie miała chęć odpowiedzieć: — Ja również nie wiem. — Ale poczucie prawdy i wrodzony takt powstrzymywały ją. Wiedziała bowiem doskonale, że Olivia Stirling była jedną z tych dziewcząt, za którymi mężczyźni szaleją, gdy ona, Valancy, należała do tych, na które nie spoglądają.

A mimo to — pomyślała, oceniając kuzynkę nowym i bezlitosnym spojrzeniem — ona jest jak poranek bez rosy. Czegoś jej brakuje.

Tymczasem obiad przebiegał zgodnie ze zwyczajami Stirlingów. Choć była kalendarzowa wiosna, w pokoju jadalnym panował chłód. Ciotka Alberta włączyła gazowe ogrzewanie. Wszyscy oprócz Valancy zazdrościli jej tego urządzenia. W Błękitnym Zamku nie stosowano środków zastępczych; tam w kominkach płonęły wspaniałe ognie i paliło się drewnem.

Stryj Herbert wygłosił coroczny dowcip, pomagając ciotce Wellington w krojeniu zimnego mięsa. Ciotka Mildred opowiedziała kolejny raz o tym, jak znalazła kiedyś pierścionek w żołądku indyka. Stryj Beniamin powtórzył swoją ulubioną opowieść, jak dawno temu przyłapał na podkradaniu jabłek i przykładnie ukarał bardzo sławnego obecnie człowieka. Stryjeczna kuzynka Jane dokładnie opisała własne cierpienia wywołane zapaleniem dziąseł. Ciotka Wellington podziwiała kształt srebrnych łyżeczek do herbaty ciotki Alberty i opłakała utratę jednej ze swojego pamiątkowego kompletu.

— Teraz to już nie jest komplet. Nigdzie nie mogłam znaleźć takiej samej. A to był ślubny prezent od drogiej, świeć Panie nad jej duszą, ciotki Matyldy — wyjaśniła.

Ciotka Isabel stwierdziła, że klimat się zmienia, no bo gdzie się podziały nasze dawne, piękne wiosny? Kuzynka Georgiana jak zwykle rozprawiała o pogrzebach i głośno się zastanawiała „kto z nas odejdzie pierwszy”. Valancy już chciała odpowiedzieć, ale się powstrzymała. Kuzynka Gladys zgodnie ze swym zwyczajem, miała coś komuś za złe. Goszczący u niej bratankowie oberwali wszystkie kwiatki z doniczek i oskubali stadko kurcząt: „prawie na śmierć je przy tym zadusili moja droga…”

— Chłopcy zawsze są tacy sami — wtrącił pobłażliwie stryj Herbert.

— Ale nie muszą się zachowywać jak dzikie zwierzęta — protestowała kuzynka Gladys, rozglądając się wokół w poszukiwaniu poparcia. Wszyscy się uśmiechnęli i pokiwali ze zrozumieniem głowami — z wyjątkiem Valancy. I kuzynka sobie to zapamiętała. Kilka minut później, gdy rozmawiano o Ellen Hamilton, Gladys określiła ją jako „jedną z tych nieśmiałych, brzydkich dziewcząt, które nigdy nie znajdą męża” i spojrzała wymownie na Valancy.

Stryj James uznał, że poziom konwersacji obniża się niebezpiecznie, zmierzając w stronę osobistych wycieczek i plotek. Spróbował więc to naprawić, rozpoczynając dyskusję na dość abstrakcyjny temat „wielkiego szczęścia”. Każdy miał odpowiedzieć, co jego zdaniem jest największym szczęściem.

Ciotka Mildred uważała, że największym szczęściem dla kobiety jest być kochającą i kochaną żoną i matką. Ciotka Wellington twierdziła natomiast, że podróżowanie po Europie; Olivia, że zostanie wielką śpiewaczką jak Tetrazzini. Kuzynka Gladys zauważyła smutno, że dla niej największym szczęściem byłoby uwolnienie się od zapalenia nerwu. Kuzynka Georgiana zaś pragnęła, by „znowu był z nią jej zmarły ukochany brat Richard”. Ciotka Alberta bąknęła coś niewyraźnie o największym szczęściu, które znajduje się „w poezji życia” i natychmiast zaczęła wydawać jakieś polecenia pokojówce, aby nikt nie mógł spytać, co to właściwie znaczy. Pani Fryderykowa stwierdziła, że największym szczęściem jest poświęcenie życia służbie innym, a kuzynka Stickles i ciotka Isabel zgodziły się z tym bez zastrzeżeń.

