Aeciusz-7

ROZDZIAŁ IV

RYWAL

Bonifacjusza, który miał niesłychanie czujny i lekki sen, od razu zbudził szelest bosych nóg tuż obok loża. Zdumiony usiadł na posłaniu: przy łożu stała Pelagia. Włosy miała rozpuszczone, paznokcie nie ubarwione — odziana była w samą tylko nocną stolę, odsłaniającą całe ramiona, szyję i górne połowy piersi. Resztki senności natychmiast odleciały Bonifacjusza: zaprawdę stać się musiało coś bardzo niezwykłego, skoro Pelagia przybiegła tu z gineceum, tak jak spała, nie włożywszy na się żadnego okrycia ni sandałów!

Serce uderzyło mu silniej: czyżby w czasie, gdy spał, Wandale wdarli się do miasta? Rzucił na żonę pytające, pełne niepokoju spojrzenie i nagle poczuł, jak krew potężną gorącą falą napływa mu do głowy: a może? może przyszła tylko po to, aby być z nim?... i może dlatego tylko tak odziana?!... Zupełnie zapominając o Wandalach, wyciągnął ku niej pełne lękliwej nadziei ramiona, gładkie, kształtne, mocne... Czyżby wreszcie zmiękła? zrozumiała go? zapragnęła się pojednać?!

Wnet jednak cofnął się, uderzony niezwykłym wyrazem jej spojrzenia: nie miękkość, nie zrozumienie, nie chęć pojednania — dumne a zuchwałe szyderstwo i dziwna, niepokojąca radość biły z tych nade wszystko ukochanych czarnych afrykańskich oczu, w których Bonifacjusz od lat przyzwyczaił się widzieć jeno nieustępliwą zaciętość, wzgardliwy smutek lub urazę i gniew.

Za dobrze ją znał, by nie miał od razu zrozumieć wszystkiego. A więc stało się, o wielki Boże?! Krew ucieka z twarzy falą nierównie potężniejszą, niż napłynęła. Bonifacjusz drżącą dłonią czyni znak krzyża, zrywa się z posłania i wstydliwie okrywając swe piękne nagie ciało, biegnie do szerokiego okna. skąd roztacza się wspaniały widok na całą główną dzielnicę królewskiego Hipponu, od wybrzeża aż do bazyliki Ośmiu Męczenników.

Żadne święto nie przypadało na ów piąty dzień przed kalendami września; oblegający od kilku tygodni miasto Wandale nie zrobili w murach żadnego nowego wyłomu; godzina była wczesna: pora pracy dla humiliorów, a nieprzerwanego jeszcze snu honestiorów; na niebie ani jednej chmurki, na morzu ani jednej fali — poranne afrykańskie słońce oślepia tysiącem blasków, torturuje bezlitosnym skwarem; a przecież oto — widzi Bonifacjusz — cały Hippo wyległ jak jeden człowiek na ulice, niepomny pory, pracy, spoczynku, upału... Tysiączne rzesze mężczyzn i kobiet. starców i dzieci, honestiorów i niewolników — ponuro szemrzącymi strugami, potokami, rzekami wypływają ze wszystkich stron na główne forum i zlewają się w jedno niezmierzone, żałobnie huczące morze, bezradnie bijące setkami posypanych prochem głów o żółte marmury Bazyliki Pokoju.

Słońce zdaje się gasnąć, oślepione apokaliptyczną jasnością, bijącą z takiego mnóstwa świec, kaganków, lamp i pochodni. jakiemu podobnego nie widziała nigdy żadna choćby i najciemniejsza z ciemnych noc hippońska. Przed samym domem, gdzie mieszka Bonifacjusz, przeciąga właśnie tłum złożony przeważnie z mężów w sile wieku: rybaków, rzemieślników, rolników — prawie wszyscy płaczą i co chwila uderzają się co sił w potężne piersi wielkimi i ciężkimi jak młoty pięściami... Twarze rozorane paznokciami, pomazane błotem lub też szczelnie osłonięte wraz z całą głową... Ponad zbiorowy pomruk i płacz raz po raz wybije się czyjeś głośne łkanie lub pełne niewymownej rozpaczy:

„Eheu!" albo: „Chryste, Chryste, zmiłuj się!"

W pewnej chwili Flawiusz Bonifacjusz, dux et comes Africae, chluba rzymskiego oręża, żołnierz nieustraszony i niezłomny, choć nie zawsze szczęśliwy — spostrzegł nagle, że po obu jego policzkach od dłuższego już czasu spływają duże piekące łzy. Pośpiesznie więc otarł oczy oraz policzki brzegiem tkaniny, którą, wstając z posłania, okrył swą nagość, i odwrócił się od okna, rzucając baczne spojrzenie na Pelagię: czy widziała?

Widziała. Mówiło o tym wyraźnie jej spojrzenie, jeszcze bardziej szydercze i radosne, triumfujące, tchnące dumnym poczuciem siły, swobody i zwycięstwa. Gdyby nie to pełne życia spojrzenie i gdyby nie ustawiczne drganie palców, jakim zdradzała swe ogromne podniecenie, zdawać by się mogło — tak nieruchomo stała wciąż przy łożu! — że to nie jest żywa istota, ale posąg, pod którym po wielu, wielu wiekach — gdy zejdzie zeń już polichromia, a oczy wraz ze źrenicami cały swój stracą wyraz — przybiją tabliczkę z napisem: „Gips. Rzymianka z Afryki w stroju nocnym"

Bonifacjusz zaś, patrząc na nią, pomyślał: „Nasycona nienawiść", a zarazem potem: ,,Chryste, czyż to możliwe, by potrafiła tak nienawidzić kobieta, słabe, łagodne stworzenie?! I to kogo?!"

Szybkim krokiem zbliżył się do niej i biorąc za drżącą rękę, rzekł głosem pełnym niewymownego smutku:

— Zwyciężyłaś. Przyznaję. Ale bez najmniejszej własnej zasługi, bez żadnego wysiłku — przypadkowo. Tak jak oswojony gołąb zwycięża w swym mniemaniu ugodzonego grotem orła. Bądźże więc przynajmniej zwyciężczynią godną swego wielkiego przeciwnika i godną... swego męża.. Pójdziesz złożyć mu pokłon.

Przez chwilę patrzyła na niego w osłupieniu: pierwszy to raz Bonifacjusz stawiał jej siebie jako wzór do naśladowania! Już... już miała wybuchnąć oburzeniem (czy szyderczym śmiechem? — sama jeszcze nie wiedziała), ale oto nagle rozjaśnia się jej twarz i schyla głowę na znak zgody. Dobrze, pójdzie z nim... pójdzie chętnie, nawet z radością, nie po to jednak, by złożyć pokłon, ale aby zwycięsko spojrzeć w znieruchomiałą na zawsze twarz... w zamknięte oczy, z których już nigdy nie wystrzeli piorun natchnionego gniewu... przede wszystkim zaś — by zobaczyć zaciśnięte na wieki usta. jeszcze onegdaj takie dla niej — przyznaje się — groźne, a dziś takie bezsilne...

Bonifacjusz wzrusza ramionami.

— Za swoje uczucia i myśli — zaczyna mówić powoli, cicho, jakby z trudem hamował gniew — sama odpowiesz przed Bogiem na Ostatnim Sądzie; boję się, że straszliwy to będzie dla ciebie sąd... Ale pamiętaj: nie wolno ci nic uszanować boleści, rozpaczy i żałoby tych oto tysięcy...

I wskazał ręką na okno.

W samo południe nagle zakołysał się rozśpiewany modlitewnie tłum, oblegający Bazylikę Pokoju. Głośne wołania: „Miejsce... miejsce... miejsce dla prześwietnego comesa Flawiusza Bonifacjusza" zagłuszały na chwilę szmer modlitw i śpiewy, błagalne, pokutne, żałobne... Rzesze ludzkie rozstępowały się chętnie, robiąc wolne miejsce dla swego ziemskiego wodza i obrońcy, który w okrytym żałobnymi zasłonami rydwanie jechał złożyć ostatni pokłon ich wodzowi i obrońcy duchowemu. Niejedna przecież setka par oczu dostrzegła w rydwanie obok Bonifacjusza smukłą kobiecą postać: wówczas spojrzenia posępniały, twardniały i wzbierały gniewem lub nienawiścią. Zaciskały się pięści, a usta. jeszcze przed chwilą pełne świętych, rozpacznie żałobnych lub kojąco słodkich wyrazów, wyrzucały z siebie ciche, napęczniałe hamowaną z trudem wściekłością słowo:

„Heretyczka!"

Ona zaś, czując na sobie palący żar setek nienawistnych spojrzeń i bolesne brzemię jak kamienie ciskanych przekleństw, jeszcze bardziej zacinała się w swym triumfującym szyderstwie i mściwej radości: dla nich wszystkich to dzień klęski i żałoby, dla niej — zwycięstwa!

Żałobny rydwan comesa Afryki zatrzymał się przed niedużym starym domem na wprost północnego skrzydła Bazyliki Pokoju. Tłumy w tym miejscu najgęściej stłoczone ujrzały najpierw Bonifacjusza, zawiniętego z głową w czarną żałobną togę, później Pelagię — również żałobnie odzianą. W starym domu perystyl, fauces, atrium, triclinium i wszystkie cubicula szczelnie wypełnione były zwartą masą ludzkich ciał, nad którą jak korony palm w afrykańskim gaju kołysały się ze szmerem setki głów, przeważnie czarnych, kędzierzawych, lśniących, rzadziej siwych lub łysych — wszystkie o zmierzwionym włosie, gęsto posypane prochem lub popiołem. Zdawało się. że dłoni już nie ma gdzie włożyć w żadnej z komnat — a przecież, ledwie wysoka postać Bonifacjusza zamajaczyła u wejścia do perystylu, natychmiast przez wszystkie komnaty na przestrzał pomknęło ku perystylowi, na trzy stopy szerokie, wolne przejście, w którego przeciwległym końcu rozbłysła oślepiająca. jakby nieziemska jasność.

Wówczas comes Afryki wziął żonę za rękę, jak bierze się dziecko, i szybko poprowadził ją pod ogniem setek par błyszczących oczu poprzez długi rząd tonących w półmroku komnat. Pelagia od razu spostrzegła, że im bardziej zbliżali się ku jasności, tym mniej uwagi zwracali na nich coraz to ciaśniej stłoczeni ludzie, wszystkie twarze, skupione. rozmodlone, zapłakane, w jeden patrzyły punkt: w niskie drzwi, spoza których wypływała na tonące w mroku głowy owa dziwna jasność. Na progu tych drzwi zatrzymał się przez chwilę Bonifacjusz: szybkim ruchem ręki zsunął z głowy czarną togę, po czym wygarnąwszy z dłoni stojącego obok starca sporą garść prochu, posypał nią swe ciemne, ale gładkie — nie kędzierzawe — włosy i szepnąwszy Pelagii: ,,Zostań tu", stanowczym, sprężystym, żołnierskim krokiem ruszył w światłość...

