Dziewczęta z Nowolipek2-10

 

ZARĘCZYNY

– Co mama robi, niech się mama opamięta – mówi Amelcia – jeszcze mama pożałuje tych dopominań się o prawdę i tych krzyków. Sama mama chciała, aby wszystko załatwiało się cicho.

Ale pani Raczyńska z zaciśniętymi ustami i oczyma opuchłymi od płaczu narzuca na siebie wyszarzałą mantylkę i wyskubane do ostateczności boa z piórek, aby iść do bezirku, dać znać policji; ten dentysta musi wiedzieć, co się z Cechną stało. Całymi dniami tam przebywała, całymi wieczorami, niedawno nawet – nie wróciła na noc, bo do późna majstrowali sztuczne szczęki, a on udaje, że nic nie wie.

– Pieniądze – mówi – wzięła, pensję wzięła, a nawet sama poprosiła, aby jej wcześniej zapłacił.

– A kartki żadnej nie zostawiła?

– Nie. – Pani Raczyńska powtarza w kółko: – Pieniądze to mówi, że wzięła, ale kartki to nie, nie zostawiła. – I wybuchła: – Już ty mnie nie ucz, Amelciu, już ja sama wiem, co robić!

Jest przy drzwiach, gdy Amelcia krzyczy:

– Mama na nas nieszczęście ściąga! Co powie aptekarz! Czy mama jest ślepa?! Czy mama wie, co Cechna zrobiła? Zadała się z jakimś oficerem i miała mieć dziecko. – Przerywa i patrzy, jak matka znieruchomiała przy drzwiach, więc mówi usprawiedliwiająco: – Co mama chce! Teraz inne czasy – wojna...

Amelcia wiedziała od dawna, że matkę można zagadać i odciągnąć jej myśli od niebezpiecznego przedmiotu, i skierować na jakiś drobiazg. Ale osłupiała, gdy zobaczyła, jak matka rzuca się do sionki i ściąga trzepaczkę z gwoździa.

– Czekaj! Ja ci zaraz pokażę wojnę! Ja ci dam wojnę, jak ci kości porachuję, to zaraz inaczej będziesz mówić!

Trzcina świsnęła w powietrzu. Amelcia, osłaniając twarz wyciągniętymi rękoma, krzyczy w niepoamowanym gniewie:

– Za co mnie mama bije? Za co? To mama nie wiedziała?! Mama mnie sama wypychała do chłopców! Mama mnie zostawiała w pokoju i chciała prezentów i poczęstunków, a teraz mama udaje świętą?

Pani Raczyńska rzuca trzepaczkę i pada na kolana.

– O dzieci, dzieci! – mówi z boleścią – o dzieci... – I Amelka czuje straszny żal, że wypowiedziała tamte słowa.

Skądże mogła pani Raczyńska wiedzieć, mój Boże? Była sierotą na służbie u państwa, nikt jej nie pilnował, a niewinną dziewczyną za mąż poszła za nieboszczyka. Tyle lat z nim przeżyła, w domu, u siebie – skądże mogła wiedzieć, że jej córki, jej dzieci tak się poprowadzą?

– Ale czekajcie, już ja sobie z wami dam radę! Już teraz ślepa nie będę! Sama się modliłam, a was przestałam pilnować, czy się modlicie, czy chodzicie do spowiedzi, czy żyjecie po bożemu... To kara na mnie...

Pani Raczyńska wstała, zdjęła mantylkę i boa i zawiesiła do szafy.

– Cechny już szukać nie będę! Ale niech tylko wróci! Niech wróci! Ja was dopilnuję, nie bójcie się! Ciebie i Cechnę! A z aptekarzem też się rozmówię! Dosyć tego dobrego!

Amelka ze strachem patrzyła, jak matka zabrała się do sprzątania ładnego pokoju, jakby się szykując na jakieś ważne święto. Machnęła ręką i chciała wyjść, gdy matka krzyknęła za nią:

– Nie, stój! Pomóż mi!

To była nowość: dotąd matka nie obarczała córek cięższą robotą, oszczędzała je. Wyniosły kanapy do sieni, wszystkie miękkie meble zostały wyniesione na pusty placyk za drewniakiem Mossakowskich i poddane trzepaczce. Tumany kurzu wzbiły się w powietrze, Amelka zaczęła kaszlać.

