Dziewczęta z Nowolipek1-9

 

BEZ MIEJSCA

Jeśli mężczyzna strzela do kobiety, w biały dzień, do kobiety jadącej dorożką przez ulicę Karmelicką, to może to być tylko znów historia miłosna, nic innego. Bronka, która wówczas stoi przy kiosku z „Sherlockiem Holmesem” i „Barbarą Ubryk”, w oczekiwaniu na Kwirynę, w jednej chwili budzi się z długotrwałej głuszy i ciemności świata. Znów „widzi”!

Oczywiście, że zbiegło się tyle ludzi, iż nic nie można zobaczyć, ale ona nie potrzebuje patrzeć, aby widzieć. Więc widzi młodą, piękną kobietę w dorożce, w białej sukni i kapeluszu panama z białym woalem. Woal płynie za dorożką jak białe skrzydła ptaka. Mężczyzna stał tam długo, pod cukiernią Kaca, stał i oczekiwał, i cierpiał. Kiedy ujrzał ją, nadjeżdżającą, promienną i wesołą, podbiegł i strzelił. Ponieważ nie chciała go już więcej kochać, tak jak kuzynka Helena ojca. Schwytali go, na widok trupa załamał ręce i krzyknął:

– Cóżem ja zrobił, nieszczęsny!

Niewykluczone, że to było w pewnej książce i powiedziała jej o tym Frania.

Zjawił się stójkowy, rewirowy, zabrzmiała trąbka karetki pogotowia. Kwiryna nie nadchodziła. Pewnie znów dziś nie pójdzie na lekcje. Bronka powędrowała sama.

Ten, który strzelał, ten, który pozostał, jest stokroć nieszczęśliwszy niż piękny trup w dorożce. Zamkną go w więzieniu, za oknami osłoniętymi kapturami z blachy, do końca życia będzie milczał i nic więcej nie będzie widział tylko trupa zwisłego z dorożki. Nic więcej nie będzie widział!

– Ach, nie strzelaj! – rzekł jakiś głos patetycznie w głąb niej, wewnątrz.

Nagle obudziły się w niej zupełnie obce głosy, głos mordercy i zamordowanej, i nawet jej własny, ale obcy głos – i zaczęły wieść rozmowę. Rozjątrzająca rany rozmowa, do której ona od czasu do czasu wtrąca łagodzące słowa, ostrzeżenia, błagalne perswazje. To było tak pochłaniające, że gdy stanęła przed drzwiami na Nowowiejskiej, głosy jeszcze nie skończyły kłótni, a ona właśnie miała też coś powiedzieć.

Otworzyła jej drzwi sama pani inżynierowa.

– Cóż ty masz dzisiaj taki szczególny wyraz twarzy? – Bronka nie mogła zapanować nad głosami wnętrza i opowiedziała wszystko.

Tak jak „widziała”. Pani dotknęła dłonią jej szyi i czoła, przestraszyła się.

– Jakaś ty rozpalona! Biedne dziecko! To widok nie dla ciebie!

Musiała wypić jakieś lekarstwo, kropelki, została usadowiona na kanapie. Teraz było tak dobrze! Przytulnie, ciepło. Naturalnie, że o lekcji nie było mowy. Pani powiedziała do pana:

– Jakie to dziecko wrażliwe.

Ale na drugi dzień pani otworzyła jej drzwi z gazetą w ręku. Popatrzyła na nią ze zgryzotą w oczach.

– Co ci właściwie przyszło z tych kłamstw?

Zabita była kobietą starą, a mordercę łączyły z nią interesy pieniężne. Wracali od rejenta, razem. Tak było, tak opisano w gazecie.

Bronka zawstydziła się okropnie. Nie przyszło jej na myśl, że to z powodu pieniędzy! Nic już nie wiedziała. Jakże to wytłumaczy pani? Milczała.