Jasność bijąca spoza niskich drzwi (przechodząc przez nie Bonifacjusz musiał się pochylić) zrazu zmusiła Pelagię do silnego zmrużenia oczu; dopiero po chwili odważyła się nieco rozchylić powieki i spojrzeć przed siebie. Stała na progu komnaty, niskiej, ale przestronnej, oświetlonej co najmniej dwudziestu różnego kształtu i wielkości lampami i dwa — lub trzykroć tylu żółto jarzącymi się świecami. Szesnaście największych świec na wysokich podstawach z brązu otaczały wysunięte na środek komnaty wąskie łoże — cztery w każdym jego rogu. Pierwsze, co uderzyło wzrok Pelagii, gdy przylgnęła chciwymi oczyma do skromnego łoża — to była wielka, mlecznobiała broda, w której zupełnie tonęły usta... owe usta, co to jeszcze onegdaj tak dla niej groźne, umilkły już i zwarły się na zawsze... usta wroga... Tak, wroga. Czyż nie był nim dla niej istotnie? Czyż nie był przede wszystkim wrogiem jej wiary?... postrachem tej wiary kapłanów?! Doskonale pamięta: wszak to jeszcze tak niedawno temu jej pasterz — ariański pasterz, święty biskup Maksymin, wyzwał tego oto tu spoczywającego wiecznym snem jej wroga na religijną dysputę. Ach, jeszcze teraz gniew porywa Pelagię na wspomnienie, że niewiastom nie zezwolono przysłuchiwać się dyspucie. A tak strasznie pragnęła! Cały dzień przemawiał wówczas Maksymin — przemawiał pono pięknie, miodopłynnie, natchniony niczym anioł Boży... a wróg słuchał. Nazajutrz Maksymin miał słuchać — cały Hippo bezsennie spędził noc. wyczekując w podnieceniu owej godziny poranku, w której przemówi jego pasterz. I oto nagle rozeszła się o wschodzie słońca wiadomość, że biskup Maksymin odjechał! Święta Agato, jakaż wrzawa wybuchła wówczas w całym mieście! Pelagia przez dwie noce potem nie spała, a w dzień daremnie usiłowała czymś się zająć: taki palił ją wstyd i taka złość... Bonifacjusz śmiał się: mówił, że Maksymin stchórzył... Pelagia z żarem broniła swego biskupa, ale sama nie bardzo wierzyła w to, co mówiła, dopiero rozprawa, jaką Maksymin nawiązując do owej dysputy napisał i ogłosił, uspokoiła ją zupełnie. Rozprawę tę czytała tyle razy, że całą nieomal zna na pamięć.

Maksymin... Maksymin... Czyżby to, o czym w tym miejscu teraz się myśli, natychmiast przybierało cudownym sposobem widome kształty? Wyraźnie widzi o kilka kroków przed sobą wielkie litery: »...llatio cum Maximino«. Pierwszych liter brak: pergamin jest do połowy zwinięty, ale Pelagia wie, że to ma być: »Collatio...« Dopiero teraz widzi. że w jednym z rogów komnaty, gdzie leży umarły, panuje wieki nieład: książki w kodeksach, zwoje w puszkach, na kołkach i do połowy rozwinięte, jakieś ogromne karty i małe szczelnie zapisane tabliczki — wszystko to leży jedno na drugim, składając się na wcale wysoki stos, którego nie miano widocznie czasu uprzątnąć. A może umyślnie nie ruszano z szacunku do upodobań zmarłego, który — o czym Pelagia słyszała od Bonifacjusza — w ostatnich jeszcze tygodniach przed zgonem chciał mieć pod ręką wszystkie ulubione czy najpotrzebniejsze książki. Wzrok Pelagii z zaciekawieniem błądzi po bezładnej kupie książek: niektóre tytuły od razu rzucała się w oczy: »Apollonius«. »Pauli Apost...«, »Contra Julianum«, »Victorini Prosodia«. »De tempore barbarico«... Zaciekawione oko porzuca niebawem książki i znów zatrzymuje się przy śmiertelnym łożu stwierdzając, że ciemny przedmiot dziwnego kształtu w norach zmarłego to czyjaś głowa, raz po raz wstrząsana wybuchem płaczu. Pelagia nie wie. że głowa ta należy do biskupa Sewerianusa, ani też wcale nie zna prezbitera Kwodwultdensa, który klęczy nieco na lewo od łoża dotykając nisko pochyloną głową ugiętego kolana Bonifacjusza. Od razu natomiast poznaje głośno modlącego się staruszka biskupa z Bulla Regia, który jeszcze w czerwcu schronił się w Hipponie przed Wandalami — jak również biskupa Kalamy Possydiusza, klęczącego po lewej stronie zwłok, tak że czoło jego dotyka lekko na wieki już znieruchomiałego ramienia. Prócz tych pięciu w komnacie znajduje się jeszcze jeden człowiek; jedyny, który modli się stojąco — biskup Konstantyny Antoninus. Wysoka jego postać przysłania szerokimi barami część tylnej ściany komnaty, tak, że za plecami jego odgaduje Pelagia przynajmniej ze dwa spośród psalmów dawidowych, które zmarły na jedenaście dni przed śmiercią kazał powiesić sobie na wielkich kartach nad łożem. Antoninus modli się cicho, płacze również bezgłośnie — skrzyżowane na piersiach długie jego ręce rzucają dziwaczny cień na białą brodę zmarłego. Od czasu do czasu ręce te poruszają się — wówczas chude, kanciaste, ostro sterczące łokcie wypadają czarnymi skrzydłami na prawo i na lewo od czarnej nieruchomej sylwetki, zasłaniając na ścianach — jedno: »Miserere...«. drugie: — »ericordiam Tuam«.

Pelagię znów ogarnia fala triumfującego szyderstwa: płaczcie... módlcie się... tłuczcie głowami o ziemię — nic wam nie pomoże... nie wskrzesicie go... nigdy już ani słowem. ani pismem się nie uzbroi, by stanąć do walki ze świętą jej wiarą...

Ani też do walki z nią samą!

Pelagia z trudem hamuje cisnący się na wargi uśmiech radości i dumy; tak, teraz już zwyciężyła naprawdę... zwyciężyła ostatecznie! I niech to będzie nawet — jak powiada Bonifacjusz — zwycięstwo gołębia nad ugodzonym strzałą orłem... niech żadnej nie przynosi jej chwały... Nie stoi o to. Nie o chwałę walczyła — o Prawdę Bożą i oto dziś razem z tą Prawdą zwycięża! Zaiste głupi i ślepi są ci oto wszyscy, którzy pełni trwogi, bólu i rozpaczy, modlą się tu dookoła niej i opłakują odejście ojca... głupi, głusi i ślepi, niezdolni są bowiem pojąć woli Bożej ni Boskich wyroków... Dla niej jest zupełnie jasne, dlatego Pan zsyła na nich trwogę, klęski i zniszczenie, dlatego pozbawia ich ostatniej podpory i pociechy, jaką widzieli w tym, kogo największym sługą Pańskim nazywali — ponieważ nie chce Bóg takiego sługi... Nie chce ich ofiar, modlitwy ni czci: skażają bowiem Prawdę Bożą... pomniejszają Bożą moc i bluźnią jej głosząc zuchwale, iż nie mogła stworzyć Najświętszego Chrystusa, ale sama z Nim od prawieków jedność stanowi... Jedność? współjedność czy współistność?... Myśli Pelagii mieszają się i mącą — nagle czuje się zmęczona... Jedność i wielość, współistność i współpodobieństwo — wszystko to plącze się i zachodzi jedno na drugie, staje się niezrozumiałe i dziwaczne... A przecież gdy tych spraw nie roztrząsa, wszystko jej wydaje się takie łatwe, proste i zrozumiałe... wszystko, czego nauczają teraz Maksymin i Paschasynus i w co od trzech już pokoleń niezłomnie wierzy możny ród Pelagiuszów. Spośród najznakomitszych rodów Afryki ostatni to już chyba, co tak uporczywie, nie bacząc na raz po raz ponawiający się ucisk, obstaje przy nauce Ariusza, której na całym Zachodzie nikt już prawie nie wyznaje prócz germańskich barbarzyńców. Ale ostatnia dziedziczka rodu nie tylko broni się jak ojcowie jej i dziadowie: ona zdobywa...

I znów wielkiego trzeba wysiłku, by zdusić rozpierającą całą jej istotę i domagającą się gwałtownie uzewnętrznienia radość i dumę. Cztery lata walki!... Tak. tak, za dziewięć już dni w same nony wrześniowe pełne cztery lata miną, odkąd potężny Flawiusz Bonifacjusz, comes Africae i comes domesticorum, ulubieniec i przyjaciel wiecznej Augusty — z pierwszego spojrzenia rozkochał się w siedemnaście wiosen liczącej ostatniej dziedziczce Pelagiuszów. Niewątpliwie rozległe a bogate włoście między Wippo, Diarytus a Thamugadi, jakie przypaść miały w wianie młodziutkiej Pelagii, niepoślednią odegrały rolę w postanowieniu wsławionego comesa — przecież jednak przede wszystkim wielka miłość, jaką ku niej zapłonął, skłoniła go do zabiegów o jej rękę. Pelagiusze z ochotą spowinowaciliby się z przyjacielem i ulubieńcem Augusty, postawili jednak warunek, że dziecię ich rodu, poślubiając wyznawcę nicejskiej nauki, nie będzie zmuszone do zmiany wiary. I nabożny Bonifacjusz przystał. To było pierwsze jej zwycięstwo.

A drugie?... Drugie odniosła nie tylko nad mężem, ale i nad ojcem Afryki... Gdy uczuła się matką, Bonifacjusz zażądał, by dziecię jego, które przyjdzie na świat, zostało ochrzczone i wychowane w wierze, którą on wyznaje. Pelagia powiedziała: „Nie". Rozpoczęła się walka. Urodziła się dziewczynka. Ojciec Afryki zasypywał wsławionego comesa listami i ustnym surowym napomnieniem bądź też przyjacielskimi radami. Pelagia mówiła: „Nie" I dziewczynka została ochrzczona przez ariańskiego prezbitera

— Czy ty mnie zrozumiesz?... Czy ty mi przebaczysz? — ze smutkiem i niepokojem szeptał Bonifacjusz patrząc w skamieniałą twarz ojca Afryki. — Nie zdołałem... nie mogłem... Niech ci Chrystus wszystkowiedzący, na którego łonie już spoczywasz, sam powie, czy mogłem zrobić inaczej?...

A po chwili:

— Czyś ty sam nie pouczał nas słowami Apostoła i swymi, że Chrystus to Bóg miłości, i cała wiara a Kościół na miłości jeno stoją?!.. Na miłości, nie na przemocy.. Jakże więc mogłem przemocą skłaniać ją, by uczciła naszego Chrystusa, naszą wiarę?.. Ty, który teraz wiesz już wszystko, powiedz.. powiedzże sam, czy miłe by było naszemu Panu niebieskiemu łowienie dlań dusz postrachem, gwałtem, władzą mężowską?! Jam żołnierz, ojcze najmędrszy, nie kapłan, wszystkich dróg mądrości Bożej nie pojmę, nie przeniknę — wierzę przecież, iż wcale nie uczczę ani nie ucieszę naszego Pana, jeśli stopy czyjeś zmuszę, by do tego, a nie do innego kościoła szły, serca zaś zmusić nie zdołam... I dlatego.. tylko dlatego...

Drgnął. Oto gdy wymówił: tylko dlatego, ożywiła się nagle nieruchoma, martwa twarz i choć nie rozwarły się najmędrsze oczy, choć nie przemówiły nic w odpowiedzi grube afrykańskie usta, jeszcze po śmierci młodzieńczo niemal mięsiste i prawie purpurowe — przecież Bonifacjusz wyraźnie dojrzał subtelny, jakby porozumiewawczy, a przede wszystkim szyderczy uśmiech w kącikach warg ojca Afryki i miast zblednąć z przerażenia, natychmiast oblał się cały gorącą falą rumieńców.

— Tak... tak.. wiem... wiem, co chcesz rzec — zaczął szeptać szybko, gorączkowo, jakby zmieszany się czuł ogromnie i zawstydzony. — Szydzisz ze mnie i śmiejesz się z moich słów, bo myślisz: „Prawdę rzekłeś. Bonifacjuszu: miłość tobą rządzi i rozstrzyga o czynach twoich, ale nie Chrystusowa, jeno nędzna ziemska ludzka miłość" I jeszcze myślisz: „Bonifacjusz to liść jesienny, ręką Pańską rzucony na rozstajne drogi ziemski głos serca jak burza porwie go bez oporu i poniesie kędy zechce". Prawdę rzekłeś, święty, najmędrszy ojcze, ale któż?... zaiste któż lepiej od ciebie wie, czym są burze serca i ile mocy a świętości trzeba, by z nimi walczyć?! Tej zaś mocy i świętości nie raczył dać Pan nasz żołnierzowi, którego raz jeden zechciałeś nazwać przyjacielem swym i synem..