– Patrzcie ją, jaka delikatna! – i tym samym gniewnym głosem pani Raczyńska rozkazała: – Idź do domu! Wytrzyj podłogi! Zrób porządek!

Ledwie Amelcia odeszła, gdy pani Raczyńska przenosząc już wytrzepany fotel, natknęła się w sionce na wysokiego mężczyznę, sterczącego pod drzwiami Mossakowskich.

– Kogo pan szuka? – Przepraszam panią, dokąd wyprowadziła się rodzina Mossakowskich?

– Wyprowadziła się? – krzyknęła pani Raczyńska. – Oni wyjechali daleko, mój panie! Do Rosji...

Nagle głos pytającego wydał jej się znajomy. Wzruszona niespodziewanie, zawołała:

– Niech no pan tu pozwoli, do światła! Czy ja się mylę, czy mnie oczy zawodzą?... – I u wylotu sionki, załamując ręce: – Pan Ignaś! Pan Ignaś Piędzicki! Serce moje przeczuło, że to ktoś znajomy!

Pociągnęła go na placyk, udekorowany niczym salon porozstawianymi meblami i oto znalazła sobie znów poboczny przedmiot, na którym mogła wyładować swe wzburzenie.

– Wyjechali, wyjechali już dawno, proszę pana! – I ukazywała mu głucho zawarte okiennice mieszkania. – Jak to, to pan o tym nie wie? Przecież pański ojciec kupował od nich warsztat po starym Mossakowskim!

Przybyły zdążył wtrącić:

– Nie byłem jeszcze w domu... – i dodał: – Teraz rozumiem, dlaczego nie otrzymywałem odpowiedzi na listy...

Patrzył z natężoną uwagą na cichy, pusty, opuszczony drewniak. Kasztan, ogołocony z liści, sterczał żałośnie na tle ślepej ściany sąsiedniej kamienicy. Na facjatce, w oknach Wikty widniały uschnięte badyle fuksji.

– Tak, tak, wyjechali. Mieszkanie stoi puste, kto by się tam dziś rozbijał za mieszkaniem... Najpierw wyjechał Mietek z matką i Marią...

Przerwał jej pośpiesznie:

– Jak to, nie wyjechali wszyscy razem?

– Nie, bo to mówili, wie pan, że zaraz wrócą, że wojna długo nie potrwa – a tu jak wyjechali, tak przepadli, śladu popiołu po nich nie ma...

Zapytał głosem zdławionym i zadyszanym:

– A Bronka, niech mi pani powie, najmłodsza.

– Bronka? – Pani Raczyńska, wznosząc w górę ręce z trzepaczką i ściereczką: – Lepiej niech pan nie pyta! Lepiej niech pan nie pyta! – I opuszczając się na kanapę, zbolała, zamieniając w swym zrozpaczonym sercu Bronkę i Cechnę, Cechnę i Bronkę, jęknęła: – Na złą poszła drogę, mój panie. Na złą drogę!

Teraz dopiero, rzuciwszy ten okrzyk, spojrzała na Piędzickiego. Stał z gołą głową, maciejówkę trzymał w zaciśniętych palcach, twarz jego była blada, ściągnięta surowo, spod warg błyszczały wysunięte jak do kąsania zęby.

– Więc ona nie wyjechała z rodziną? – wykrztusił.

– Nie, czy nie mówiłam panu? Jak tylko zobaczyłam, że ją z miasta do domu odprowadzał taki elegant i wszedł z nią do mieszkania, to już wiedziałam, co to będzie. I potem wyprowadziła się zaraz.

– Kiedy? – rzucił. – W jakim czasie to było?

– Jak tylko Niemcy weszli.

A więc dlatego nie odpisywała na listy... Wstrząsnął się. Wszystko jedno, czy te listy otrzymała, czy nie... Wyprostowany, skłonił się z daleka swej informatorce...

Pani Raczyńska oprzytomniała na tyle, iż zauważyła jego piękny mundur, buty, całą świetność tej odzieży.

– Jak się ma pańska mamusia, pani Piędzicka?... – szepnęła z szacunkiem.

Odburknął:

– Mówiłem pani, że nie byłem jeszcze w domu. Pierwsze kroki... – przerwał i roześmiał się krótko.