Przyjazne uczucia związane z domem na Nowowiejskiej pierzchnęły. Pani patrzyła na nią nieufnie. Nawet pan nie potrafił dociec, dlaczego właściwie to dziecko kłamało. Złe instynkty.

Przychodziła dalej. Trochę lekcji, głośne czytanie gazety, dla wprawy, i ponieważ czytała tak melodyjnie i wyraziście. Z gazet przeszła na książki. Chodziła z panią do Frascati, na spacery. Chwilami przytomniała i widziała w ogromnej, niedoścignionej dali gmach gimnazjum na Kapucyńskiej. Ale Frania już zdała na pensję, a ona ciągle jeszcze „przygotowywała się”.

Domy przestały już być domami, stały się miejscem odpoczynku i skąpego jedzenia.

Franka nigdy nie miała domu, teraz poczuły to wszystkie: domy już nie były domami.

Uczuwały pustkę. Ponad wszystko: chłód i pragnienie, wybijała się teraz ta pustka. Uczuwały pretensję, gdy odrywano je od lekcji do małych posług, gdy panie z ciekawością rozpytywały o tryb życia na Nowolipkach, gdy się dziwiły, udzielały rad, gorszyły czy współczuły.

Świat zaczął się chwiać pod stopami. Najgorsze było to, że nie widziały nigdzie pewnego miejsca, niewzruszonego, na którym można by stanąć. W domu nie zajmowano się już nimi, ponieważ tam na Marszałkowskiej panie coś obmyślają, jakoś pokierują. Ale to przejście ze świata do świata, z Nowolipek na Marszałkowską, z jednego życia do całkiem innego, nie mogło się obyć bez wstrząsów, bez pewnego wykolejenia. Zaczęły pożądać. Poczuły zawiść.

Zapragnęły.

Nie porzucano jednak lekcji.

 

 

JEDWABNE POŃCZOCHY

Amelcia przywdziała jedwabne pończochy przyniesione przez Cechnę. Miała je włożyć dopiero w niedzielę, ale wyższa konieczność zmusiła ją do zaniechania takiej oszczędności.

Kiedy powiedziała o tej wyższej konieczności, wszyscy w domu, nawet małe, zaśmieli się.

– Ach, jak ta Amelcia umie ładnie wypowiedzieć się, zupełnie jak nieboszczyk! – rzecze matka.

– Może mnie mama w tej chwili przyrównać do wszystkiego, tylko nie do nieboszczyka! – odpowiada Amelcia. Ładny nieboszczyk, w jedwabnych pończochach i z kruczącym brzuchem.

– Mamo, czy mama słyszy? Zupełna orkiestra!

Ciągle zawody i zawody! W firmie Modes Marie także nie było raju, nie było klientek, które by pozwoliły sobie odesłać kapelusz do domu. To było bujanie gości, marzenie ściętej głowy. Klientki targowały się o każdą kopiejkę, kładły nowy kapelusz na głowę, stary do torby i skończona parada. Z najwyższym trudem i z różnymi wybiegami podpatrywała Amelka sekrety sporządzania przez podręczne „modeli”. Ją także posyłano. Po serdelki, po piwo, po pestki, po dodatki do kapeluszy. Sprzątała sklep. Gotowała na maszynce, za przepierzeniem, w pracowni – herbatę.

Na Freta sklepowa u rzeźnika kładła jej zawsze do papieru jeden serdelek więcej.

– Proszę o sześć serdelków! – Dano jej siedem. Z początku myślała, że to omyłka, i powiedziała uczciwie: – Pani mi dała za dużo.

Bo po co taka sklepowa ma być stratna? Ale sklepowa mrugnęła powieką, a potem zawołała ostro i wyniośle:

– Ja się nigdy nie mylę! Za długo siedzę w handlu, abym się mogła mylić. – Wtedy Amelka zrozumiała, że tamta lituje się nad nią, że to dla niej ten dodatkowy serdelek. Było jej wstyd, że ma taką minę zgłodniałą. Ale było jej też jakoś lżej, raźniej, choć tylko raz zjadła sama serdelek. Drugim razem przyniosła serdelek do domu, przekroiła na dwie połowy i dała małym.