Biskup Antoninus znów poruszył łokciami i cień który spoczywał na ustach zmarłego nadając im wyraz szyderczego uśmiechu powędrował ku szyi i piersiom. Bonifacjusz znów miał przed sobą oblicza nieruchome, poważne, spokojne. Myśl jego jednak kurczowo uczepiła się wzmianki o burzach serca i teraz, przywoławszy na pomoc pamięć, błądziła już po wszystkich księgach "Wyznań", wyszukując coraz to więcej podobieństw pomiędzy sobą a tym, komu Pan nie odmówił łaski świętości i mocy...

— Jakież to prawdziwe, co on pisał potem o łasce... Zaprawdę, niczego bym tak nie pragnął, jak doczekać się chwili, gdy uczuję, iż spływa na mnie łaska... łaska świętego Bożego spokoju...

Dotąd tej łaski nie zaznał nigdy. Całe jego życie — wbrew temu, co malowało się na pięknej, wyniosłej twarzy — było jednym pasmem niepokojów i dusznych udręczeń. Zaprawdę był jak liść jesienny, miotany straszliwa burzą wiecznie nieukojonego serca. Jakże zadręczała go walka z żoną o wiarę, a potem o chrzest dziecka! Nie skłamał przed sobą i przed duchem ojca Afryki, gdy mówił, iż wierzy, że przemocą nie powinno się łowić dusz dla Chrystusa, ale jednocześnie czuł, że jedynie miłość do Pelagii kieruje jego czynami, w głębi serca zaś nierzadko uważał się za godnego ognia piekieł z powodu oziębłości i lenistwa w służbie Bożej... Ileż razy zdarzyło się, że rano całował ze czcią nogi Pelagii przysięgając, iż uczyni z dzieckiem wszystko, czego ona zapragnie — a wieczorem wracając z domu biskupiego postanawiał rozstać się na zawsze z żoną-heretyczką. Na trzy dni przed śmiercią świętego biskupa powiedział jej to przecież w oczy! A czyż po bitwie z Maworcjuszem, Sanoekiem i Gallionem nie kazał swym żołnierzom jak najokrutniej zamordować wszystkich trzech schwytanych przeciwników — potem zaś, gdy ujrzał ich poszarpane zwłoki, wybuchnął płaczem, trzy dni nie jadł i nie spał, a wreszcie postanowił porzucić świat i zostać pustelnikiem?!... Nie został nim! A jego stosunek do Augusty? do Wandalów? do ludności prowincji afrykańskich?... nie może już więcej... nie ma sił... Zaprawdę ponad wytrzymałość ludzką zmęczony jest burzami wiecznie nieukojonego serca... Czyż nigdy nie dostąpi łaski spokoju?... Z podziwem, ale zarazem jakby ze smutkiem i zazdrością pije chciwie oczyma niewysłowiony spokój bijący z twarzy zmarłego starca: otoś i ty już dostąpił wreszcie szczęśliwości spokoju, szermierzu nigdy niestrudzony w boju z burzami serca... tylu wichrami miotany, nieukojony wielki duchu, poszukiwaczu dróg Bożych, Augustynie... A kiedy ja?...

— Mężu prześwietny... Wandale...

W okamgnieniu zrywa się Bonifacjusz z klęczek! Jeszcze jedno pośpieszne, pożegnalne spojrzenie w martwe oblicze Augustyna — i oto już idzie szybkim, sprężystym krokiem ku niskim drzwiom. Nie pyta o nic — szkoda czasu na słowa. Bez wszelkich pytań wie już, że zaszło coś naprawdę ważnego, skoro nie ufając żadnemu ze swych podwładnych comes Sygiswult, jego zastępca, osobiście porzuca mury i wchodzi do domu Augustyna — on, arianin najgorliwszy z gorliwych, czciciel i potężny rzecznik spraw biskupa Maksymina! Za niskimi drzwiami, tak jakby zaczynało się już piekło: czarna ciemność, głośny, wstrętny szelest trących się o siebie w męce trwogi i rozpaczy dziesiątków ciasno stłoczonych ciał, krzyki grozy, jęki, łkania, piski — Hippończycy bardzo miłowali i czcili swego biskupa, ale jeszcze bardziej boją się Wandalów: stąd gwałtowne wzmożenie boleści i rozpaczy. Nawet do komnaty, gdzie spoczywa umarły, przedziera się rozpacz i obłąkana trwoga pragnących żyć żywych: biskup Sewerianus odrywa od łoża głowę i patrzy dookoła z niepokojem, Kwodwultdeus podnosi się z klęczek i goni odchodzącego Bonifacjusza; sędziwy zaś pasterz Bullae Regiae wznosi błagalne spojrzenie na Gota Sygiswulta. Jedynie Possydiusz zdaje się o niczym nie wiedzieć i nic nie słyszeć; wysoki zaś czarny Antonius znów gwałtownie wystrzela na obie strony ostrymi skrzydłami łokci i mówi niegłośno, ale dobitnie, w okamgnieniu tłumiąc trwożną wrzawę:

— Uciszcie się; tu oto leży sługa Boży, Augustyn. Ty zaś, sługo cesarski, odejdź już i spraw — niech heretycy nie mącą spokoju i świętości snu naszego ojca...

Po czym znów zatapia się w cichej modlitwie. Krew uderza Bonifacjuszowi do twarzy: nikt nie wątpi, że słowa biskupa bezpośrednio odnosiły się do Sygiswulta, każdy jednak mógł widzieć, że spojrzenie Antonina, gdy mówił, spoczywało na Pelagii, która przed niejakim czasem wysunęła się nieco poza próg i stanęła w pełnym świetle. Tuż przedtem poznano ją i podawano sobie z ust do ust zdławionym sykiem: ,,Pelagia... heretyczka". Nie bardzo jednak wiedziano, czy należy ją potępiać za to, że ośmieliła się tu przyjść, czy przeciwnie: ucieszyć się, iż zapragnęła złożyć pokłon świętemu ojcu Augustynowi; lecz po słowach biskupa zdławiony syk przeszedł w głośny pomruk. I znów uczuła na sobie Pelagia palący żar nienawistnych spojrzeń i bolesne brzemię jak kamienie ciskanych po cichu przekleństw. Odpłacała się im na wszystkie strony tym samym, szybko prowadzona, nie — wleczona przez męża ku perystylowi. Byli jednak silniejsi, było ich więcej: przybytek wielkości, spokoju i majestatu śmierci niespodzianie stawał się jakimś doraźnym ziemskim czyśćcem, który podwójnym płomieniem nienawiści i pogardy piętnował zbrodnię herezji na czole idącej podwójnym szpalerem ortodoksów kobiety.

Kobiety, ale nie kroczącego za nią żołnierza. Dlaczego? Bo żołnierz był barbarzyńcą, Gotem, a wszyscy Goci — wiadomo — są heretykami; ona zaś to dziecię ich ziemi, ich krwi, ich obyczaju... Ale też i dlatego, bo żołnierz ów, choć heretyk, walczy pod znakiem prawowiernego cesarza i własną piersią osłania przed innymi heretykami świątynie, ołtarze i prawowiernych mieszkańców Hipponu: gdyby bowiem nie on i jego towarzysze, dawno by spotkał owczarnię Augustyna los reszty Numidii. Toteż i teraz spojrzenia, nienawiścią goniące Pelagię, miękną natychmiast, gdy spoczną na wąziutkiej strudze krwi sączącej się z rozciętego policzka Sygiswulta — całkowicie zaś przeobrażają się i tchną już tylko poddaniem, czcią i pełnym ufności zachwytem, kiedy zatrzymają się wreszcie na wysokiej postaci comesa Afryki

,,Odszedł do Pana Augustyn, teraz już ciebie tylko mamy" — zdają się mówić.

Przed domem biskupa pięćdziesięciu Gotów z trudem odpiera tarczami rozpaczliwie cisnący się ze wszystkich stron tłum.

— Zbawco... zbawco nasz! — opadają wychodzącego Bonifacjusza trwożne, błagalne okrzyki.

Wiadomość, którą przywiózł Sygiswult, obiegła już cale miasto. Wandale zrobili taranami wielki wyłom w zewnętrznym murze, przedarli się przezeń i teraz napierają na żelazną bramę muru środkowego. Brama nie wytrzyma długo: odjeżdżając do miasta Sygiswult kazał zasypywać nacierających pociskami z balist i katapult i lać na nich wrzącą wodę i smołę; może poniósłszy wielkie straty, cofną się — jeśli zaś nie, trzeba będzie otworzyć bramę i spróbować w starciu wręcz odrzucić ich poza wyłom; zanimby jednak do tego przyszło, należało koniecznie zawiadomić Bonifacjusza. Żaden przecież z żołnierzy Sygiswulta nie odważył się podjąć poselstwa do domu zmarłego Augustyna i comes musiał wybrać się sam.

— Bądź zdrowa, Pelagio — rzeki Bonifacjusz. — Jadę na mury...

— Jadę z tobą! — zawołała.

— Oszalałaś?!...

Uparła się.

— Pojadę.

— Ależ ty nie masz pojęcia, co to jest bitwa z Wandalami... samo stanie na murze to już ogromne niebezpieczeństwo dla życia...

— A przecież ty jedziesz...

Roześmiał się.

— Zapomniałaś, że prócz tego, że jestem twym mężem, jestem nadto żołnierzem... Na murach jam u siebie. Ale ty?... tyś nawet ćwiczeń bojowych nie widziała... I dlaczego uparłaś się właśnie dzisiaj?... Już kilka tygodni trwa oblężenie, a ty...

Sygiswult również począł przekonywać Pelagię, że nie powinna nawet myśleć o udaniu się na mury. Wnet jednak umilkł, zmieszany jej dziwnym spojrzeniem. Jak to?... to on, Sygiswult, nie wie, dlaczego ona chce iść na mury między żołnierzy, choćby nawet grozić jej miało niebezpieczeństwo?... i dlaczego właśnie dzisiaj?... Nie wie... nie domyśla się?... on, z którym tyle mówiła o świętej Prawdzie Bożej i który w dniu dysputy z Augustynem dwa razy przybiegał do niej, by opowiedzieć szczegółowo, co mówił Maksymie? Dzielny z ciebie wojak i roztropny wódz, mężu prześwietny, ale duszę i umysł masz dziecka: czyż naprawdę nie rozumiesz, nie czujesz tego, że po wszystkim, co dziś było, Pelagia chce... Pelagia musi mieć dokoła siebie już tylko ludzi swej wiary... potrzebuje ich jak powietrza... musi słyszeć, jak się modlą... musi widzieć, że istnieje naprawdę i że jest ich dużo... A gdzież ich znajdzie, jak nie na murach?!!

Gdyby Pelagia wszystkie te swe gorączkowe myśli przyoblekła w słowa, prześwietny comes Sygiswult na pewno w lot by zrozumiał jej pobudki i z żarem by ją poparł; ponieważ jednak usta jej milczały, a jedynie oczy były dziwnie wymowne — choć stropiony ich wyrazem, Got nie miał przecież wprost czasu na to, by zastanawiać się. co właściwie chcą mu one powiedzieć. Wprawdzie jego samego, równie jak ją i ich wspólną wiarę, obrażono dotkliwie w domu zmarłego biskupa — ale czyż jest to odpowiedni czas, by nad tym rozmyślać?.. Wszak Wandale lada chwila mogą wyłamać bramę, i to jest jedynie ważne.. o wiele ważniejsze niż mgliste przeświadczenie, że przecież oblegający miasto Wandale są tejże wiary co broniący go Goci, gdy tymczasem bierny przedmiot walki — ludność Hipponu — jednych i drugich jednakowo uważa za przeklętych heretyków.. Comes Sygiswult bowiem przede wszystkim był żołnierzem: pobożny i gorliwy arianin, uważał przecież walkę z tym, przeciw komu Augusta go pośle, za swój pierwszy i największy obowiązek. Ofiarował swe służby Placydii jeszcze w Narbonie i Barcinonie, na dworze Ataulf, i odtąd z jednakowym spokojem, sumiennością, a zazwyczaj i szczęściem — prowadził swych Gotów przeciw każdemu, na kogo wskazywała. Wszak jeszcze przed dwoma niespełna laty tego oto Bonifacjusza, który dziś jest jego zwierzchnikiem, bił raz po raz i gonił zaciekle po całej Numidii, bo taka była wola Augusty!