Skłoniwszy się raz jeszcze, szybkim krokiem szedł w stronę sionki. Pani Raczyńska patrzyła za nim w osłupieniu.

– Czy mi się zdaje?... – rzekła do siebie, wspominając wyraz twarzy, z jakim Piędzicki przyjął nowinę o Bronce... – czy mi się zdaje? – I westchnęła: – Ach, te dziewczęta, co one porobiły ze sobą! Co one porobiły!

Wróciła do mieszkania i z tym większą energią wpadła na Amelkę:

– Nie stój w lusterku! Przyczesz się! Włóż lepszą sukienkę i do roboty! – Wyciągnęła z szafy zwój płótna i rozłożyła na stole. – Tu masz siedzieć i robić mereżki, i ani mru-mru, póki cię nie zawołam! – Panie z Sewerynowa dały płótno na wyprawę Amelki, za darmo: – Jak wyjdziesz za mąż, to nam powoli spłacisz. Tak wygadywałaś na ten Sewerynów, a gdyby nie Sewerynów, to wyszłabyś za mąż jak ta dziadówka w jednej koszuli.

Wieczorem nadszedł aptekarz. Małe zostały wyprawione spać. Pokój gościnny pachniał świeżością. Pani Raczyńska wyszła do gościa w czarnej jedwabnej bluzce z riuszką białą koło szyi i zaraz po przywitaniu przystąpiła do rzeczy. Jej zaczerwieniona po płaczu twarz wyglądała prawie młodo, a błękitne oczy lśniły. Amelka była tak podobna do matki, aż się aptekarz zdziwił i z przyjemnością pomyślał, ze Amelka długo zachowa ładny wygląd. Nie mógł brać za złe matce, że się troszczy o los córki, owszem, przeciwnie. Rodzina była uboga, ale porządna, panny wychowane przyzwoicie, ale nie niuńki. O wszystkim można było porozmawiać i w dodatku królować tu, w tym domu, być słuchanym z całą uwagą. A Amelcia prezentowała się wprost ślicznie. Trochę ją odżywić, ubrać elegancko... Rzekł podniośle i szczerze, że czeka tylko na wyjaśnienie sytuacji politycznej, ażeby zakończyć szczęśliwie swoje sprawy osobiste.

– Umyśliłem sobie, aby te dwie sprawy, odzyskanie wolności narodu i moje szczęście, zbiegły się w jednym czasie. Chyba pani zaufa moim przewidywaniom co do tego?

Pani Raczyńska po trzykroć skinęła zapewniające głową i krzyknęła ze łzami radości:

– Amelciu!!!

 

 

... I SIDŁO NAD TOBĄ!

Tego wieczoru Bronka późno wyszła ze świetlicy. Ciemna, zaledwie migocąca światłami okien wagonów kolejka stała przed posterunkiem wojskowym. Nigdy nie wiadomo, jak długo trzeba będzie czekać, zanim skończy się rewizja, zanim dadzą znać krzykiem maszyniście, że może ruszać. Chciała już iść pieszo, rewizja ledwo się zaczęła. Ale huczał jesienny wiatr, mżył obrzydliwy deszczyk. W ciemnym wagonie ludzie drzemali z całkowitą obojętnością.

Za szybami ktoś płakał nad utraconym woreczkiem mąki, jakaś kobieta z krzykiem biegła do oświetlonych drzwi posterunku. Niemiecki żołnierz siadł na skraju ławki i wyciągnął w poprzek nogi. Ci, co powracali szczęśliwie z rewizji bez bagażu, prowiantów i z kwitkiem na opłaconą karę, troskliwie przekraczali owe żołnierskie wyciągnięte w przejściu buty. Kobiety unosiły zmoczone kiecki pokornie i lękliwie hycając przez tę przeszkodę bez słowa.

Drzwi rozwarły się. Bronka drgnęła: dotąd jeszcze nie miała dokumentu. Uspokojono ją: w tym wagonie byli, już pytali o „pass”. To wszedł ślepiec, grajek. Wraz z nim wtargnęła świeża fala powietrza. Ludzie, w przemokłych szmatach, drżąc z zimna, zakrzyczeli:

– Zamykać, zamykać!

Kobieta za oknem lamentowała – nie dozwolono jej wsiąść do kolejki.

– Nie ma za co zapłacić sztrafu – rzekł ktoś.