Jesteśmy skłonni — ciągnęła pani Fryderykowa, zdecydowana nie tracić takiej znakomitej okazji do zaprezentowania swych poglądów — żyć w samolubstwie, próżności i grzechu. — Pozostałe panie poczuły się skarcone za brak wzniosłych ideałów, a stryj James pomyślał, że rozmowa znowu przybiera niewłaściwy obrót.

— Największym szczęściem jest — odezwała się nagle Valancy głośno i wyraźnie — kichać, kiedy ma się na to ochotę. Wszyscy wybałuszyli oczy. Nikt nie chciał ryzykować komentarza. Czyżby Valancy próbowała być dowcipna? Nie do wiary! Pani Fryderykowa, która w miarę jak obiad trwał i córka nie robiła żadnych uwag, zaczynała się uspokajać, teraz znowu zadrżała. Uznała jednak, że przezorniej będzie się nie odzywać. Stryj Beniamin nie był taki przewidujący i pośpiesznie zrobił to, czego bała się pani Fryderykowa.

— Doss — spytał z chichotem — jaka różnica jest między młodą i starą panną?

— Jedna jest szczęśliwa i beztroska, a druga smutna i zatroskana. Jeśli mnie pamięć nie myli, zadawałeś stryju tę zagadkę przynajmniej pięćdziesiąt razy. Dlaczego nie wymyślisz czegoś nowego, skoro już musisz je zadawać? To fatalny błąd odgrzewać stare dowcipy.

Stryj Beniamin siedział oszołomiony. Dotąd nikt do niego, Beniamina Stirlinga z firmy Stirling i Frost, tak się nie odezwał. Co za słowa i to z ust Valancy! Powiódł spojrzeniem po obecnych, starając się dociec, co o tym myślą, ale wszyscy wyglądali na zaskoczonych. Biedna pani Fryderykowa zamknęła nawet oczy i lekko poruszała wargami, jakby się modliła. Może rzeczywiście to robiła. Sytuacja była niezwykła i rodzina nie wiedziała, jak się zachować. Tylko Valancy dalej spokojnie jadła sałatkę, jakby nic się nie stało.

Ciotka Alberta postanowiła ratować przyjęcie i gorączkowo zaczęła opowiadać o tym, że niedawno pokąsał ją pies. Stryj James, chcąc przyjść jej z pomocą, spytał, gdzie pies ją ugryzł.

— Niedaleko, za katolickim kościołem — wyjaśniła ciotka Alberta. W tym momencie Valancy roześmiała się… I nikt poza nią. No bo z czego tu się śmiać?

— Czy to ważna część ciała? — spytała Valancy.

— Co masz na myśli? — żachnęła się zdziwiona ciotka Alberta, a pani Fryderykowa pomyślała, że daremnie służyła Bogu przez tak długie lata.

Ciotka Isabel uznała za konieczne poskromić Valancy. — Doss — powiedziała — jesteś okropnie chuda. Sama skóra i kości. Czy nigdy nie próbowałaś trochę przytyć?

— Nie — odparła Valancy. — Ale tobie, ciociu, mogę podać adres salonu piękności w Port Lawrence, gdzie wytną ci kilka zbędnych podbródków.

— Va–lan–cy! — wyrwało się z piersi pani Fryderykowej. Zamierzała mówić surowo i majestatycznie, jak zawsze, lecz teraz zabrzmiało to niczym jękliwa prośba. I co najważniejsze, nie powiedziała do córki „Doss”.

— Ona ma gorączkę — zwróciła się dramatycznym szeptem do stryja Beniamina kuzynka Stickles. — Wydawało nam się od kilku dni, że gorączkuje.

— Ma nie po kolei w głowie — mruknął stryj Beniamin. — A jeśli nie, to należy sprawić jej lanie. Tak, dać parę klapsów.