Opowiedziała tę historię matce.

– Nigdy nie zwracaj uwagi, jeśli w sklepie, dadzą ci czegoś za dużo – pouczyła matka. – Nawet jak ci za dużo wydadzą reszty. Bo w sklepie może być właściciel lub ktoś mu powtórzy i taka panna straci przez ciebie miejsce. Trudno, omyliła się, to jej rzecz, nie twoja...

Nie można było przywiązywać większej wagi do jedwabnych pończoch, bo pantofle były tak wykrzywione, zdarte i dziurawe, że cały szyk na nic. Ale na ulicy okazało się, że przeciwnie, wszyscy widzieli jedwabne pończochy.

– Śmiech pomyśleć – przecież nogi mam te same! – pomyślała Amelka. Ale przedtem przechodziła ulicami niezauważona, choć miała te same nogi, te same błękitne oczy, jasne loki koło mizernej twarzy.

Jakiś facet szedł za nią aż na Żabią. Odnosiła kapelusz do drugiej modystki, pożyczony na model. Nawet nie mogła przyjrzeć się temu facetowi, bo po raz pierwszy szedł ktoś za nią ulicą, więc była spłoszona. Szedł i kołował, mijał ją i zawracał, patrząc uporczywie w oczy.

Inni też. Zaczynali od nóg i kończyli na oczach. Uczuła odrobinę wzgardy, patrzcie, jak to lecą za jedwabnymi pończochami! Z prawdziwą ulgą dopadła do sklepu.

Wychodzi: facet stoi przy wystawie, niby ogląda damskie kapelusze, a w rzeczywistości nie spuszcza oczu z drzwi.

Znów się wlecze, z tyłu. A ona, sama o tym nie wiedząc jeszcze, pod tym spojrzeniem męskim stąpa jakoś inaczej, zgrabniej, pewniej. Oczy jej błyszczą, uśmiecha się. „Kości kupuję, gałgany!” – to tak się zaczyna. A co potem?

Ogarnia ją wielka ciekawość, jak to wszystko się dzieje? Jakimi słowami zaczepia się dziewczynę? Nie ma już nic przeciwko temu, aby tamten podszedł i zaczepił ją. Pewnie powie:

– Czy pani pozwoli towarzyszyć sobie?

Na rogu Żabiej tamten mija ją, zawraca i ociera się mocno o jej ramię. Trąca ją. O mało się nie przewróciła.

– Czego się pan czepia! Idiota!

Wcale nie przypuszczała, że tak się uniesie, rozgniewa, że taki straszny wstyd ją ogarnie. Nikt jej nigdy nie potrącił w ten sposób, matka w domu ręki nigdy na nią nie podniosła. Czuła się poniżona, na ulicy, na oczach ludzkich. Omal nie zapłakała.

– Dobrze mi tak! Dobrze!

Wolałaby w tej chwili zapaść się pod ziemię niż spotkać Mietka. Ale Mietek właśnie szedł z biura, z kolegą.

– Co ci się stało, Amelciu?

– To ten łobuz...

Łobuz ulotnił się...

– Jak się ma takie oczy – mówi kolega Mietka – i takie nóżki, to nic dziwnego.

Mietek, zawsze na miejscu, przedstawia:

– Kolega Michałowski.

Amelka też wyciąga rękę:

– Raczyńska.

Ten Michałowski to już nie jest „chłopcem”. To mężczyzna, pracuje w biurze. Porządnie ubrany i taki jakiś pewny siebie, wesoły.

– Dokąd pani zdąża?

– Na Długą.

– No, to idziemy w jedną stronę. Serwus, Mietek!