Odpowiedziało mu gromadne westchnienie, ciemność i zaduch wagonów... Ślepiec w kącie uderzył w struny gitary i zamruczał swą pieśń. Pieśń monotonną, prawie bez słów ginących w straszliwym brzęku rozstrojonego instrumentu. Ci, co spali, poruszyli się z trzaskiem kości i ziewnięciem. Huczały drzwi wagonów... Ślepiec zebrał się jakby w sobie, czy ręce mu omdlały, dość, że usłyszano słowa i przyjęto je szmerem. Struny brzęczały głucho i bezsilnie, słowa ciągnęły się monotonnie:

– „A gdzie jest moja – Polska ukochana – czyli jest wolna – czy jeszcze zabrana?”

Bronka uczuła, jak coś mocnego i okropnego wstaje w jej piersi i podnosi się ku gardłu.

Ten wagon – to zdychające światło ogarka – ci ludzie – ten drab z wyciągniętymi nogami...

Wstała i szła ku wyjściu z uczuciem, iż sobie głowę roztrzaska o zamknięte drzwi. Nie patrząc, z głową zadartą w górę z całej siły kopnęła wyciągnięte nogi żołnierza. Bydlę.

Zerwał się, myślała, że huknie ją w głowę, ale nagle odsunął się z drogi i usiadł na ławce z nogami skromnie podwiniętymi. Bydlę, po stokroć bydlę! Ktoś rzekł:

– Z nimi to tak trzeba.

Zeszła w ciemność ze stopni wagonu, pośliznęła się i zaśmiała. Myślała:

– Gdybym nie miała na sobie tego porządnego palta z futerkiem, kapelusza, trzasnąłby mnie pięścią w oczy. I ja sama nie miałabym tej odwagi. – Wsunęła zziębnięte palce w rękawy i przeszła przez drogę, na ścieżkę wydeptaną przez niezliczonych wędrowców za żywnością. Szła ostro w stronę miasta, teraz było to wielką przyjemnością po zaduchu wagonu i naprężeniu ostatniej chwili – ruch, powietrze, deszcz. Lubiła tak wędrować w zadeszczone dni, śmiano się w świetlicy i w kuchni:

– Już jak deszcz, to wiemy, że pani przyjdzie...

Twarz miała mokrą, ale buty nareszcie całe, stopy suche. Mogła tak iść i iść, przed siebie.

Ku czemu? Ku jakiemu niewiadomemu celowi?

Ale na drodze, przed sobą, ujrzała ciemną, poruszającą się masę. Oddział żołnierzy szedł ku miastu. Już słyszała miarowy odgłos kroków, miękko odbijających od błota. Zresztą pusto.

Drewniaki przy drodze ciemniały za głucho zamkniętymi okiennicami. Dopiero przed Instytutem Weterynarii skąpe uliczne światło padło na drogę. Ludzie przystawali na brzegu chodnika i patrzyli w milczeniu na sunącą kolumnę. Ktoś rzekł niegłośno, tuż przy Bronce:

– To nasi.

Drgnęła i przysunęła się bliżej skraju chodnika, szła prędko, pragnąc nadążyć, zaczęła biec.

Ogarnęło ją niewytłumaczone wzruszenie: nieomal uniesienie i straszna żałość, gdy zabrzmiały w uszach monotonne słowa pieśni ślepca: – „czyli jest wolna, czy jeszcze zabrana?” Szli w ciszy, w ponurym osępieniu, w deszczu i błocie, teraz mogła już dostrzec orzełki na czapkach, twarze zlewały się w jedną ogromną białą plamę, sunęły naprzód. Coraz więcej ludzi stawało przy drodze, musiała ich mijać.

– Piechota.

– Nasi.

Wszystkie zakazane pieśni i wiersze dzieciństwa zaczęły w gorących strofach powstawać w niej – biegła z twarzą zalaną łzami, nic nie widząc, ślepa i głucha, porwana.

Biegła przed siebie, co sił, z wyciągniętymi ramionami, odpychając tych, co jej stali na drodze. Aż nagle stanęła jak wryta... Oficer na koniu na przedzie kolumny odwrócił twarz i w milczeniu salutował tłum.