— Nie można dawać jej klapsów — zaprotestowała kuzynka Stickles. — Ona ma dwadzieścia dziewięć lat.

— A więc nareszcie jest z tego jakaś korzyść — wtrąciła Valancy, która dosłyszała tę wymianę zdań.

— Doss — powiedział stryj Beniamin. — Kiedy umrę, możesz sobie mówić, co ci się podoba. Dopóki jednak żyję, żądam, by traktowano mnie z szacunkiem.

— Ale przecież my wszyscy jesteśmy martwi — odparła Valancy. — Cały klan Stirlingów. Tyle tylko, że jedni są już pogrzebani, a inni jeszcze nie… i to cała różnica.

— Doss — — ciągnął uparcie stryj Beniamin sądząc, że może speszy bratanicę. — Czy pamiętasz, jak wyjadłaś malinowy dżem?

Valancy spurpurowiała, lecz nie ze wstydu, a z powstrzymywanego śmiechu. Wiedziała, że prędzej czy później stryj wyciągnie ten dżem na dzienne światło.

— Oczywiście, że pamiętam — odrzekła. — To był bardzo smaczny dżem. Zawsze żałowałam, iż nie zdążyłam zjeść go więcej. Och, spójrzcie na profil cioci Isabel tam na ścianie! Czy widzieliście kiedyś coś tak śmiesznego?

Wszyscy, z ciotką Isabel włącznie, spojrzeli na ścianę, co naturalnie zepsuło kształt cienia. Po chwili stryj Herbert odezwał się życzliwie. — Na twoim miejscu, Doss, nie jadłbym nic więcej. Nie żebyśmy ci żałowali, ale… nie sądzisz, że tak będzie lepiej? Twój… żołądek jest widocznie nie w porządku…

— Nie martw się o mój żołądek, drogi staruszku — powiedziała spokojnie Valancy. — Nic mu nie jest i mogę jeść, ile zechcę. Tak rzadko mam okazję zjedzenia porządnego posiłku.

Określenie „drogi staruszku” usłyszano wtedy w Deerwood po raz pierwszy. Stirlingowie sądzili, że wymyśliła je Valancy i od tej chwili zaczęli się jej obawiać. W tym wyrażeniu było coś niepokojącego. Zdaniem biednej pani Fryderykowej najgorsza jednak, z tego co dotychczas powiedziała Valancy, była uwaga o porządnym posiłku. Zawsze czuła się córką rozczarowana, a teraz musiała się za nią wstydzić. Pragnęła wstać i odejść od stołu, ale bała się zostawić Valancy bez dozoru.

Weszła służąca z deserem, co przyjęto z westchnieniem ulgi. Wszyscy postanowili ignorować Valancy i prowadzić rozmowę tak, jakby jej tu nie było. Stryj Wellington wspomniał Barneya Snaitha, w czym nie było nic dziwnego, bo na każdym spotkaniu Stirlingów ktoś wcześniej czy później to robił. — Cóż, kimkolwiek był, nie można go było ignorować — pomyślała Valancy i z rezygnacją przygotowała się do słuchania. Temat ten jednak zaczął ją interesować, choć jeszcze sobie tego wyraźnie nie uświadomiła.

Naturalnie, nikt nie powiedział o nim dobrego słowa. Wyciągnięto wszystkie stare, nieprawdopodobne opowieści. Defraudancko–fałszersko–bezbożno–mordercze legendy roztrząsano długo i dokładnie. Stryja Wellingtona oburzył fakt, że takiemu osobnikowi w ogóle pozwala się przebywać w sąsiedztwie Deerwood. I co sobie myśli policja w Port Lawrence. Którejś nocy wszyscy zostaną wymordowani we własnych łóżkach. To wstyd i hańba, że po tym, co zrobił, pozwala mu się przebywać na wolności.

— A co on właściwie zrobił? — nieoczekiwanie spytała Valancy. Stryj Wellington popatrzył na nią zapomniawszy, że należy ją ignorować. — Co zrobił? Co zrobił? Wszystko!