Teraz już nie pogardza Amelka jedwabnymi pończochami. W dniu, w którym je włożyła, ktoś na nią czeka pod sklepem, na Długiej. Panny wychodzą jedna za drugą, podręczne, starsza panna – i spotykają się ze swoimi kawalerami. Stoją jeszcze chwilę przed bramą, naradzają się. Dokąd iść? W Aleje? Do iluzjonu? Do domu? Amelka wychodzi ostatnia, zamyka drzwi i oddaje klucz starszej pannie. A tu:

– Dobry wieczór, czekam na panią!

To pan Michałowski.

Pannom oczy o mało na wierzch nie powyłażą. Patrzajcie, ta Amelka, smarkula! Ale pan Michałowski ujmuje ją mocno za łokieć, panny go tyle obchodzą co zeszłoroczny śnieg.

– Odprowadzę panią do domu – mówi – żeby już nikt nie zaczepiał.

A na Nowolipkach, pod bramą, już nie trzeba Amelci pouczać i przypominać.

– Może pan wstąpi do nas?

– Z miłą chęcią.

Matka, naturalnie, przynosi herbatę do ładnego pokoju.

– Przepraszam bardzo – ale nic w domu do herbaty nie mam akurat.

– Nic nie szkodzi, dziękuję! – odpowiada pan Michałowski.

Nawet matka ocenia zaraz, że to nie jest „chłopiec”. Zatrzymuje małe w sypialni, a Cechna jest na swych tajnych kompletach.

– Czy słodką pan pije herbatę? Ile łyżek? – pyta Amelka.

– Dwie.

Pan Michałowski zatrzymuje jej rękę, gdy na dokładkę jeszcze sypie do szklanki ćwierć łyżeczki cukru.

– To już będzie za słodko! – mówi. Teraz trzyma jej rękę w swojej ręce, trzyma tak długo. Nagle pociąga ją ku sobie, oboje chwieją się...

Na zielonej, pluszowej kanapie, roboty nieboszczyka, Amelka poznaje smak pocałunków.

Pozwala się całować, długo, długo, aż do utraty tchu. Pan Michałowski odrywa usta od jej ust.

Wtedy ona sama, sama zarzuca mu ręce na szyję i drżąc szuka znów tego smaku, który ją nasyca więcej, pełniej niż najlepsze jedzenie.

 

W TYM DOMU WYTRZYMAĆ NIE MOŻNA

– Dlaczego wasza mama tak się nad wami trzęsie? – zapytała Cechna Sabiny.

Cechna przebywa teraz często u państwa Rubinrot, przychodził pan Michałowski i matka wyprawiała ją z domu.

– Nie wiesz? – skrzywiła się Sabina. – Ona jest jak ta wariatka.

Regina poważnie zwróciła jej uwagę, że tak się nie mówi o rodzonej matce.

– Mamunia miała ciężkie przejścia i od tego czasu wszystkiego się boi.

– Co to były za przejścia? – Regina odłożyła książkę, którą właśnie czytała, i opowiedziała, jak to był pogrom w Kijowie i czarna sotnia wpadła do mieszkania, siostrę pani Rubinrot wpakowali do szafy, zamknęli na klucz i z trzeciego piętra z balkonu rzucili na ulicę. Regina, w brązowej sukience zapiętej pod samą szyję i z włosami zaplecionymi w baranki na uszach, wyglądała tragicznie opowiadając to. Cechna uznała, że z takiego przejścia można było zwariować.

– Tak – westchnęła Regina – ale to nam życie popsuło, mamunia wszystkiego się boi. Ja lubię czytać, ale jeszcze więcej lubię rozmawiać z ludźmi.

Regina poszła do ojca, do fabryki kapeluszy, było południe, robotnicy jedli obiad z garnuszków. Usiadła razem z nimi i rozmawiała, dali jej spróbować zupy i nie dbała wcale o trefne. Rozmawiali – o czym, jak nie o kapeluszach jej taty? Robili tutaj tylko kapelusze, meloniki, Regina zapytała, czy innych kapeluszy nie mogą robić?