Krzyknęła:

– Ig... – Nie dokończyła, popchnięto ją, zeszła na bok. Stanęła pod parkanem i opartą plecami o nędzne, zmurszałe deski patrzyła, jak przechodzili w milczeniu nie patrząc na walący bokami tłum. Ktoś tłumaczył żarliwie:

– Im nie wolno odpowiadać na okrzyki. Im zabronili...

Oprzytomniała. Chciała wytrzeć twarz i dopiero teraz zauważyła, że ma puste ręce, że zgubiła czy rzuciła torebkę, rękawiczki. – Znów pogubiłam wszystko – i wspomniała prezesa, jak chodził i zbierał pogubione przez nią przedmioty. Stanęła, obryzgana błotem, pod parkanem, mokra i zalana ściętymi przez wiatr łzami, kochanka tylu kochanków, i przypomniała sobie z trudem ów zapomniany, pierwszy i ostatni list Ignasia:

– Bo jak coś takiego zrobisz, bez miłości, to znać cię nie chcę, to nie chcę cię widzieć na oczy.

OKNO

Cechna wróciła do domu któregoś ranka jakby nigdy nic. Pani Raczyńska nie powiedziała ani słowa, tylko otworzyła drzwi do ładnego pokoju i oznajmiła:

– Tu będziesz teraz spać! – Cechna została wyłączona ze wspólnego łóżka w drugim pokoju, ze wszystkimi. – Gdzie on mieszka?

Pani Raczyńska postanowiła pójść i rozmówić się z łotrem, choćby to był sam generał.

Jeśli dała sobie radę z aptekarzem... Ale Cechna oparła się z miejsca. Może mnie mama zabić. Nie powiem nic.

Głos jej brzmiał metalicznie i głęboko, to nie to, co Amelka, która wróciła ze swej podróży płacząc i chwiejąc się na nogach. Zdumiona, pani Raczyńska odpowiedziała z mocą.

– Zobaczymy. Tu zostaniesz, aż się namyślisz.

– Mamo, niech mama da spokój, mówię mamie. Ja znów wrócę do swojej roboty i będę mamie oddawać pensję, tylko niech się mama do mnie nie wtrąca...

– Coo? Myślisz, że ja będę taką córkę trzymać w domu? Włosy ci ostrzyc i na Tamkę do zakonnic oddać, tylko na to zasługujesz. Ale masz szczęście, bo aptekarz oświadczył się o Amelkę i w domu musi być cicho i porządnie. Ani słowa!

Trzasnęła drzwiami i wyszła. Pomyślała ze zdumieniem:

– Nic na niej nie znać! Nawet wyładniała...

W nocy usłyszała płacz i jakby rozmowę w pokoju Cechny. Zlękła się strasznie, zapaliła lampkę-kopciuszka i boso pobiegła pod drzwi. Czyżby Cechna wpuściła kogoś do domu?!

Wyraźnie słychać szept! Pani Raczyńska pchnęła drzwi. Cechna siedziała w koszuli na kanapce, oparta plecami o ścianę, płacząc i nieprzytomnie tuląc coś do piersi.

– Jezus Maria? co ty tam masz?!

To była flaszeczka, flakon z szeroką szyjką i jakąś mętną plamą zgęstniałej cieczy. I Cechna z rozpaczą i błyskiem mściwości w oczach wyznała:

– To moje dziecko! – Płacząc, szeptała: – Mamo, nie mogłam pozwolić, by wyrzucono je na śmietnik, mamo... – Powtarzała to słowo: – Mamo, mamo, mamo! – odwoływała się do matki i pani Raczyńska doznała uczucia, iż włosy jej powstają ze zgrozy na głowie. – Czy mama widzi? Tu są paluszki – takie długie – tu główka...

Pani Raczyńska jęknęła:

– Co ty mówisz, gdzie? Przecież tu nic nie ma.

Ale Cechna widziała i oto zaczęła w obłędzie rozpatrywać ten strzęp swego ciała, dziecko, jej dziecko!

– Podobne do Henryka – spłynęło z jej warg z czułością. Już nie myślała o kochanku swoim, lejtnancie, Henryku, już nie jego wspominała wprost, tylko dziecko. Już nie jego kochała, tylko to dziecko, wydarte jej i oddane w słoiku.

Przez głowę pani Raczyńskiej przebiegła mysi:

– To nieboszczyk tak strasznie kochał dzieci, to po nieboszczyku to ma. – Wspomniała wszystkie lalki Cechny i zaciskając usta wydobyła buteleczkę z drżących dłoni Cechny.