— Ale co zrobił? — powtórzyła Valancy niewzruszenie. — Co zrobił, o czym ty wiesz? Zawsze tylko go potępiacie, ale co mu udowodniono?

— Nie dyskutuję z kobietami — oznajmił stryj Wellington. — Ja nie potrzebuję dowodów. Gdy człowiek ukrywa się na wyspie Muskoka i to przez kilka lat i nikt nie wie, skąd przybył lub z czego żyje i co tam robi — to są wystarczające dowody. Jeśli jest tajemnica, to jest i przestępstwo.

— Nie chciałabym go spotkać w ciemnej ulicy — powiedziała wzdrygając się kuzynka Georgiana.

— A jak sądzisz, co by ci zrobił — zapytała Valancy.

— Zamordowałby mnie — odrzekła Georgiana dostojnie.

— Tak dla zabawy? — podpowiedziała Valancy.

— Właśnie — odparła ufnie kuzynka. — Nie ma dymu bez ognia. Od kiedy się tu pojawił, byłam pewna, że to przestępca. Czuję, że on coś ukrywa. A moja intuicja rzadko mnie zawodzi.

— Przestępca! Pewnie że przestępca — włączył się stryj Wellington. — Nikt nie ma wątpliwości — tu spojrzał z wyrzutem na Valancy. — Mówi się, że siedział w więzieniu za defraudację i ja w to wierzę. Mówią też, że jest członkiem gangu, który ograbił wiele banków w całym kraju.

— Kto mówi? — spytała Valancy.

Stryj Wellington zmarszczył czoło. Co, do licha, wstąpiło w tę dziewczynę? I postanowił zignorować pytanie.

— Ma wygląd kryminalisty — zauważył stryj Beniamin. — Spostrzegłem to, gdy tylko go zobaczyłem po raz pierwszy.

„Człowiek ręką natury naznaczony, Musi dopuścić się czynów haniebnych”. — wyrecytował stryj James.

Wydawał się niezmiernie zadowolony z tego, że nareszcie udało mu się przytoczyć ten cytat. Całe życie czekał na taką okazję.

— Jedną brew ma łukowatą, a drugą trójkątną — stwierdziła Valancy — i dlatego uważasz go za rzezimieszka?

Stryj James uniósł w górę swoje brwi. Zwykle, gdy to robił, świat padał na kolana. Dziś jednak nic się nie stało.

— Skąd znasz takie szczegóły, Doss? — zapytała Olivia nie bez cienia złośliwości. Dwa tygodnie temu taka uwaga wprawiłaby kuzynkę w straszliwe zakłopotanie, o czym Olivia doskonale wiedziała.

— Właśnie, skąd? — dorzuciła ciotka Wellington.

— Widziałam go dwa razy i dokładnie mu się przyjrzałam — odparła z niezmąconym spokojem Valancy. — Uważam, że jego twarz jest niezwykle interesująca.

— Ale nie ulega wątpliwości, że w przeszłości tego typka jest coś ciemnego — ciągnęła Olivia uznając, że rozmowa zbyt się koncentruje wokół Valancy. — Choć trudno uwierzyć, że jest winien wszystkiemu, o co się go oskarża.

Valancy zdziwiły słowa kuzynki. Dlaczego to ona staje w obronie Barneya Snaitha? Co ona ma z nim wspólnego? Mogłaby zapytać też — a co wspólnego mam ja, Valancy? — Tylko że takiego pytania sobie nie zadała.

— Mówią, że w tej chacie na Mistawis trzyma mnóstwo kotów — wtrąciła kuzynka Sarah Taylor, by wykazać się znajomością tematu.

Koty. Dla Valancy zabrzmiało to interesująco, zwłaszcza ta liczba mnoga. Wyobraziła sobie wysepkę Muskoka zapełnioną puszystymi kotami.

— To jedno już świadczy, że coś z nim nie w porządku — stwierdziła ciotka Isabel.

— Ludzie, którzy nie lubią kotów — powiedziała Valancy, z zapałem zabierając się do deseru — zawsze myślą, że ta niechęć jest jakąś szczególną zaletą.