– Możemy, dlaczego nie – rzekł jeden stary robotnik i zaczął wyliczać, jakie już w swoim życiu kapelusze robił.

Z tej okazji Regina zauważyła głośno, że czasem kapelusz to nie kapelusz i nie tylko nakrycie głowy. Ale robotnik nie zrozumiał, o co jej chodzi, widocznie nie umiała jasno wyrazić swej myśli, przypomniała sobie jeden wiersz i oddała głos Rostandowi. Z początku cytowała tylko wiersz, ale potem uniosła się i mówiła pełnym głosem. Robotnicy otoczyli ją kołem i słuchali zaciekawieni, jakoś im się podobało to:

Wiem, że zduszą mnie wasze uściski padalcze;

Nic nie szkodzi, ja walczę! ja walczę! ja walczę!

Wydzierajcie mi wszystko, róże, laury wieszcze!

Wydzierajcie! Wbrew waszej woli jest coś jeszcze,

Co unoszę, czym teraz, gdy wejdę do Boga,

Zmiotę proch w mym pokłonie z gwiaździstego proga,

Jest coś, co bez zagięcia, bez plamy, z dni chwały

Unoszę...

Pióropusz mój biały.

Gdy skończyła, klaskali w ręce, a jakiś młody robotnik krzyknął:

– Brawo, towarzyszko!

Ojciec wyszedł z kantoru i wszystko widział i słyszał, jak ją nazywano towarzyszką. Przy obiedzie opowiedział to zdarzenie pani Rubinrot, a ona jęczała z przestrachu, a jednak widać było, iż jest zadowolona, że Regina taką ma łatwość w obcowaniu z ludźmi.

 

– Ty jesteś dobre dziecko, Regina.

I Regina otrzymała jeszcze raz i jeszcze raz pozwolenie pójścia do fabryki, zamiast na spacer. Ale po kilku dniach młody robotnik zaczepił ją na dziedzińcu fabrycznym i powiedział:

– Nasz stary (to o tatku) zmienia wyrób kapeluszy na wyrób czapek wojskowych. Czy czapka rosyjskiego żołnierza jest czapką, nakryciem głowy, czy także co innego znaczy, jak ty myślisz, Regina, co? – Regina pobladła, i z tą bladością i łzami wróciła do domu. Tego dnia pani Rubinrot tak krzyczała na męża, iż w całej kamienicy słyszano jej piskliwy głos:

– Co to jest? Co to jest?! Dlaczego ty zadajesz się z takimi chuliganami, czy tobie życie niemiłe?

Krzyczała i groziła w języku niemieckim i żydowskim, to znów po polsku, ale pan Rubinrot był nieubłagany. Otrzymał wielkie zamówienie wojskowe, pieniądz jak złoto, czy widział kto taką wariatkę? Kłócili się do wieczora. Regina już sama nie chciała pójść do fabryki, jedyna jej przyjemność przestała być przyjemnością. W końcu pani Rubinrot zapowiedziała, że dom ma być od tego interesu wyłączony.

– Dom, to jest dom – zgodził się pan Rubinrot.

I wtedy właśnie Regina krzyknęła:

– Co za dom? W tym domu wytrzymać nie można!

Trzeba było teraz innymi oczami patrzeć na panią Rubinrot. Janka przyszła w goście sama, bez wołania, i z humorem od progu pokazała pani Rubinrot czyste ręce.

– Ach, moje dziecko, żartujesz, ty jesteś już taka duża panna, co ty mi pokazujesz ręce? Wejdź, proszę cię, zaraz będzie podwieczorek!

Rubinrotówny bawiły się na balkonie, dla powietrza. Przed dom zajechała z szykiem i szumem dwukonka, woźnica osadził konie. Z góry, z balkonu, widać było tylko ogromny kapelusz damski i całą falę falbanek i koronek.

– To chyba nie do naszego domu! Kto to może być? Do kogo?