– Jutro zakopię je na cmentarzu, przy grobie nieboszczyka. Niech spocznie w ziemi poświęconej, w spokoju.

W dzień było jako tako, dniem była Cechna zupełnie spokojna. Ale wieczorami zaczynała się kręcić, nucić nowym pięknym głosem, wystawać w oknach, gadać niepowstrzymanie.

Kogo ona tak wypatruje na ulicy? I pani Raczyńska stała przy drugim oknie i nie spuszczała oka z chodnika, czy nie ukaże się ten lejtnant, ten Henryk, którego na oczy nie widziała dotąd.

Ale nie. Ulica była pusta. Szewc Fiszel stawał od czasu do czasu w progu z podartym kapciem w ręku i patrzył w okna mieszkania Raczyńskich. Poczuła niepokój:

– Czy on się czego domyśla, ten Fiszel? Czy ludzie wiedzą?

Amelka, ze względu na pomyślne zakończenie, chodziła teraz wieczorami wprost do apteki i ludzie inaczej zaczęli się odnosić do pani Raczyńskiej – ba, w sklepiku już jej borgowali bez słowa obawy. Tylko ten głupi Fiszel jakby wietrzył nieszczęście.

Jednego popołudnia zjawił się wreszcie w ulicy obcy. Ale to był cywil, elegant. Stanął przy samym sklepiku Fiszla, patrzył na dom naprzeciwko. I nagle zdjął kapelusz i ukłonił się z uśmiechem. Pani Raczyńska odskoczyła jak oparzona od okna. Komu on się kłania? Nagle zerwała się i pobiegła do ładnego pokoju. To Cechna stoi przy oknie i kiwa głową.

– Komu ty kiwasz głową? Kto to jest?

Cechna odwróciła się, oczy jej błyszczą.

– To dentysta – wie mama, ten, u którego pracowałam. – Spojrzała na matkę i rzekła innym, niedbałym głosikiem: – Ja nawet nie wiem, dlaczego on stoi i nie wejdzie do mieszkania?...

– Nie kłam, przecież ja byłam u tego dentysty i widzę, że to nie ten sam.

– Ależ mamo, na pewno, mama go tylko nie poznaje, bo jest w kapeluszu.

Pani Raczyńska straciła cierpliwość i krzyknęła:

– A tamten, wojskowy, nie przyszedł, co? Nawet się nie dowiedział! A ty już za drugiego zabierać się myślisz! Mało ci nieszczęścia?! – Dopadła do okna i chyba po raz pierwszy w życiu zaciągnęła firaneczkę. Do tego doszło.

Wieczorem Cechna rzekła cicho i niepewnie:

– Mamo, ja pójdę do Bronki, noże mi się wystara o inne zajęcie.

Odpowiedziała twardo:

– O, nic z tego. Koniec z Bronką. Twoja Bronka rozjeżdża się samochodem po mieście. Bóg się zlitował nad Mossakowską, że wyjechała i tego nie widzi... – Nagle pani Raczyńska zapłakała: – Że nie doczekała tego, co ja! – Cechna wyszła bez słowa z kuchni.

Ale od tego wieczoru już nie było spokoju, ciągle ktoś łaził pod oknami, na ulicy. Ten dentysta. I potem jeszcze jakiś. I znów ktoś nowy. A gdy nikogo nie było, to szewc Fiszel patrzył zaczerwienionymi oczyma w okna ich mieszkania. Pani Raczyńska bała już się nawet wychodzić z domu. Zaczęła zamykać Cechnę, jak tylko usłyszała, że Cechna położyła się, po cichutku przekręcała klucz w zamku. Znów odmawiano wspólne, głośne modlitwy, śpiewano „Kiedy ranne wstają zorze” i „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Pani Raczyńska wracała raniutko ze mszy do domu i Cechna, leżąc w drugim pokoju, słyszała głos matki:

– Wstawajcie, dzieci, na dworze tak pięknie, słoneczko, piękna polska jesień, to grzech wylegiwać się w łóżku... Spłakałam się w kościele, ksiądz tak nabożnie odprawiał mszę świętą... Amelciu, nakrywaj do stołu... Myjcie się!... W imię Ojca i Syna.