— Ten człowiek nie ma żadnych przyjaciół oprócz Ryczącego Abla — oświadczył stryj Wellington. — A gdyby Ryczący Abel trzymał się od niego z daleka, tak jak to robią inni, byłoby to korzystne dla… pewnych członków jego rodziny. — Niezręcznie zakończył zdanie pod surowym spojrzem ciotki Wellington przypominającym, że przy stole są dziewczęta.

— Jeśli miałeś na myśli to, że Barney Snaith jest ojcem dziecka Cecily Gay, to nieprawda, lecz złośliwa obmowa i kłamstwo — oznajmiła bez emocji Valancy.

Choć była oburzona, rozbawił ją widok twarzy członków klanu. Nie widziała czegoś podobnego od pewnego dnia, siedemnaście lat temu, gdy na przyjęciu u kuzynki Gladys odkryto, że przyniosła ze szkoły COŚ we włosach. Przyniosła wtedy wszy! — Valancy miała już dość eufemizmów.

Biedna pani Fryderykowa była bliska omdlenia. Wierzyła biedaczka lub udawała, że wierzy w przekonanie Valancy o znajdowaniu dzieci w kapuście.

— Przestańcie! Ci–i–cho! — błagała kuzynka Stickles.

Nie mam zamiaru być cicho — z uporem powiedziała Valancy. — Przez całe życie siedziałam jak mysz pod miotłą. A teraz będę nawet krzyczeć, jeśli zechcę. I nie zmuszajcie mnie do tego. I przestańcie opowiadać bzdury o Barneyu Snaithu.

Mówiąc szczerze, nie bardzo rozumiała, dlaczego czuje takie oburzenie. Cóż bowiem znaczyły dla niej przypisywane Barneyowi Snaithowi przestępstwa? I dlaczego szczególnie rozgniewało ją oskarżenie, że był niewiernym kochankiem tej biednej Cecily Gay? Bo z tym właśnie nie mogła się pogodzić. Nie robiło na niej wrażenia nazywanie go złodziejem, fałszerzem i kryminalistą, ale nie mogła znieść myśli, że kochał i skrzywdził Cecily. Przypomniała sobie jego twarz widzianą podczas dwóch przypadkowych spotkań — ten drwiący, zagadkowy i jednocześnie ujmujący uśmiech. Ten błysk w oczach, wąskie wrażliwe usta i otaczająca go aura wyzywającej śmiałości. Człowiek z takim uśmiechem, takimi ustami, mógł kraść lub zabijać, ale nie mógłby zdradzić. Nagle poczuła nienawiść do każdego, kto go o to oskarżał.

— Kiedy ja byłam młodą dziewczyną, nigdy nie rozmawiałam, ani nawet nie myślałam o takich sprawach, Doss — oznajmiła oskarżycielsko ciotka Wellington.

— Ale ja nie jestem młodą dziewczyną — odpaliła niesforna Valancy. — Czy mi ciągle o tym nie przypominałaś? I wszyscy jesteście złośliwymi, bezmyślnymi plotkarzami. Czy nie możecie zostawić w spokoju biednej Cecily? Ona umiera. Cokolwiek zrobiła, Bóg czy Szatan ukarali ją za to dostatecznie.

Wy już nie musicie się dokładać. A jeśli chodzi o Barneya Snaitha, jedyną jego zbrodnią jest to, że żyje jak chce i interesuje się wyłącznie sobą. Wygląda na to, że doskonale radzi sobie bez was. Co z punktu widzenia waszej małej snobokracji jest naturalnie śmiertelnym grzechem. Słowo „snobokracja” Valancy wymyśliła w przypływie natchnienia i poczuła się z niego dumna. To było dokładnie to, czym byli.

— Valancy, twój biedny ojciec przewróciłby się w grobie, gdyby cię usłyszał — wyjęczała pani Fryderykowa.

— Przypuszczam, że byłby zadowolony z odmiany — odparła ironicznie Valancy.

— Doss — wtrącił surowo stryj James. — Dziesięcioro przykazań ciągle obowiązuje, zwłaszcza czwarte. Czyżbyś o tym zapomniała?