Dama z nogą na stopniu płaciła woźnicy, torebkę miała srebrną, siatkową.

Szewc Fiszel z ogromnym buciorem w ręku stanął na progu swej klitki. Może to Rózia? Może to jego córka, Rózia, przyjeżdża odwiedzić swojego starego ojca?

– Pójdę i dowiem się! – woła Janka, a Regina nie może powstrzymać się, aby jej nie towarzyszyć.

Pobiegły pędem, galopem przez stołowy i kuchnię. Nawet drzwi za sobą nie zamknęły. Pani Rubinrot krzyczy przewieszona przez poręcz schodów:

– Regina, gdzie ty idziesz, Regina, wracaj!

– Ach, mamuniu, ja tylko na chwileczkę!

Dama wchodzi akurat do bramy i rozgląda się bacznie. Jej stopy tanecznym ruchem roztrącają fałdy sukni. Pod ciemnym, ogromnym kapeluszem ma włosy niczym złoto, pachnie. Janka idzie naprzeciw i pyta grzecznie:

– Kogo pani szuka?

Tamta waha się chwilę, a potem mówi śpiewnie:

– Czy żyje tu jeszcze madame Prymas?

Janka potrząsa głową, nagle przypomniała sobie i wola:

– Tak, tak! – ale już żałuje, na pewno omyliła się, czyżby to stróżka Prymasiakowa była madame Prymas?

Piękna kobieta załamuje ręce i biegnie wprost do stróżówki, tren jej sukni z szumem wlecze się po bruku. Stróżki Prymasiakowej nie ma w domu, pewnie poszła do cyrkułu z książkami meldunkowymi.

– Ja poczekam – szepcze przybyła – dziękuję, moja miła.

Janka czuje, że już nie może tak stać i przypatrywać się, że to nieładnie. Cofa się, staje z Reginą w sieni.

– Czy ty wiesz, to będzie pewnie ta jej córka, która uciekła do Rosji.

Reginę to tak wzrusza, iż zaczyna dygotać.

Szewc Fiszel stracił wszelką nadzieję i wrócił na swój stołek, klepać skórę.

– Czemu ona tak chodzi bez przerwy po podwórzu?

Chodzi, chodzi, chodzi! Od wodociągu, który z żelaznego pyska kapie ciągłymi kroplami wody, od sutereny Frani do okien stróżówki. Tam zasłania czoło opierścienionymi palcami i patrzy w głąb. Prycza drewniana przy oknie, dalej komoda i szafka na jedzenie podparta cegłą, kulawa; tuż zaraz mała kuchenka, na ścianie wiszą łachy – to wszystko. Ale to są lata dzieciństwa i pierwsze lata młodości. Ten wodociąg, ten ustęp w końcu podwórza i kąt przy bramie, gdzie stoją miotły, wielka szufla do zbierania śmieci. Idzie tam, staje i patrzy uważnie. Nikt nie może wiedzieć, że tu ją ongiś dopadła pierwsza miłość, tu ją przyparł pierwszy facet. Jakiegoś dnia zwaliło się to na nią wspomnieniem w głębi dalekiej Rosji, na Kaukazie, w przecudnych Essentukach. Essentuki, Kisłowodzk – Piatigorsk – i Nowolipki.

Powoli okna zapełniają się, we wszystkich oknach ciekawe twarze. Nikt nie poznaje dawnej, kostropatej Mańki, którą matka naganiała miotłą do domu. Ona, nie ona? Na domiar złego pani Rubinrot krzyczy ostro z balkonu:

– Regina, gdzie ty jesteś? Regina, do domu! – i zaraz ze wszystkich stron rozlega się:

– Regina, mama cię woła! Re-gi-na! – Wściekła i czerwona ze wstydu Regina biegnie na górę.

Stróżka Prymasiakowa już nie jest stróżką i nie jest Prymasiakową, tylko panią Prymas, lokatorką. Te okna, parter, w podwórzu na lewo, to jest jej nowe mieszkanie.