Słuchała z osłupieniem, z nienawiścią, ze zgrozą! Wszystko zostanie po dawnemu, wszystkie jej grzechy zostaną przyklepane tym głosem, tymi słowami... Naciągała kołdrę na głowę, ale niewzruszony głos dopadał ją i tutaj.

– Cechna, proszę wstawać! W tej chwili! Co to za moda włazić pod kołdrę... to niezdrowo!... – słyszała lekki zgrzyt klucza w zamku.

Więc matka zamykała ją na noc? Czuła, że jest w niewoli. Ze strachem wyrzucała sobie, że ustąpiła matce, że pozwoliła rządzić sobą. Przecież ona już nie wytrzyma w domu z tym klekotaniem, z tą uszczęśliwioną Amelką i spłoszonymi minami młodszych sióstr, którym matka kazała się trzymać z daleka od „niegrzecznej” Cechny.

– O Boże!... – śmiała się cicho niespodziewanym śmiechem. – Oszuka się – myślała o matce – ach, jak się oszuka. Bo oto, po dniach płaczu i rozterki, po dniach zupełnego zgubienia, stracenia się, uczuła w sobie coś nowego, mocnego, niczym krzyk spazmatyczny. Dniem była dawną Cechną, poganianą głosem matki, paplającą nieraz trzy po trzy z nudów, ale nocą leżała na kanapce w oddzielnym pokoju rozbudzona, pragnąca... Twarz Henryka zbladła w tych głuchych marzeniach, jego wspomnienie nie wywoływało – o dziwo! – znanego dreszczu w ciele. Ach, wywołało przykre uczucie opuszczenia, smutku, rozdzierających cierpień, woni lekarstw i środków dezynfekcyjnych... I słoika, który pieściła w pustych, pozbawionych wszystkiego dłoniach.

To działo się samo przez się, że budziła się nagle w nocy i szukała koło siebie niecierpliwymi palcami... Głowa jej wznosiła się w poszukiwaniu miejsca, wgłębienia w męskim ramieniu, gniazda rozkoszy w drugim ludzkim ciele. Suchymi wargami przywierała do chłodnych poduszek, nieukojona. Odsuwała to jeszcze od siebie, przepełniona pewnością: gdzieś tam za oknami są inni. I zdawało jej się, że słyszy głosy nawołujące, podżegawcze, spragnione. Siadała na swym posłaniu i wpatrywała się z natężeniem i tęsknotą w ciche, zasłonięte szczelnie firanką, ledwie od czarnych ścian jaśniejsze szyby.

Aż pewnej nocy pani Raczyńska usłyszała stuk ramy okiennej o mur. Słyszała ten stuk miarowy przez sen. Ocknęła się. Bosa, po ciemku, wstała i namacała klucz pod poduszką.

Jeszcze myślała po drodze, czy ma jakieś rzeźwiące krople w domu.

Gdy tylko otworzyła drzwi, smagnęło ją ostre zimno po bosych nogach. Okno szeroko otwarte! Pusta kanapa! Cechny nie ma na kanapie! Pani Raczyńska podbiegła do okna i wyjrzała. Cicho, pusto. Tylko w oddali, w takiej odległości od Nowolipek i Smoczej, i Dzielnej – wisiała łuna od świateł nad miastem. Tam uciekła Cechna. Na wieki wieczne.

Teraz już nie wróci. Amen. Pani Raczyńska zawróciła. Zawróciła czym prędzej do tamtej izby pełnej i ciepłej, gdzie były dzieci, senny oddech, zaduch.

Pokój został pusty. Łuna miasta napełniała ściany rudym półmrokiem. Twarde turkoty dobiegały z oddali, niemieckie tabory szły ku Dworcowi Kowelskiemu. Stamtąd też od stacji dochodziło sapanie parowozów i długie żałosne świsty, brzmiące jak wezwanie. Od centrum miasta przychodził nikły pogwar, znaczący tylko upartym trwaniem przemijanie ciszy. I wreszcie z rzadka, od Wisły, nadbiegł wilgotny i ochrypły głos syren ze statków pełniących jakąś służbę, głos podobny do wołania bąka wśród nocy.

Okno zachwiało się, rozwarło i zastygło tak, otwarte na tę ciemność pulsującą dalekim tętnem, ciemność wiecznie pełną młodości, groźby i nadziei...

 

 

 

*************************

 

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.