— Nie — odrzekła. — Ale myślałam, że ty zapomniałeś, zwłaszcza o ósmym. Stryju Jamesie, czy zastanawiałeś się kiedyś, jakie nudne byłoby życie bez dziesięciorga przykazań? Przecież dopiero rzeczy zabronione stają się naprawdę pociągające. — Jednak całe to podniecenie okazało się dla niej zbyt silne. Znane już sygnały świadczyły, że zbliża się atak bólów. Nie mogła pozwolić, by dosięgnął ją tutaj. Wstała z krzesła i powiedziała. — Idę teraz do domu. Przyszłam tylko na obiad, który był doskonały, ciociu Alberto, choć sałatce dobrze by zrobiła odrobina pieprzu cayenne i soli.

Nikt z oszołomionych i osłupiałych gości nie był w stanie wymyślić odpowiedzi, dopóki za Valancy nie zatrzasnęły się frontowe drzwi. A wtedy…

— Ona ma gorączkę, cały czas to mówię — wyjęczała kuzynka Stickles.

Stryj Beniamin gwałtownie uderzył kantem prawej ręki w lewą dłoń i warknął gniewnie. — A ja wam powtarzam, że jest stuknięta. Całkiem pomylona.

— Och, Beniaminie — próbowała łagodzić emocje kuzynka Georgiana. — Nie potępiaj jej zbyt pochopnie. Musimy pamiętać, co mówił drogi, stary Szekspir — „miłosierdzie nie zna zła”.

— Miłosierdzie! Babskie gadanie! — wybuchnął stryj. — Nigdy w życiu nie słyszałem, żeby młoda kobieta wygadywała takie rzeczy! Rozprawiała o sprawach, o których dziewczyna wstydzi się myśleć, a co dopiero głośno mówić. To bluźnierstwo! Znieważyła nas! Należy jej się solidna porcja klapsów i chętnie bym jej przyłożył. — Tu stryj Beniamin wypił jednym haustem pół filiżanki gorącej kawy i zakrztusił się.

— Czy waszym zdaniem świnka może wpłynąć w ten sposób na czyjeś zachowanie? — zastanawiała się kuzynka Stickles.

— Otworzyłam wczoraj w domu parasolkę — mruknęła kuzynka Georgiana. — Od razu wiedziałam, że przepowiada to nieprzyjemności.

— Czy próbowałyście jej zmierzyć temperaturę? — spytała ciotka Mildred.

— Nie pozwoliła Amelii włożyć sobie termometru do ust — wyszeptała zawstydzona kuzynka Stickles.

Pani Fryderykowa nie skrywała łez; wszystkie jej mechanizmy obronne przestały działać. — Muszę wam wyznać — szlochała — że Valancy zachowuje się dziwnie już od dwóch tygodni. Christine może potwierdzić. To nie ta sama dziewczyna. Miałam nadzieję, że to tylko jedno z jej przeziębień. Lecz to znacznie coś, coś… gorszego.

— Nie płacz Amelio — powiedział łagodnie stryj Herbert, nerwowo szarpiąc sztywne, szpakowate włosy. Nie znosił rodzinnych awantur i uważał, że Doss postąpiła nieładnie, wywołując jedną z nich właśnie na jego srebrnym weselu. Kto mógł się czegoś takiego po niej spodziewać? — Będziesz musiała zaprowadzić ją do doktora. To może być… hm… tylko chwilowe zaburzenie. W dzisiejszych czasach zdarzają się przecież takie rzeczy, prawda?

— Proponowałam jej wczoraj pójście do lekarza — odparła pani Fryderykowa. — Ale odmówiła, stanowczo odmówiła. Och, czyżbym miała za mało kłopotów?

— I nie chce pić Gorzkiej Mikstury Redferna — dodała kuzynka Stickles.

— Ani niczego — uzupełniła pani Fryderykowa.

— Postanowiła też chodzić do kościoła prezbiteriańskiego — ciągnęła kuzynka Stickles, nie wspominając jednak o zjeżdżaniu po poręczy.