– Ja na jej miejscu wynajęłabym mieszkanie gdzie indziej, a nie tu, gdzie wszyscy znają – mówi pani Raczyńska.

Ale Mossakowska rozumie to:

– Tu się naużywała biedy i tu chce zaznać szczęścia... – Przez koronkowe story widać: pani Prymas siedzi na kanapie z garnuszkiem kawy i ciastem na kolanach. Jej córka, Mańka, gra na pianinie i śpiewa. Na ścianach porozwieszano fotografie w najrozmaitszych pozach i strojach, szarfy od wieńców, afisze.

Ech, wy, mużcziny, nie zabywajties,

kagda z diewoczkoj na jedinie

takie śpiewa piosenki.

– Moja córka, Mania, jest artystką.

Niech sobie będzie, ale pani Raczyńska zabrania swoim dziewczętom stać na podwórzu i słuchać tych piosenek.

Maria Prymas kupiła swemu bratu Józiowi, który wyterminował u ślusarza, warsztat na Długiej, umeblowała mieszkanie i matkę zabrała do siebie. Józio od lat chodził i wzdychał za rewirówną, panną Cecylią, ale marzenia nie było, żeby śmiał dostąpić do tej panny, choć patrzyła na niego łaskawie. A Mańka tylko ziewnęła i rzekła:

– Za pieniądze wsio dostaniesz. Cóż rewirowy? Mała sobaczka.

I tak się stało, w jakąś niedzielę rewirowy i rewirowa siedzieli u Prymasiaków na przyjęciu, za stołem.

Mania przyszła do Mossakowskich przypomnieć się ich pamięci i poprosić, czyby pan Mieczysław nie poszedł z nią na miasto wybrać nuty do śpiewu i płyty do gramofonu? Mietek zaczerwienił się i zawahał, ojciec spojrzał na niego z drwiącym niezadowoleniem. Więc ostatecznie poszedł. Ale wrócił bardzo zły i zapowiedział, żeby go nie zmuszano do takich rzeczy.

– Jak ona zachowywała się w sklepie! Aż mi wstyd było! Na ulicy oko takie puszcza, że proszę! A najgorsze, że głos ma taki zdarty i do śpiewu się bierze.

Pani Raczyńska zauważyła kwaśno, że jak ktoś zadziera nogi w kabarecie, nie potrzebuje do tego głosu. To oburzyło Jankę:

– Co pani do tego?

Matka aż osłupiała na taką niegrzeczność:

– Jak ty się do starszych odzywasz?

Janka rozkrzyczała się na dobre:

– Chodzą, modlą się tylko i upokarzają! Świętoszki!

– Wyjdź stąd! Wyjdź mi zaraz! Poczekaj, już ja się z tobą rozmówię!

– A pójdę! Pójdę! Żeby mama wiedziała! W tym domu wytrzymać nie można!

Trzasnęła drzwiami i wyszła. Szła przez podwórze i zatrzymała się niezdecydowanie przed oknami oficyny. Mania tancerka wyjrzała, otworzyła lufcik, uśmiechając się.

– Wstąp na chwilę, miła moja, jestem sama.

Niech się matka dowie, niech się gniewa. Janka ma dość tej porządności w domu. Ciągle się wynoszą z tą swoją porządnością. A Mania się nie wynosi, a jest taka dobra. Matka biła ją dawniej, ciągnęła za włosy, a ona wróciła i zapłaciła dobrem za złe. Sprawiła nawet matce sztuczne zęby.

– Mama, czym ty kuszajesz, aaa? Sprawimy tobie zubki, mama. – I kiedyś powiedziała: – Żebym nie wyjechała, toby nigdy nie uznała, czto eto wielikodusznost, wielikolepje . Rosja – ludzie tam inni.

I Janka zaczęła marzyć o tej Rosji. W domu i na kompletach, i wszędzie, gdzie się ruszysz, ludzie ciągle mieli pretensje, wytrzymać nie można z tym wszystkim!