— Nie, nie, nie pójdziesz ze mną! — po raz dziesiąty czy dwudziesty już powtarzał uporczywie Bonifacjusz.

Wówczas Pelagia utkwiła w jego twarzy wymowne, pełne tkliwości spojrzenie i miękko, lecz stanowczo powiedziała:

— Pójdę. Czyż nie rzekłam: „Gdzie ty Gajus, tam ja Gaja"?

Przez chwilę patrzył na nią szczerze zdumiony, ale już wzruszony i szczęśliwy. Niebawem wszyscy troje, otoczeni ciasnym pierścieniem konnych Gotów, mknęli ku południowej stronie miejskich murów. Przed bazyliką leoncjańską zrównała się z nimi kwadryga prokonsula Celera, który choć nie był żołnierzem, sam osobiście przywiózł Bonifacjuszowi zapasy żywności, morzem przedzierając się z Kartaginy na przylądek Stoborrum, a teraz nie miał czym wracać. Wandale bowiem nieoczekiwanie pobudowali galery, zuchwałym napadem posiedli cypel Stoborrum i choć szybko stamtąd wyparci, zdążyli przedtem zniszczyć, spalić lub przynajmniej poważnie uszkodzić stojące tam okręty.

Jakiś czas jechali obok siebie. W pewnej chwili Bonifacjusz obrócił ku prokonsulowi Afryki stroskaną twarz i hamując nieco konie, zaczął mówić pełnym niepokoju, a ściszonym — by żołnierze nie słyszeli — głosem:

— Nie wiem, czy wiadome ci jest, mężu prześwietny, co mnie i mężowi apostolskiemu Possydiuszowi powiedział święty nasz biskup na kilka dni przed śmiercią, wówczas gdy mógł jeszcze mówić?... Oto rzekł: „Wiecie, o co proszę Boga w tych nieszczęsnych dniach? Albo niech raczy uwolnić to miasto od nieprzyjaciół, albo niech da nam siły, abyśmy mogli znieść ciężar jego woli, albo też niech mnie przynajmniej zabierze z tego świata i powoła do siebie". Rozumiesz, prześwietny Celerze?... Bóg wysłuchał błagań swego świętego sługi i spełnił... ale ostatnią z jego próśb!... Czyż to nie znaczy, że nie chce spełnić dwu pierwszych?.. a więc ani miasto się nie uratuje, ani nawet nie dana nam będzie łaska siły, potrzebnej do zniesienia cierpień...

— Zaprawdę, nie była to modlitwa godna ojca Afryki... modlitwa pasterza owczarni Chrystusowej! — z radosnym szyderstwem zawołała Pelagia. — Opuścić trzodę w niebezpieczeństwie, i to jeszcze wiedząc, że skoro Bóg powoła go do siebie, to nie uratuje miasta...

Gniewnym tupnięciem nogi przerwał jej Bonifacjusz.

— Jak śmiesz bluźnić?... zuchwałym niewieścim wścibstwem wchodzić pomiędzy wyroki Boże i najświętsze rozrachunki Pana z najwierniejszym włodarzem?... Zaprawdę, Pelagio — zawołał nie myśląc już o tym, że wszyscy dookoła słuchają go zaciekawieni — zaprawdę ty jeszcze ściągniesz na siebie, na mnie i nasze dziecko sprawiedliwą pomstę Bożą!

Nim Pelagia zdążyła otworzyć trzęsące się gniewnie usta, prokonsul Celer tak gwałtownie szarpnął swe konie, że oba rydwany wpadły na siebie kołem wywołując zamieszanie, które pozwoliło wszystkim zapomnieć o sprzeczce małżonków. Celer jednak nie obliczył się dobrze z ruchami swych jabłkowatych klaczy: rydwan Bonifacjusza został nieco uszkodzony, tak że obaj comesowie musieli przesiąść się na żołnierskie konie. Pelagię zaś prokonsul zaprosił do swej kwadrygi.

Wcale nie wiedziała o tym, ze w domu Augustyna Celer stał o kilka kroków za nią i wmieszany w najgęstszy tłum, nie tylko łowił zaciekawionym spojrzeniem wszystko, co działo się dookoła i w komnacie zmarłego, ale w lot doskonale zrozumiał, co znaczyły i do kogo odnosiły się słowa biskupa Konstantyny o heretykach. Zdziwiła się więc ogromnie, gdy prokonsul, pomagając jej wsiąść do kwadrygi, spojrzał na nią wzrokiem, w którym malowały się oburzenie, współczucie i zrozumienie, i z na wpół smutnym, a na wpół ironicznym uśmiechem rzekł półgłosem:

— Od niemowlęctwa nas uczą, że chrześcijaństwo to religia braterstwa, a Bóg nasz Bogiem miłości — ale zaprawdę nigdy żadne z setek swobodnie czczonych w starym Rzymie bóstw nie budziło w sercach swych przeciwników setnej części tej nienawiści, jaką darzą się po bratersku chrześcijanie między sobą, gdy przychodzi do rozważania przymiotów Bożych.

Ściągnęła gniewnie brwi,

— Prześwietny mężu — zawołała — zapominasz, że mówisz z chrześcijanką!

— Ależ ja także jestem chrześcijaninem — odparł — i wierzę we współistność, gdy ty, nadobna Pelagio, przyjmujesz tylko współpodobieństwo... Ale czy dlatego mam nienawidzić tak urocze stworzenie Boże?!

— Mówisz jak bezbożny platonik, prześwietny Celerze— odpowiedziała surowo — i zaraz bym zeszła z twego wozu, gdybym...

— Możesz bez obawy pozostać na moim wozie — przerwał jej ruszając z miejsca konie silnym uderzeniem dzierzganego złotymi nićmi bata. — Zaprawdę wyznaję Chrystusa jak i ty, szlachetna Pelagio... Zresztą — zaśmiał się — osądź sama: czyż mógłbym być prokonsulem Afryki nie będąc chrześcijaninem?!

Wstępując na mur Pelagia doznawała uczuć zupełnie innych, niż sobie to w mieście wyobrażała. Żołnierze-współwyznawcy — ci którzy hałaśliwie gromadami chodzili, siedzieli lub leżeli w pobliżu murów, powitali piękną młodą kobietę istnym gradem ognistych spojrzeń, bardzo wymownych, ale nic w sobie nie mających z czystej duchowej miłości, jaka powinna w każdej okoliczności ożywiać współbraci w wierze... „A przecież nie mogą nie wiedzieć, kim jestem i jakiego czczę Chrystusa" — pomyślała prawie ze złością. Ci zaś, którzy stali już na murze lub biegali tam i na powrót po stromych wąskich schodach, zdawali się żadnej nie zwracać uwagi na towarzyszącą comesom niewiastę. Tylko jeden, z głową rozciętą pociskiem i buchającą okropnie krwią, znoszony na rękach przez trzech towarzyszy, przestał na chwilę przeraźliwie krzyczeć, urzeczony widokiem nad wyraz urodziwej dostojnej Rzymianki.

A wojna?... Miasto opasane było potrójną linią murów wzniesionych w ten sposób, że mur środkowy był o pięć stóp wyższy od zewnętrznego, a o siedem niższy od trzeciego muru. Stojąc więc na tym trzecim, Pelagia doskonale widziała Wandalów, szybko biegnących poprzez wyłom w murze zewnętrznym — nie mogła jednak dojrzeć już tych, którzy cisnęli się pod bramę w murze środkowym. Gdzie ta brama się znajduje, zgadywała tylko dzięki szybkim a jednostajnym ruchom pleców, ramion i głów, należących do skupionych na środkowym murze żołnierzy, którzy wszyscy bezustannie ciskali coś w zakrytą już oczom Pelagii przestrzeń, a z których niejeden wypuszczał nagle z dłoni kuszę, tarczę lub ciężki kamień i z bolesnym krzykiem walił się pod nogi towarzyszy.

— Gejzeryk! — usłyszała nagle obok siebie czyjś podniecony głos.

Drgnęła i szybko odrywając wzrok od środkowego muru, pełna gorączkowej ciekawości i zabobonnego niemal lęku pomknęła chciwymi oczyma w kierunku, który jej wskazywało spojrzenie męża O jakieś pięćdziesiąt stóp za zdobytym murem ujrzała kilku wojowników z ogromnymi orlimi skrzydłami na hełmach. Jeden z nich to król Gejzeryk, zdobywca Afryki, krwawy łupieżca, najsroższy spośród wszystkich barbarzyńców, jacy kiedykolwiek zamieszkiwali orbem terrarum! Serce biło jej coraz szybciej, coraz gwałtowniej; wszak to on w perzynę obrócił kwitnące włoście — jej wiano — rozrzucone na ogromnej przestrzeni między Wippo, Zaryth a Thamugadi... ale on też w Nowym Mieście nad Chylemothem uczynił członka jej rodu sędzią i obrońcą... Jako Rzymianka nienawidziła całą duszą dzikiego barbarzyńcy, plądrującego najżyźniejsze prowincje cesarstwa i dla wszystkiego, co rzymskie, mającego jedynie zelżywe a hańbiące słowo, wzgardę, niewolę, ucisk, tortury i okrutną śmierć! Ale jako arianka nie mogła nie podziwiać i niemal czcić żarliwego bojownika wspólnej ich wiary, najświęciej przekonanego, że jest wybranym naczyniem pomsty Bożej i mieczem w prawicy Pańskiej, powołanym z wyroku Niebios do walki z tymi, na których Bóg się gniewa!

— Gdzie.. gdzie Gejzeryk? — pytała w podnieceniu. — Który?.. Ten olbrzym z toporem?..

I uwierzyć nie mogła, by to miał być naprawdę on, miecz pomsty Bożej, gdy Bonifacjusz wskazał jej niskiego, wychudłego. jakby połamanego niepokaźnego mężczyznę około lat trzydziestu w skromnej brunatnej szacie i poczerniałej żelaznej zbroi.

— Nie może być.. nie może być... — powtarzała. Bonifacjusz zaś nie dziwił się jej wcale, wiedział bowiem, że potężny Gunderyk król Wandalów i Alanów, konający w mękach straszliwych, szalonym wybuchł śmiechem na wiadomość, iż wojownicy okrzyknąć chcą po nim swym królem przyrodniego jego brata, Gejzeryka. ,.Gejzeryka? Bękarta? Cherlaka? Kulawca?... Weźcie lepiej pokręconą babę!" — ryczał wstrząsający wciąż potężniejszymi wybuchami wesołości i tak skonał, nie przestając się śmiać do ostatniego tchnienia.

Istotnie Gejzeryk był nie tylko mały, cherlawy i jakby połamany, ale nadto kulał. Pelagia od razu to dostrzegła, gdy ruszył z miejsca. Widać było, jakim bolesnym grymasem przekrzywiła mu się twarz, gdy zaczął iść wlokąc za sobą niemal zupełnie bezwładną nogę. Przyprowadzono mu konia; potężne ramiona towarzyszy oderwały króla od ziemi i delikatnie umieściły na siodle. Wówczas Gejzeryk dobył miecza, nakreślił nim w powietrzu trzykrotny znak krzyża i w szalonym pędzie pomknął ku murom. Bez trudu przesadził na dobrych kilka stóp wysokie gruzy, rozrzucone dokoła wyłomu, i skierował się ku zdobywanej bramie. Na rozkaz Sygiswulta poczęto doń strzelać z czterech na raz katapult. Jakby dla przekory, król natychmiast pohamował konia i wśród gradu strzał, z których żadna go nie drasnęła, począł powoli znikać z kręgu wzroku Pelagii.