— Wszystko to świadczy, że jest stuknięta — mruknął stryj Beniamin. — Zauważyłem w niej coś dziwnego, jak tylko tu dziś weszła. Jej wypowiedzi wskazują na zachwianie równowagi umysłowej. Choćby pytanie: — Czy to ważna część ciała? Jaki sens miała ta uwaga? Żadnego! Stirlingom nigdy coś takiego się nie przydarzyło. To musi pochodzić od Wansbarrów.

Nieszczęsna pani Fryderykowa była zbyt przybita, aby się oburzyć.

— Nigdy nie słyszałam o czymś podobnym wśród Wansbarrów — powiedziała płacząc.

— Twój ojciec był dziwakiem — upierał się stryj Beniamin.

— Biedny ojczulek był… oryginałem — zgodziła się pani Fryderykowa — ale umysł miał w zupełnym porządku.

— Całe życie mówił dokładnie tak samo jak Valancy dzisiaj — nie ustępował stryj. — Wierzył, że jest swoim powtórnie narodzonym pra — pradziadkiem. Sam słyszałem. Nie opowiadaj więc, że człowiek, który wygłasza takie rzeczy, jest zdrów na umyśle. No już dobrze, dobrze, Amelio, przestań chlipać. Oczywiście, Doss zrobiła z siebie straszne widowisko, lecz nie może za to odpowiadać. Wiadomo, że stare panny mają skłonności do podobnych wyskoków. Gdyby wyszła za mąż wtedy gdy powinna, nic podobnego by się nie wydarzyło.

— Nikt nie chciał się z nią żenić — powiedziała pani Fryderykowa, odnosząc wrażenie, że stryj obarcza ją za to winą.

— Całe szczęście, że nie ma między nami obcych — przerwał stryj.

— Wszystko zostanie w rodzinie. Jutro zabiorę ją do doktora Marsha. Wiem, jak sobie radzić z uparciuchami. Czy nie sądzisz, Jamesie, że to będzie najlepsze?

— Oczywiście, że musimy zasięgnąć porady lekarskiej — zgodził się stryj James.

— No to sprawa załatwiona. Tymczasem ty, Amelio, zachowuj się tak, jakby nic się nie stało, ale miej ją na oku. Nie pozwalaj być samej. Przede wszystkim nie powinna spać oddzielnie w nocy.

— Nic na to nie poradzę — płaczliwie oznajmiła pani Fryderykowa. — Przedwczoraj zaproponowałam, żeby spała z nią Christine, ale ona stanowczo odmówiła i zamknęła swoje drzwi na klucz. Och, nie macie pojęcia, jak się zmieniła. Nie chce pracować, a w każdym razie szyć. Prace domowe wykonuje jak zwykle. Lecz wczoraj nie chciała pozamiatać salonu, choć zawsze robimy to w czwartki. Powiedziała, że poczeka aż się zabrudzi. A gdy ją zapytałam, czy woli zamiatać brudny pokój zamiast czystego, odparła: — Naturalnie. Wówczas widzę efekt swego trudu. — Pomyślcie tylko!

— Albo ten dzbanek z potpourri — kuzynka Stickles słowo „pot–pourri” wymówiła fonetycznie — zniknął z jej pokoju. Znalazłam go w kawałkach na sąsiednim podwórku. Nie chciała nam jednak powiedzieć, co się z nim stało.

— Nigdy bym nie oczekiwał od Doss czegoś takiego — zauważył stryj Herbert. — Zawsze zdawała się być taką cichą i rozsądną dziewczyną. Trochę tępawą, ale rozsądną.

— Jedyną pewną rzeczą na tym świecie jest tabliczka mnożenia — oznajmił stryj James, czując się inteligentniejszy niż kiedykolwiek.

— No cóż, przestańmy się zamartwiać — zakończył stryj Beniamin. — Dlaczego chórzystki noszą ładne pończochy?

— Dlaczego? — spytała kuzynka Stickles, bo ktoś powinien to zrobić wobec braku Valancy.

— Bo lubią obnażać łydki — zachichotał stryj w odpowiedzi. Kuzynka uznała żart za trochę niedelikatny. I to w obecności Olivii! Lecz cóż, tacy są mężczyźni.

Zaś stryj Herbert pomyślał, że odkąd wyszła Doss, na przyjęciu zrobiło się raczej nudnawo.

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.