Jeśli nie była u pani Prymas, przesiadywała gdziekolwiek, tylko nie w domu. Wałęsała się. Poszła do Kwiryny i umówiły się, że będą razem szukać jakiegoś zajęcia.

U Kwiryny szatkowano kapustę, tułuby tkwiły w sklepie, a tu, w kuchni, królowała Kwiryna. Jak to dobrze, że przyszłaś! Miała rękawy bluzki zakasane do łokcia, ziele, koper i rajskie jabłuszka do przyprawiania kapusty. Szatkownicy zaraz mieli skończyć szatkowanie.

– Chcesz głąba? – Obierały i chrupały głąby kapuściane, to był przysmak.

– U nas jeszcze mama nie pomyślała o kapuście – rzekła Janka.

– Jeszcze czas, u nas potrzeba do handlu, ludzie się dopominają o kwaszoną kapustę. – Kwiryna ostro zwijała się z robotą, bo po zamknięciu sklepu miała się spotkać z chłopcem.

– Z jakim chłopcem? – zdumiała się Janka.

– Z tym, wiesz, co chodził z Amelcią. On się nazywa Roman.

– Ach, to on dlatego przestał bywać u Amelci!

Kwiryna niezmieszana wcale przypomniała jej, że Amelcią chodzi z panem Michałowskim.

– Ja tam wcale o to nie stoję, ale ten Roman jest praktykantem u kupca na Marszałkowskiej, więc mamy o czym porozmawiać, wspólne takie zainteresowania.

Siadły na kufrze i chrupiąc soczyste głąby patrzyły na pracę szatkowników. Nagle Kwiryna zniecierpliwiła się.

– Czy prędko będzie koniec?

Szatkownicy spytali:

– Z ubiciem, czy bez?

Kwiryna zaczerwieniła się po uszy.

– Z ubiciem, z ubiciem!

– No, to jazda do beczki, dawać sól!

Kwiryna pomknęła po sól do sklepiku, ale w tej chwili wyleciała stamtąd jak wyrzucona z procy. Gniewne pomruki poprzedziły wejście tułuba. To była matka. Zapłaciła i wyprawiła szatkowników, spojrzała krzywo na Jankę i chlusnęła gorącą wodą do szaflika stojącego na ziemi.

– Myj nogi! – mruknęła ostro.

– Co mama myśli, że ja będę udeptywać kapustę? Powiedziałam już, nie będę!

– Ja ci tu zaraz pokażę! Ja ci się porządzę! – Matka wyciągnęła z komody coś białego i rzuciła na stołek. – Myj nogi, kładź gacie ojca, obwiąż mocno tasiemki koło łydek... – Kwiryna stała nieruchoma, czerwona jak burak. – Zeszłej jesieni to ci fanaberie do łba nie szły, deptałaś i dobra... Z tej nauki tak ci się we łbie przewróciło. Taka uczona, a nie wiesz, że kapusta ubita tłukiem ani się umywa do deptanej.

– Żeby ludzie wiedzieli, toby tego świństwa do ust nie wzięli – mruknęła Kwiryna.

Matka poruszyła się ciężko i pac! uderzyła ją w twarz. Coś dziwnego stało się z Kwiryną, krzyknęła cienko i przenikliwie.

Dopiero w bramie zapłakała.

– Ja już w tym domu nie wytrzymam – ale dokąd ja pójdę?

Janka rzekła gorzko:

– A mnie, myślisz, lepiej?

Kwiryna zacisnęła pięść i pogroziła:

– Ja im pokażę! Czy wiesz, dlaczego oni tak pilnują blaszanek z landrynkami?...

Ale nie powiedziała nic więcej, zatrzymała się nagle, jakby się opamiętała.

– Jeśli tak dalej będą ze mną postępować, to ucieknę. Dłużej w tym domu nie wytrzymam!

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.