— Otwieramy bramę! — zabrzmiał głos Sygiswulta. Uderzono w rogi i buciny, żołnierze z głośnymi okrzykami zaczęli zbiegać po schodach.

— Do bramy! do bramy! — wołali prepozyci i setnicy.

— Bądź zdrowa, Pelagio. Wracaj do miasta. Uczuła na swych włosach ciepłe dotknięcie ust. Odwróciła się. Bonifacjusz stał przed nią, prawie cały osłonięty ogromną frankońską tarczą. W dłoni trzymał topór tak wielki i na oko tak potwornie ciężki, że Pelagia nigdy by nie uwierzyła — gdyby nie sama to widziała, ale ktoś by jej powiedział — że jej mąż potrafi udźwignąć taki ciężar. W ogóle cały był taki inny, niż go znała: nigdy nie myślała, że są chwile, gdy on, Bonifacjusz, może być właśnie taki...

Uśmiechnęła się doń przyjaźnie i niemal ze szczerym podziwem,

— Nie boisz się Gejzeryka?! — zapytała, a w pytaniu jej brzmiała już pełna dumy odpowiedź.

— Boję się — odrzekł spokojnie. — Gdybyż tak był tu ze mną Aecjusz...

— Aecjusz, morderca Feliksa? — przerwała mu zdumiona.

— Aecjusz, najdzielniejszy z Rzymian — odparł wkładając na głowę wysoki złocony hełm z czerwoną kitą.

2

Aż do chwili usunięcia ze swej drogi Feliksa i objęcia po nim władzy u boku niezdolnej do stawiania dalszego oporu Augusty Aecjusz bardzo niewiele poświęcał uwagi osobie i czynom Bonifacjusza. Comes Afryki, w jego mniemaniu, nigdy nie zdziałał nic takiego, co by pozwalało przypuszczać, iż mógłby w przyszłości stać się niebezpiecznym współzawodnikiem. Sławione powszechnie cnoty żołnierskie i niezłomność najwierniejszego sługi i przyjaciela Placydii nie budziły w Aecjuszu ani szacunku, ani obaw. Jedyne, co go złościło (zarazem zaś śmieszyło) w związku z osobą Bonifacjusza, to ogromny mir, jakim się cieszył u kronikarzy i panegirystów, którzy hojną dłonią obsypywali comesa Afryki tymi samymi przydomkami i przymiotami, jakimi pod piórem ich obrastało zazwyczaj imię nieżyjącego Konstancjusza czy samego Aecjusza. wielokrotnego szczęśliwego zwycięzcy Gotów, Franków i innych wrogów cesarstwa. Urażony tym. zawsze zwycięski comes domesticorum, a potem naczelny wódz wojsk Zachodu bez trudu jednak dochodził. w czym kryje się tajemnica owego miru: w przyjaźni, jaką darzyła Bonifacjusza Augusta, nadto zaś, a bodajże przede wszystkim — w jego pobożności i gorliwości w rzeczach wiary, co nie mogło pozostać bez wpływu na jego sławę, skoroby się zważyło, że wszyscy niemal kronikarze i panegiryści należeli do stanu kapłańskiego. Inaczej nie można było sobie tego jego rozgłosu tłumaczyć, najmniej zaś jego istotnymi czynami wojennymi. Bonifacjusz bowiem nie mógł się pochlubić ani jednym niemal zwycięstwem czy jakimś innym szczęśliwym osiągnięciem na miarę czynów aecjuszowych. W młodości oddał wprawdzie pewne usługi Konstancjuszowi, w pierwszej jednak bitwie, którą stoczył w Hiszpanii jako samodzielny wódz. poniósł całkowitą klęskę, i to przez kogo rozbity?... przez wandalskie szczepy Asdingów i Sylingów, które bezładnymi kupami gnały na południe Hiszpanii, świeżo rozgromione przez magistra militum Kastynusa! Tenże Kastynus bez wielkiego trudu rozgromił samego Bonifacjusza, gdy już jako comes Afryki stanął zbrojnie po stronie Placydii w czasie jej walki z bratem; kiedy zaś po wyniesieniu na tron Jana Bonifacjusz opowiedział się przeciw uzurpatorowi, wówczas zaprawdę nie zdolności wojenne comesa Afryki napełniły obawą serca janowych stronników. Zaiste coś zupełnie innego było przyczyną niepokoju, jaki wzbudziła wtedy niezłomna wierność i oddanie Bonifacjusza dla sprawy Placydii; coś w czym Aecjusz widział rozwiązanie całej zagadki znaczenia, potęgi i sławy Bonifacjusza. Oto Afryka, której wojskami dowodził, była najżyźniejszą diecezją Zachodu, a bodajże i całego imperium: była spichlerzem Italii! Nie zdolności wojenne, nie niezłomne męstwo, nawet nie przyjaźń Augusty ani gorliwość w wierze, ale zboże... bezkresne urodzajne łany zboża — oto co czyniło comesa Afryki jednym z najpotężniejszych ludzi w cesarstwie! W walce z Janem Bonifacjusz nie stracił ani jednego afrykańskiego żołnierza, ale wystarczyło mu wstrzymać dojazd galer zbożowych do portów Italii, by wojska janowe uczynić łatwo podatnymi na namowy niepróżnującego w niewoli Ardabura! Aecjusz jednak nie był pewien, czy Bonifacjusz tak całkowicie zdaje sobie sprawę z istotnej potęgi, jaką ma w ręku: wypadki ostatnich lat zdawały się wskazywać, że comes Afryki o wiele podatniejszy jest na głos wybuchowego uczucia niż na wymowę zimnych obliczeń.

W następnym już roku po objęciu patrycjatu Feliks wszczął knowania, których celem było zniweczenie przyjaźni między Placydią a Bonifacjuszem. Aecjusz był za ostrożny, a jednocześnie zbyt zajęty wojną w Galii, by dać się wciągnąć w tę grę, równie niebezpieczną jak mało obiecującą: nie zależało mu bowiem wcale na wzmocnieniu stanowiska Feliksa. Nie miał przecież nic przeciwko temu, by dwaj przyjaciele Augusty poróżnili się między sobą i nawet przesłał Bonifacjuszowi list, w którym zapewniał go o swej przyjaźni i dawał wyraz zdziwieniu, że tak zasłużony dla domu cesarskiego mąż trzymany jest z dala od stolicy.

Nawet nie przypuszczał, że list ten był jeszcze jedną kroplą oliwy na ogień trawiący od pewnego czasu comesa Afryki. Bonifacjusz. który zupełnie zdawał się nie doceniać znaczenia, jakie nadawało mu dowództwo wojsk w spichlerzu Zachodu, od dawna rwał się na dwór cesarski, by otrzymać tam należne swym zasługom i wierności stanowisko, rozumie się: jedno z najwyższych w imperium. Feliks podsycał w nim tylko ten ogień, raz po raz napomykając, że Augusta nie docenia najwierniejszego swego sługi lub umyślnie trzyma go z dala od siebie; jednocześnie zaś ostrzegał Placydię przed chciwym władzy ulubieńcem, dążącym rzekomo do oderwania Afryki od cesarstwa.

W połowie trzeciego roku panowania Walentyniana Bonifacjusz otrzymał nakaz stawienia się przed obliczem wiecznej Augusty w Rawennie: jeszcze przed kilku miesiącami uważałby to za spełnienie swych marzeń, teraz zaś pod wpływem ostrzegawczych listów Feliksa zrozumiał wezwanie jako pozbawienie go stanowiska — i trawiący go wewnętrzny ogień natychmiast wybuchł groźnym pożarem. Do Rawenny miast comesa Afryki nadszedł tchnący obrażoną dumą i gniewem list, w którym Bonifacjusz wyrzucał Auguście niegodną majestatu niewdzięczność i wypowiadał jej posłuszeństwo. Feliks nie posiadał się z radości: dopiął, czego chciał! Celem ukarania buntownika wystano do Afryki wojsko pod wodzą Galliona, Maworcjusza i barbarzyńcy Sanoeka — Bonifacjusz jednak, mało szczęśliwy w walkach z wrogami cesarstwa, tym razem okazał się zwycięzcą i upojony triumfem ogłosił się niezależnym od Rawenny władcą Afryki.

I wówczas to właśnie — w następstwie wypadków, jakie wnet potem rozegrały się w Afryce — Aecjusz powziął niezachwiane przekonanie, że sławiony przez kronikarzy i panegirystów na równi z nim Bonifacjusz nie zasługuje właściwie na nic prócz lekceważenia i nigdy nie dorośnie do tego, by stać się niebezpiecznym dlań współzawodnikiem

Cóż bowiem — wedle mniemania Aecjusza — należało uczynić po zwycięstwie nad cesarskim wojskiem? Oto opierając się na wszystkich niezadowolonych, od których Afryka aż się roiła — przede wszystkim na arianach i donatystach — zażądać od Augusty pod groźbą wygłodzenia Italii najwyższych godności aż do patrycjatu włącznie i dla postrachu istotnie przez jakiś miesiąc wstrzymywać dowóz zboża. Aecjusz tak dalece był pewien bliskiego triumfu i wyniesienia Bonifacjusza, że rozpoczął już spiesznie gromadzić zapasy zboża galijskiego, przygotowany na dłuższą śmiertelną walkę z nowym, i to naprawdę groźnym, bo mającym w ręku straszną broń: głód — współzawodnikiem. Cóż zaś uczynił Bonifacjusz? Miast żądać i grozić, jak to przed trzema laty ze znakomitym skutkiem robił Aecjusz w Akwilei, rozpoczął z Augusta regularną wojnę, dając jej czas zgromadzić i wysłać do Afryki nowe wojsko pod wodzą Sygiswulta, który nie tylko szczęśliwie i niemal bez przeszkód wylądował, ale zaraz w pierwszej bitwie na głowę pobił niezawisłego władcę Afryki, po czym bez trudu zdobył najważniejsze porty: Hippo i Kartaginę, przywracając łączność między Italią a jej spichlerzem.

Wszystko, co nastąpiło potem, Aecjusza bynajmniej nie oburzyło, ale jeszcze bardziej przekonało o nieudolności i nieszczęśliwej ręce Bonifacjusza. Jak ongiś Jan do Rugili, tak teraz comes Afryki do króla Wandalów zwrócił się z prośbą o pomoc przeciw Placydii. Wandale, dla których najżyźniejsze i najbogatsze w cesarstwie prowincje afrykańskie zawsze stanowiły główny przedmiot marzeń i dążeń, równie jak przed laty dla Alaryka — spiesznie przeprawili się z Hiszpanii na pomoc Bonifacjuszowi — zamiast jednak służyć jego celom i jego słuchać rozkazów, na własną rękę rozpoczęli łupienie całego kraju i zdobywanie miast. Zrozpaczony Bonifacjusz. który mimowolnie stał się sprawcą niedoli rządzonego przez siebie kraju i srogich prześladowań swych współwyznawców, pragnąc zmazać winę obrócił się przeciw Wandalom: król Gejzeryk rozbił go bez trudu i w krótkim czasie stał się panem obu prowincji mauretańskich: Cezariany i Tingitany. Wówczas w obliczu grożącego utratą całej Afryki niebezpieczeństwa nastąpiło pojednanie Placydii i Bonifacjusza. Wojska comesa Afryki i Sygiswulta, jeszcze tak niedawno walczące ze sobą, połączyły się dla wspólnej obrony całości cesarstwa, pokoju rzymskiego, ortodoksyjnego wyznania, a przede wszystkim — jak mniemał Aecjusz — zboża.

W tym samym prawie czasie, gdy aecjuszowi ludzie dokonali zamachu na Feliksa, cherlak i kulawiec Gejzeryk rozgromił połączone wojska Bonifacjusza i Sygiswulta i wtargnąwszy do Numidii, obiegł ich obu w Hipponie. Aecjusz nie miał wątpliwości: po dwóch, trzech tygodniach miasto podda się... Wiedział już, co ma sądzić o sławionym przez kroniki i poetów comesie Afryki!

Nawet jeszcze przez jakiś czas po śmierci Feliksa osoba Bonifacjusza znacznie mniej pochłaniała uwagę magistra utriusque militiae, niż choćby podejrzana ruchliwość szczepów Norów i Jutungów nad górnym Danubem. Dopiero gdy wyruszył przeciw nim dla obrony pogranicznych prowincji — Recji i Windelicji. dopadła go nieprawdopodobnie wprost brzmiąca wiadomość, która nagle kazała Aecjuszowi spojrzeć na zamkniętego w dalekim Hipponie comesa Afryki jako na współzawodnika. Oto gdy na posiedzeniu tajnej rady cesarskiej prefekt pretorium Italii Wiriusz Flawianus zwrócił się do Augusty w imieniu całej rady z prośbą o uwieńczenie zasług Aecjusza patrycjatem, Placydia ze złośliwym uśmiechem odrzekła, że dłużej czekają na nagrodę zasługi prześwietnego Bonifacjusza. Wiadomość ta sprawiła, iż Aecjusz zaczął o wiele baczniejszą uwagę poświęcać lekceważonemu przez siebie puklerzowi zboża, jak go zwykle nazywał. Z pewnym zdumieniem stwierdził, iż Hippo trzyma się już więcej niż pół roku, a niebawem nawet przyznał w duchu Bonifacjuszowi pierwszą nad sobą wyższość: w sztuce bronienia miasta. Całkowicie już zżyty z barbarzyńskimi sposobami walczenia, Aecjusz nie znosił twierdz, nienawidził oblężeń i nigdy sam nie dawał się zamknąć w najpotężniejszej choćby warowni.

Na jakiś czas uwagę jego od Bonifacjusza ponownie odwróciła prośba biskupa Hydacjusza, który z Hiszpanii wzywał pomocy przeciw królowi Swebów Hermerykowi. Hiszpanie roili sobie nawet, że Aecjusz nie tylko z błyskawiczną szybkością rozgromi coraz to groźniejszych dla pokoju rzymskiego za Pirenejami — Swenów, ale triumfalnym pochodem przemierzy cały kraj i poprzez słupy Herkulesowe wtargnie do Afryki, uderzając na Wandalów od tyłu i niosąc odsiecz Ipponowi, tak jak dwukrotnie niósł ją gromiąc Gotów Arelatowi. Aecjusz jednak wcale nie zdawał się kwapić do walki z Wandalami; przy tym i ze Swebami nie szło mu tak łatwo jak z barbarzyńcami zamieszkującymi Galię. Got Wetto, który z jego rozkazu wtargnął do Gallaecji, musiał z niej szybko uchodzić — jednocześnie nadeszła wiadomość, że małżonka magistra utriusque militiae zmarła, dotknięta silną piersiową gorączką. Ani Asturiusz. który głęboko wzruszony, pierwszy przyniósł wiadomość o zgonie córki Karpilia, ani najbliższy Aecjuszowi młody Kasjodor ani nikt inny — nie mógł przeniknąć, jakie uczucia wywołała w duszy niezwyciężonego żałobna wieść o utracie złotowłosej towarzyszki, którą całe otoczenie jej męża darzyło niekłamaną czcią. W każdym razie Aecjusz wyjechał co prędzej do Italii, aby uroczyście pogrzebać żonę i do Hiszpanii już nie wrócił, składając losy walki ze Swebami w ręce Asturiusza, którego podniósł do godności prześwietnego comesa Hispaniarum, a który odwdzięczając się ukochanemu wodzowi, przydał mu do boku młodego trybuna i poetę Merobaudesa, aby wierszami swymi uświetniał każdy czyn Aecjusza.

Złożywszy śmiertelne szczątki córki Karpilia we wspaniałym grobowcu, gdzie już dawno spoczywali wiecznym snem Flawiusz Gaudencjusz i jego żona, Aecjusz wrócił do Galii, którą opuścił po zwycięstwie na Górze Kolubraryjskiej. Tu czuł się najlepiej, tu najbardziej był czczony i podziwiany; wolał zaś znajdować się obecnie wśród najbardziej oddanych sobie ludzi, jako że lekceważony przedtem Bonifacjusz poczynał wydawać mu się coraz niebezpieczniejszy. Hippo bronił się dzielnie cały już rok, przykuwając Gejzeryka i coraz bardziej topniejące jego siły do jednego miejsca. A tymczasem ze Wschodu płynęło już ku Afryce ogromne wojsko pod innym przyjacielem Placydii, Asparem. Konsul Bassus niedwuznacznie ostrzegał Aecjusza przed Augustą, która nie kryła się z tym, że po zniszczeniu Gejzeryka połączone siły Bonifacjusza i Aspara przydadzą się niewątpliwie do podniesienia nadszarpniętej powagi majestatu w wewnętrznych prowincjach cesarstwa.

Aecjusz dawno już nie doznawał tak ogromnego podniecenia jak to, które go ogarnęło na wiadomość, że Gejzeryk cofnął się spod Ipponu, poniósłszy w czasie oblężenia ogromne straty. W tydzień zaś później Aspar połączył się z Bonifacjuszem i Sygiswultem, by całą ogromną swą siłą ścigać cofających się Wandalów.

Była noc, gdy do namiotu magistra utriusque militiae Merobaudes wprowadził zdyszanego posłańca. W namiocie było ciemno, ale Aecjusz nie spał: umyślnie zakazał rozniecania świateł, by nie widziano gorączkowego podniecenia, jakie malowało się na jego twarzy. Nie podniósł oczu na posłańca. Głos jego był jednak zupełnie spokojny, gdy pytał:

— Jakież nowiny z Afryki?

— Mężu najprześwietniejszy, niecny i bezbożny król Gejzeryk... — Urwał.

— Mów śmiało. Nie bój się.

— ...prawie ze szczętem zniósł połączone cesarskie wojska. Prześwietni wodzowie ledwie zdołali ratować się ucieczką...

Aecjusz kazał wnieść światło.

W miesiąc później nadeszła wiadomość, że Gejzeryk wszedł do Hipponu i doszczętnie go złupił. Aecjusz lekceważąco wzruszył ramionami. Bonifacjusz był już niczym. Zupełnie uspokojony, dux et magister utriusque militiae pociągnął z wojskiem na północne krańce Galii, gdzie Frankowie znowu zagrozili prowincjom Belgiki. Wyruszając z Arelatu, wysłał do Rawenny pełen subtelnie ukrytych pogróżek list, w którym stanowczo domagał się patrycjatu, a jednocześnie konsulatu na rok nadchodzący: siódmy rok szczęśliwego panowania wiecznego Walentyniana Augusta, tysiąc sto osiemdziesiąty czwarty od założenia Miasta, a czterysta trzydziesty drugi od narodzenia Chrystusa, Syna Bożego.

3

Trzema łożyskami płyną niepowstrzymanie od wczesnego rana tysiącogłowe ludzkie potoki: z Wiminalu i Alta Semita przez starą Porta Salutaris na Pole Marsowe; z Caelemontium i Porta Capeńa między Wielkim Cyrkiem i Palatynem aż do samego Forum Boarium; wreszcie z Zatybrza czterema mostami pod teatry Balbusa, Pompejusza, Marcellusa. pod portyki Filipa i Oktawii. Im bliżej Velabrum, Kapitelu lub strzałą mknącej na tamten brzeg, ku Watykanowi, wspaniale przystrojonej ulicy — tym gorętszy ścisk, tym liczniejsze bójki o miejsce, tym częstsze omdlenia, a głośniejsze i radośniejsze okrzyki. Dnia tego wydano podwójne porcje chleba, obficie raczono oliwkami i winem — tłumy więc z ochotą mimo styczniowej pogody płacą wiecznej Auguście, czym ona chce: okrzykiem, pozdrowieniami, oklaskami... pocą się i zdzierają gardło, wszystkie jednak usta i wszystkie oczy o jedno tylko pytają: „Cóż to za uroczysty dzień dzisiaj?... co za święto?... I jakiż to imperator wiedzie swój zwycięski orszak śladami Scypionów i Cezarów przez Via Triumphalis?..." I wszyscy jedną dostawali odpowiedź: ,,Zaiste dzień to wielce uroczysty... Drogą triumfatorów jedzie ktoś naprawdę większy nad wybrańców ślepej Fortuny: jedzie niezłomny a najwierniejszy i najgorliwszy sługa wiary Chrystusowej i ich wieczności Augusta i Augusty. Chwała mu!" Z niemym zdziwieniem w oczach słuchano tej odpowiedzi, w lot jednak podchwytywano okrzyk i od ogrodów Agryppiny do Porta Trigemina jedno tylko, długo nie milknące grzmiało stówo:

— Chwała, chwała, chwała!

Na Forum Trajana, gdzie zgromadzili się prawie wszyscy obecni podówczas w Rzymie senatorowie, wznosiło się u stóp posągu Konstancjusza purpurą całe obite cesarskie podium o dwu tronach: na wyższym, wspanialszym siedział trzynastoletni imperator Walentynian Trzeci, na nieco skromniejszym — Augusta Placydia, z trudem usiłująca zachować maskę beznamiętnej powagi, jaka przystoi majestatowi. Całą bowiem jej twarz — oczy, usta, nawet policzki — ożywia, rozpromienia i młodzi uśmiech niewysłowionej szczęśliwości. Nareszcie przekonają się uparte, pyszne łby Kwirytów z miasta, którym wciąż się roi salus rei publicae, że jest tak, jak ma być: że Roma nagradzać będzie nie tych, którym udało się to czy owo dla niej zrobić, ale łaską majestatu opromienionych wybrańców, tym godniejszych chwały, im większą przyjaźnią i ufnością darzy ich pan imperator wieczny Augustus, nie żaden princeps liberorum.

Tuż przed podium stoją najprześwietniejsi dostojnicy — rada cesarska: pięciu ich jest, brakuje tylko jednego: magistra utriusque militiae. Ach, jaka szkoda, że właśnie jego tu nie ma.. Po chwili jednak Augusta surowo hamuje rozbrykaną radość: czyż naprawdę żałuje, że go tu nie ma?!

Z Forów Wespazjana i pierwszego Augusta, Oktawiana, dochodzą radosne, triumfalne dźwięki trąb; orszak przyjaciela Augusty skręcił już ku Velabrum na Vicus Tuscus; czoło jego mija właśnie świątynię Wielkiej Matki i za chwilę zatrzyma się przed najstarszym chrześcijańskim kościołem na Palatynie (ongiś świątynią Divi Augusti), by dziękować Chrystusowi za łaskę cesarskiej przyjaźni, jaka spłynęła na niegodne czoło dzisiejszego triumfatora...

Prefekt pretorium Wiriusz Nikomachus Flawianus, z trudem hamując ironiczny uśmiech, nachyla się nieznacznie nad uchem kwestora świętego pałacu.

— Jedno jedyne rozsądne słowo, jakie padło dzisiaj — szepcąc — to owo: niegodne czoło.

Kwestor uśmiecha się, ale bardzo powściągliwie: zawsze umie należycie ocenić dowcip, ale niechże nie myśli najprześwietniejszy prefekt, że kwestor podziela jego uczucia. Wszyscy wiedzą, że wyniesienie przyjaciela Augusty to istny cios w te rody senatorskie, które czczą jeszcze starorzymskich bogów, w pierwszym zaś rzędzie — cios w Nikomachów Flawianów, zaprzyjaźnionych z magistrem utriusque militiae. Kwestor miałby wielką ochotę zadrwić sobie z kłopotliwego położenia, w jakim znaleźli się potężni Wiriusze (brzydzi się ich wiarą i zazdrości rozgłośnego imienia): na przykład z troskliwością w głosie zapytać, czy najprześwietniejszy kolega nie żywi żadnych obaw co do dalszych losów czci pośmiertnej swojego ojca i jego posągu w senacie?... Sprawa tej pośmiertnej czci i posągu narobiła właśnie przed pół rokiem dużo hałasu w Rzymie: ojciec prefekta był za Teodozjusza, również jako prefekt pretorium Italii, przywódcą starorzymskiego stronnictwa, wziął czynny udział w ostatniej zbrojnej walce przeciw chrześcijaństwu i poległ pod Akwileją, zwycięski zaś Teodozjusz rozkazał usunąć z senatu jego posąg i pozbawić pośmiertnie czci. Dopiero Aecjusz, który po zamachu na Feliksa szukał zbliżenia z senatem, wymógł na Auguście zdjęcie hańby z pamięci Flawiana i zgodę na ponowne ustawienie jego posągu w kurii, czym pozyskał sobie wszystkie możne pogańskie senatorskie rody, które wciąż jeszcze górowały liczbą i istotnym znaczeniem w mieście i całej Italii nad rodami chrześcijańskimi. Obecnie kwestor był pewien, że przyjaciel Augusty zechce wszystko w pośmiertnej sprawie Flawiana przywrócić do poprzedniego stanu. Po krótkim namyśle uznał jednak, iż nie wypada wszczynać o tym rozmowy, toteż by coś odpowiedzieć, rzekł tylko:

— Zaprawdę od czasu ucieczki Warrona spod Kann Rzym nie pamięta czegoś podobnego...

Tymczasem nowy Warro, równie jak tamten sprzed sześciu wieków pożerany wstydem i onieśmielony, wjeżdżał już na Forum Trajana. Zaledwie ukazał się pod łukiem, wszyscy senatorowie jak jeden mąż podnieśli prawe dłonie i zawołali: ,,Ave, vir illustris!"

I wszyscy jak jeden człowiek wpili się tysiącookim spojrzeniem w szlachetną, wyniosłą postać... w urodziwą, o bardzo delikatnych rysach twarz... w spuszczone ku ziemi prześlicznie oprawne oczy...

On zaś czując na sobie ów palący żar ciekawości, zdumienia, a zapewne i ukrytego szyderstwa, wolałby się pod ziemię zapaść: kimże był on, przyjaciel Augusty, witany jak triumfator przez cesarzy, przez senat, przez lud rzymski?... Buntownikiem, który nie miał szczęścia i któremu łaskawie przebaczano! zdrajcą wiecznego pana i świętej wiary, przywołującym na pomoc heretyków i łupieżczych barbarzyńców! kiepskim wodzem, trzykrotnie pobitym przez kulawego cherlaka! zbiegiem, który straciwszy nadzieję, małodusznie porzucił powierzony swojej pieczy kraj, wydał go na łup wściekłych łupieżców i pomknął przez morze, by błagać o przebaczenie — skłonny przyjąć wszystko: karę, pokutę lub wzgardliwą łaskę, byleby tylko osiągnąć wreszcie po tylu latach burz i udręczeń upragniony spokój!

Pod konnym posągiem Trajana stają dwaj mandatorzy w czerwonych, złotem przetykanych dalmatykach. Mandator to język i ucho pana przy publicznych wystąpieniach.

— Zbliż się, mężu najprześwietniejszy! — skandują obaj naraz, doskonale utrzymując wspólną miarę i natężenie głosu.

Wieje przenikliwy zimny wiatr, ale przyjaciel Augusty wie, że nie wolno mu w ciepłym, ciemnym okryciu stawać przed cesarskim obliczem. Zrzuca je więc na ręce stojącego za nim trybuna — Gota i w samej tylko dalmatyce barwy pomarańczy z czarnymi clavi idzie przez cale Forum. Nie czuje jednak wcale styczniowego zimna. Got postępuje za nim, by w odpowiedniej chwili znów narzucić nań ciepłe okrycie.

Przed konnym posągiem Trajana wznoszą się, do wysokości łokcia ludzkiego sięgające, dwa gipsowe popiersia konsulów: z roku, który dopiero się skończył, i z tego, który właśnie się zaczyna. Dwa białe oblicza: brodate Herkulanusa Bassa i grubo ciosane, szerokie, prawie barbarzyńskie — Aecjusza. Między tymi dwoma popiersiami przyjaciel Augusty klęka po raz pierwszy.

— Któż to nadchodzi? — przeciągłym rytmicznym głosem pyta mandator z lewej strony posągu.

— Flawiusz Bonifacjusz — takim samym głosem odpowiada mandator z prawej.

— Niechże więc się zbliży przed nasze oblicze — znowu skanduje pierwszy.

Bonifacjusz podnosi się z klęczek i robi dziesięć kroków.

Got z okryciem w ręku pozostaje na poprzednim miejscu. Mandatorzy zamieniają się miejscami. Bonifacjusz znowu klęka.

Teraz pyta mandator, który poprzednio stał po prawej stronie:

— Kto mieczem i radą służył wiecznemu Konstancjuszowi Augustowi, wówczas jeszcze patrycjuszowi; w walce z niecnym — oby Bóg przeklął jego duszę — Heraklianem?

— Dostojny Bonifacjusz, trybun — pada odpowiedź.

— Kto na pierwsze wołanie wiecznej Augusty Placydii pospieszył jej z pomocą przeciw knowaniom po trzykroć nikczemnego Kastynusa?

— Świetny Bonifacjusz, comes.

Głos lewego mandatora podnosi się o jedną nutę wyżej:

— Kto uchodzącej z Italii przed podłością i zdradą wiecznej Auguście nieproszony z pieniężną pospieszył pomocą? Kto wynajął okręt dla jej wieczności i najszlachetniejszych dziateczek?

— Prześwietny Bonifacjusz, dux i comes Afryki.

— Kto niezłomnie wzbraniał się uznać nędznego uzurpatora Jana?... Kto skrzywdzony przez zdradę i knowania nieżyczliwych mu dostojników poniechał dochodzenia własnej krzywdy, gdy dla wiary świętej i pokoju rzymskiego okrutne nastały czasy?... Kto doświadczony przez Pana Niebios nie ugiął się, nie osłabł czasu pokusy, ale mężnie piersią własną bronił kościołów Bożych i miast cesarskich?...

Bonifacjusz podniósł się z klęczek i ruszył wprost ku purpurą obitemu podium. Gonił go głos mandatorów.

— Kto zwycięsko przez cały rok odpierał zakusy łupieżców i heretyków na miasto, życiem i zgonem świętego biskupa i mędrca Bożego Augustyna uświęcone?

— Najprześwietniejszy Bonifacjusz, dux i comes Afryki, i comes domesticorum...

Wówczas podnieśli się z tronów Walentynian i Placydia. Bonifacjusz ukląkł na stopniach podium, twarzą dotykając purpurowej tkaniny. Szerokie fałdy pomarańczowej dalmatyki z szelestem trzepotały na coraz silniejszym wietrze.

Prefekt pretorium Flawianus pochwycił wymowne spojrzenie Herkulana Bassus: twarz byłego konsula zdawała się być bledszą od gipsowego oblicza jego popiersia. Obydwu: wiernemu czcicielowi starych bogów i żarliwemu chrześcijaninowi — jednakowo zadrgały kąciki zbielałych warg, gdy nie mandatorów głos — własny głos Placydii, na przeziębienie narażając uświęcone gardło, z wielka radością i mocą wzbił się ponad odwiecznymi marmurami serca Romy:

— Kto zawsze był, jest i będzie najwierniejszym sługą i przyjacielem najmilszym wiecznego Augusta, pana, imperatora partium Occidentis?...

Nagle przyspieszonym biciem kilkuset serc odpowiedziało jej Forum Trajana, o kilka ciężarnych w głuchą ciszę chwil wyprzedzając cienki głosik imperatora Walentyniana, wołający:

— Zaprawdę, nikt, jeno trzykroć najprześwietniejszy i najchwalebniejszy Flawiusz Bonifacjusz. comes i dux i magister utriusque militiae, patrycjusz świętego imperium..

Prefekt Wiriusz Nikomachus Flawianus zanadto był Rzymianinem, by nie ugięły mu się nagle kolana na widok jak szarpnięte silnym podmuchem wiatru okrycie Bonifacjusza wysuwa się ze zgrabiałych rąk Gota i opada na białą twarz aecjuszowego popiersia.

4

Padał śnieg. Bezsłoneczne niebo od wczesnego rana nacierało nieprzejrzanymi szeregami drobnych białych płatków, które ani na chwilę nie psując zwartego ukośnego szyku zwycięsko wirowały nad głowami, zdobywały włosy, brwi wąsy, brody, rzęsy, umacniały się na ramionach, a nawet zapędzały pod zbroje i suknie. Aecjusz jednak nie zaprosił posłów z Italii do namiotu. Spokojnie wysłuchał długiej przemowy Bassusa. Dwukrotnie kazał przeczytać sobie list Bonifacjusza. Słuchając, badawczo patrzył w twarze wysłańców. Od razu poznał, że były konsul z heroicznym wysiłkiem hamuje swe uczucia i sprawuje poselstwo, tak jakby odprawiał nałożoną za bardzo ciężki grzech najsurowsza pokutę. Sygiswult nie odrywał spojrzenia od zaśnieżonych swych stóp. Biskup Jan, zwany Angeloptes, co chwila zaciskał kurczowo na piersiach splecione pulchnymi palcami ręce. Jedynie najprześwietniejszy Petroniusz Maksymus rzucał raz po raz spod oka bystre, uśmiechnięte spojrzenie.

Aecjusz pomyślał: „To wróg”. Maksymus zaś zdawał się nie kryć wcale z tym, że ową niemiłą i niemal bolesną dla pozostałych posłów chwilę przeżywa z uczuciem niekłamanego zadowolenia. Wszak umyślnie podjął się tego poselstwa, aby — jak mówił przyjaciołom w senacie — na własne oczy zobaczyć, jak wygląda rozzuchwalony szczęściarz, a naprawdę kiepski gracz — nareszcie wystrychnięty na dudka. I nikt słuchając wówczas jego słów, nie wiedział naprawdę, czy przemawia przezeń wciąż niesyte pragnienie zemsty za śmierć przyjaciela — Feliksa, czy raczej zadawniona, rzekomo wzgardliwa nienawiść i starannie ukrywana zazdrość, jakie w dumnym przywódcy potężnego rodu — stronnictwa anicjuszów — budził wybraniec bezmyślnej Fortuny, syn żołdaka, homo novus — który nie krył swej niechęci do współpracy z Petroniuszem i w sposób bardzo stanowczy rozwiewał wszystkie górne nadzieje, żywione przez możnego senatora, a zahaczające nawet o patrycjat.

Stając jednak jako poseł przed obliczem Aecjusza Petroniusz Maksymus naprawdę myślał przede wszystkim o Feliksie. Zaledwie spostrzegł płomiennowłosą głowę Andewota, od razu przypomniał sobie maj sprzed dwu lat.. Pałac Wawrzynowy w Rawennie... złożone na posadzce okrutnie skatowane zwłoki Feliksa i Paduzji... ,,A czy ty przypominasz to sobie teraz, Aecjuszu?" — zdawały się pytać jego szyderczo uśmiechnięte oczy i wzgardliwie wygięte usta. „Takeś się napracował wówczas... ty i twoje wściekłe legawce... Szedłeś ku władzy z sercem i duszą barbarzyńcy: przez okrutny, podstępny mord... I cóż ci z niego przyszło?... Myślałeś, żeś już na szczycie... że już nikt ci nie stanie w poprzek drogi... że tylko rękę wyciągnąć po patrycjat... Oto masz teraz swój patrycjat!..."

— ,,...i tak też uczynisz, mężu najprześwietniejszy, bo taka jest święta wola ich wieczności i taki mój rozkaz — rozkaz magistra utriusque militiae i patrycjusza cesarstwa" — kończył powtórne czytanie listu młody trybun Merobaudes.

Nim jednak wymówił ostatnie słowo, Andewotus wybuchnął krzykiem, do ryku zwierzęcego raczej niż do ludzkiego głosu podobnym. Wszyscy prócz Aecjusza i Maksymusa drgnęli: płomiennowłosy dux wyrzucił ku niebu dwie ogromne, kurczowo zaciśnięte pięści i dusząc się co chwila, ryczał:

— Psy! Niewdzięczne, podłe psy! Hańba Romie! Hańba Auguście! Hańba tym, co się takiego podjęli poselstwa! Na gałąź posłów!

Trzech czy czterech comesów i trybunów podchwyciło ostatni okrzyk, reszta jednak aecjuszowego orszaku milczała, choć ze wszystkich oczu biło zdumienie, zaniepokojenie, oburzenie... Aecjusz, ani na chwilę nie przestając się uśmiechać, usiłował pochwycić wzrokiem spojrzenie posłów. Biskupowi trzęsły się wargi, Bassus pobladł, ale głos jego spokojny był i surowy, gdy zawołał:

— Możesz nas kazać powiesić, Aecjuszu, ale nie wolno ci pozwolić, by barbarzyńca lżył Romę i święty majestat.

Andewotus doskoczył mu pod same oczy.

— Barbarzyńca przelewa krew za Romę i majestat! — krzyknął chrapliwie, a twarz przekrzywiła mu się grymasem gniewu i wściekłości. — Wy zaś, psy niewdzięczne, cichaczem, z tyłu dopadacie piersi, która sama jedna was osłania!..,

— Dosyć, Andewocie! Aecjusz dziękuje ci. Posłów jednak nie powieszę Nie drżyj, Petroniuszu.

Twarz Maksymusa oblała się purpurą. Aecjusz mścił się za każde spojrzenie.

— Ja nie drżę — z trudem hamując wściekłość odpowiedział Petroniusz. — Proszę, chcę — każ mnie powiesić, tobie to łatwo przyjdzie — zobaczysz, czy się boję.

Comes Kasjodor rzucił na Aecjusza błagalne spojrzenie: postowi wiecznej Augusty włos z głowy spaść nie może!

Ale Aecjusz zdawał się mimo uszu puszczać lub zgoła nie zauważył obelgi zawartej w słowach posła.

— Wierzę, że się nie boisz — rzekł niemal przyjaźnie — i najprześwietniejszy Bassus się nie boi, i święty mąż apostolski. O Sygiswulcie nawet nie mówię — to żołnierz.

A po chwili, jakby coś niespodzianie uderzyło jego uwagę, nadając twarzy wyraz zdumionego zamyślenia, zawołał:

— A przecież zdarzają się tacy żołnierze, co się boją... Na przykład Bonifacjusz.

Posłowie spojrzeli nań zdumieni, Aecjusz zaś tymże zamyślonym głosem ciągnął:

— Tak, tak... jakby się nie bał, z pewnością nie wyprawiałby tak dostojnego poselstwa... Patrzcie tylko: konsul, święty biskup Rawenny, wsławiony i tylekroć zwycięski wódz, najprześwietniejszy Maksymus — chluba i ozdoba senatu... Nawet do straszliwego Persa Waranesa nie wysyła wieczny Teodozjusz tak znakomitych posłów...

Maksymus znów uśmiechnął się kącikami ust. ,,Najstraszliwszego Persa łatwiej ugłaskać niż wściekłego dzika z huńskiej Panonii" — pomyślał, zaraz po chwili jednak musiał przyznać w duchu, że dzik okazał się znacznie mniej wściekły, niż przypuszczał. I nagle zachciało mu się śmiać: rozumie już wszystko! To nie dzik, to wąż przecież... podstępna żmija!... Ukorzy się, a po roku będzie znów próbował szczęścia na stopniach jakiejś bazyliki...

I zadowolony, że na wskroś przeniknął Aecjusza i odgadł jego zamiary, Petroniusz Maksymus począł przysłuchiwać się słowom Bassusa.

— ...i dlatego wysłał tak znakomite — jak raczysz mówić — poselstwo, ażebyś zechciał zrozumieć i uwierzyć, że nikt nie ujmuje ci czci i zasług... żeś zawsze największym wodzem cesarstwa...

— Tak mówisz? — przerwał mu Aecjusz. — A czemuż to nie ja, tylko Bonifacjusz ma być odtąd magistrem utriusque militiae?...

— To tylko sprawa tytułu. Wszak i Feliks go nosił, a czyż dowodził kiedy wojskami?...

Aecjusz roześmiał się i klasnął dłońmi o uda.

— Nareszcie zmądrzał Bonifacjusz! — zawołał. — Albo to jej wieczność może zmądrzała? (Bassus zmarszczył brwi). Dawno pora zrozumieć, że nie nadaje się nawet na comesa.. Ale skoro to ja mam nadal dowodzić, czemuż mam słuchać jego rozkazów, i to w sprawach wojny?..,

Były konsul ukląkł na śniegu.

— Mężu najprześwietniejszy, wodzu niezwyciężony, mieczu i puklerzu cesarstwa! — głos jego rozbrzmiewał wielkim wzruszeniem. — Słowa twego słuchają żołnierze, trybuni. comesowie, jakby Boże to było słowo. Dlaczego? Powiesz: ponieważ wiodę ich od zwycięstwa do zwycięstwa, od łupów do łupów... Prawda to. Ale gdyś poprowadził ich do boju pierwszy raz, dlaczego cię słuchali? Boś ty ich władzą, przez wieczny majestat im ku słuchaniu wskazaną... Bo wola wiecznego majestatu, łaską Bożą uświęconego, to jakby Boża wola... Usłuchaj więc tej woli, najprześwietniejszy... Nie czas dziś na swary, urazy, pomsty osobiste. Frankowie — oto tu, za tym sinym lasem, straszliwi Wandale — za morzem. Goci. Swebowie. Burgundowie — oto co jedynym winno być przedmiotem troski cnego Rzymianina... Wytężmy razem wszystkie siły — ratujmy imperium... ratujmy słodki i błogosławiony pokój rzymski! Ukorz się przed wolą wiecznej Augusty. Aecjuszu, o której — jeśli miłujesz prawdę — wargi twe nie ośmielą się rzec, iż nie pamięta twych zasług... Czyż nie jesteś konsulem, mężu najprześwietniejszy?...

— Jestem nim, Passusie, ale jeżeli nie zechcę podporządkować się woli Augusty, czy będę nim także?...

— Wspomnij Kastynusa, Aecjuszu...

— Słyszysz, Merobaudesie?... Wymażą lub zalepią me imię na wszystkich tablicach, rozbiją wszystkie moje popiersia. Biednyś ty, młody przyjacielu!... Możesz swym panegirykiem nakarmić króla Franków — pergamin będzie do strawienia, jak się go ugotuje... Wiesz, Bąssusie, przydusiłem Franków o pierwszym przymrozku głodem!...

Posłowie z niepokojem śledzili grę muskułów na jego twarzy Niskie czoło pokryło się bruzdami. Szybko poruszały się szerokie, wystające szczęki Wielkie dłonie coraz to częściej uderzały po grubych, mocnych udach. Pospiesznie pochowały się gdzieś wystraszone nadchodzącą burzą resztki uśmiechu.

— Tak, wygłodziłem nieco Sykambrów — głos Aecjusza stawał się coraz bardziej świszczący — ale już nie będą głodować... Prześwietny Andewocie! pojedziesz jako poseł do szlachetnego króla Klodiona... Jeśli odnowią foedus i zaraz jutro cofną się z powrotem do Toksandrii, dostaną pięćdziesiąt tysięcy modiów zboża i wszystkie zabrane przez nas niewiasty...

— Jak to, mężu najprześwietniejszy? — zawołał Kasjodor. — Takeśmy ich przycisnęli i ma być pokój?...

— Tak, będzie pokój. Nie mam czasu dla Franków. Jadę do Rawenny.

— Sam?... — wyrwało się Maksymusowi.

Aecjusz znów uśmiechnął się, ale jakiś inny był to uśmiech!...

— Nie wiem jeszcze, Petroniuszu... Dowiem się. Cóż, dostojny poeto Merobaudesie, nie chciałżebyś, by w senacie ten oto najprześwietniejszy Maksymus, stojąc, przez trzy godziny musiał słuchać twego panegiryku? Pójdziesz za mną?

— Wszędzie, panie.

— A ty Kasjodorze?

— Gdzie powiedziesz, niezwyciężony.

— A Waleriusz?...

— Ave, vir illustris!

— A dostojny trybun Litoriusz?

— Na śmierć i życie, Aecjuszu!

— A o czym myśli Witus?...

— Liczę, mężu najprześwietniejszy.

— Cóż liczysz, przyjacielu?

— Na palcach jednej ręki — bitwy wygrane przez Aecjusza. Na palcach drugiej — zwycięstwa najchwalebniejszego patrycjusza. Widzicie?... na tej ręce brakuje mi siedmiu palców, a na tej — cztery sterczą bezużytecznie. Muszę znowu policzyć — niemożliwe, bym o tyle gorzej liczył od wiecznej Augusty.

Głośny wybuch śmiechu. Aecjusz klepie Witusa po ramieniu i woła:

— Trębaczy!...

Bassus chwyta obu rękoma za brzeg jego szaty.

— Co chcesz uczynić?

— Zapytać tych, których wiodłem na Las Węglowy, na Górę Kolubraryjską, na lewy brzeg Danubu — czy chcą przejechać się ze mną do Rawenny?!

— To bunt, Aecjuszu!...

— To kara, Bassusie!

— Ależ, mężu najprześwietniejszy — wola w przerażeniu biskup Jan. — Na Chrystusa, którego czcisz...

— Zaprawdę lepiej go czczę niż Bonifacjusz. Nie żonatym z arianką i dziecięcia swego nie chrzciłem w ariańskim kościele...

„Ale, gdyś był u Hunów, paliłeś kościoły" — myśli Maksymus. Aecjusz zaś kładzie dłoń na ramieniu Sygiswulta.

— A ty, prześwietny wodzu, nie chcesz raz jeszcze pobić Bonifacjusza?... Uznajesz go może za większego ode mnie?...

Got dumnie marszczy brwi.

— Chwała ci, niezwyciężony. Ale ja służę wiecznej Auguście.

— My także chcemy jej służyć. Właśnie ruszamy do Italii, by złożyć u stóp Augusty najpokorniejsze swe służby...

Tibiae, buciny i najliczniejsze z wszystkich rogi zagłuszają głos Bassusa, znowu surowy i pełen powagi a dostojeństwa:

— Flawiuszu Aecjuszu, w imieniu wiecznej Augusty wzywam cię do poddania się pod rozkazy najchwalebniejszego patrycjusza cesarstwa. Wzywam po raz trzeci.

— Poddaję się pod jego rozkazy, Bassusie. Czyż nie czynię, co on każe... czego poucza? Jak za konsulatu Pieriusza Bonifacjusz, tak za swego własnego — jego pojętny i posłuszny uczeń i podwładny Aecjusz odpowiada na rozkaz Augusty „Nie!"

Bassus w rozpaczy porwał się za głowę.

— A więc wojna? wojna domowa?... Dziś, gdy Wandale...

— Niech piekło pochłonie Wandalów, Bonifacjusza, Augustę! Kto nie umie ocenić zasługi, nie wart, by rządzić. Stań przy mnie, Bassusie — zobaczysz, jak się powinno nagradzać przyjaciół.

— Jam zawsze twym przyjacielem, Aecjuszu — wolno, dobitnie mówi były konsul — ale... ale pod Farsalą nie przy Cezarze stali Bassowie...

— Ale po Tapsie i Mundzie stanęli przy nim. Widzisz? — i Aecjusz czytał Cezara, przyjacielu. Słyszysz te trąby?... oto mój Rubikon. Alea iacta est — czy to tak byto powiedziane?

 


                                       

                                         При цитуванні і використанні матеріалів посилання на сайт обов'язкове.